Śmierć katedr – M. Proust (II)

ciąg dalszy:

Bez wątpienia jedynie ci, którzy badali sztukę sakralną średniowiecza są w stanie w pełni przeanalizować piękno takiego spektaklu. To piękno powinno być wystarczającym powodem dla Państwa by dążyło do jego zachowania. Z analogicznego powodu Państwo wspiera wykłady w Collège de France, mimo że są przeznaczone dla małej grupy ludzi, a porównane z wskrzeszeniem uroczystej Mszy św. w katedrze wydają się czymś w rodzaju sekcji zwłok; w zestawieniu ze zjawiskiem takiej symfonii, produkcje naszych równo wspieranych teatrów odpowiadają na dość mierne kulturalne zapotrzebowania. Ale dodajmy pospiesznie, że nie tylko dla ludzi, którzy potrafią odczytywać płynnie średniowieczny symbolizm żyjąca katedra, to jest wyrzeźbiona, pomalowana i pełna śpiewu katedra jest największym ze spektakli, albowiem człowiek może czuć muzykę, nie znając podstaw harmonii. Wiadomo mi dobrze, że Ruskin, przedstawiając duchowe przyczyny określonego projektowania kaplic w katedralnych absydach, oświadczył: „Nie będziesz w stanie zachwycać się daną formą architektury jeśli nie solidaryzujesz się z myśleniem, z którego wyrosła”. A jednak, wiemy wszyscy, że nieświadomy człowiek, prosty marzyciel, który wchodzi do katedry, nie podejmując wysiłku jej zrozumienia, mimo to zostaje przytłoczony emocjami i wrażeniem, które być może jest mniej ukierunkowane, a jednak z pewnością nie mniej silne. (….)

Katedra, która kryje tak wiele świętych, patriarchów, proroków, apostołów, królów, wyznawców i męczenników, że całe pokolenia cisnęły się z błaganiami i w niepokoju przez całą drogę ku portykom wejściowym i drżąc wznosiły budowlę jak przeciągły jęk pod niebem, podczas gdy anioły pochylały się ku nim ze szczytów galerii, które w błękitnym i czerwonym kadzidle wieczoru oraz oślepiającym złocie poranka wydawały się „niebieskimi tarasami” – katedra, w swym ogromie może zapewnić azyl zarówno człowiekowi litery jak i człowiekowi wiary, marzycielowi jak i archeologowi. Ma jedynie znaczenie by pozostała żywa i by Francja nie obudziła się przemieniona w ciągu jednej nocy w wyschnięte wybrzeże, na którym ogromne, rzeźbione muszle wydają się porzucone, pozbawione życia, które dawniej w nich tętniło, niezdolne nawet uchu, które się do nich skłoniło, przynieść dalekich odgłosów z przeszłości, zwykłe kawałki muzealnej kolekcji, same będące lodowymi muzeami.

Jak napisał Andre Hallay kilka lat temu „nie jest za późno by przypomnieć potworny pomysł, który, jak mówią zakiełkował w umysłach paru obywateli Vezelay. Chcieli by kościół w Vezelay został zsekularyzowany. Tak wielką jest głupota, którą inspiruje antyklerykalizm. Zsekularyzowanie bazyliki oznacza zabranie jej resztek duszy. Jak tylko mała lampka, która pali się w trzewiach sanktuarium zgaśnie, Vezelay stanie się jedynie archeologiczną osobliwością. Grobowy odór muzeów będzie tym czym jedynie będzie można tam oddychać.” Rzeczy zachowują swoje piękno i żywotność jedynie poprzez nieustanne wypełnianie zadania, do którego zostały przeznaczone, nawet jeśli przez to powoli umierają. Czy ktokolwiek wierzy, że kopie słynnych rzeźbionych drewnianych stalli z katedry w Amiens w muzeum przekroju rzeźbiarstwa mogą dać wyobrażenie stalli samych w sobie, w ich dostojnej, a jednak nadal funkcjonującej starożytności? Podczas, gdy strażnik muzealny pilnuje byśmy się nie zbliżyli zanadto do ich kopii, bezcenne stalle, tak stare, tak znakomite i tak piękne, dalej wykonują swoje skromne zadanie w katedrze w Amiens – tak jak czynią to od stuleci ku wielkiemu zadowoleniu mieszkańców miasta – podobnie jak artyści, którzy choć stali się sławni, nadal trudnią się jakąś drobną pracą lub dają lekcje. Zadanie to obejmuje znoszenie ciał nawet przed pouczaniem i to właśnie otwarte i pokazujące swą górną stronę, czynią pokornie podczas nabożeństw. Co więcej: wciąż używane drewno tychże stalli powoli uzyskało lub raczej przesączyło ciemną purpurę, przemawiając samym sercem, a, oko, które już wcześniej poddawało się jego urokowi, wywyższa je ponad wszystko inne, nie patrząc nawet na kolory malowideł, które wydają się chropawe i pospolite. Następnie doświadcza się czegoś w rodzaju pijaństwa smakiem w jeszcze bardziej rozpłomienionym ogniu drewna, od soków drzewa spływających przez stulecia. Wyrzeźbione w nim naiwne figury uzyskują od materiału, w którym żyją coś na kształt dwoistej natury. Zaś kolejne pokolenia w różny sposób szlifowały te zrodzone w Amiens owoce, kwiaty, liście i rośliny, które rzeźbiarz z Amiens wyrzeźbił w drewnie z Amiens, wydobywając te cudownie kontrastujące ze sobą tony, w których różnokolorowy liść wyrasta z gałązki

Katedra, gdyby ustawa pana Brianda została uchwalona, zostanie zamknięta i pozbawiona Mszy oraz modlitw nie tylko dla kanoników, którzy odprawiają nabożeństwa w owych stallach, których poręcze, podpórki i balustrada opowiadają o Starym i Nowym Testamencie, nie tylko dla ludzi wypełniających ogromną nawę. Powiedzieliśmy już, że prawie każdy wizerunek w katedrze jest symbolem. A jednak pewne nie są. Te, co stanowią malowane lub rzeźbione wizerunki tych, którzy, płacąc swoje grosze na ozdobienie katedry pragnęli sobie zachować w niej miejsce na wieczność, tak by modli w milczeniu słuchać nabożeństw i bezgłośnie uczestniczyć w modlitwie z poręczy niszy balustrady czy kwatery witrażu, na wieki wieków. Wiemy, że ponieważ woły z Laonu jak chrześcijanie niosły materiały na budowę katedry na wzgórze skąd wyrasta, architekt nagrodził je, umieszczając ich figury u stóp wież. Możecie je zobaczyć do dziś jak, wśród dźwięku dzwonów i poblaskach słońca, wznoszą swoje rogate głowy ponad potężnym świętym łukiem, zwracając je ku widnokręgowi francuskich równin – ich „wewnętrzny sen”. To było najlepsze co można było uczynić dla zwierząt, ludzie otrzymali lepsze miejsce. Znaleźli się w kościele. Zajęli tam swoje miejsce, które pozostało ich także po śmierci, i z którego, podobnie jak za życia, mogą śledzić Boską ofiarę. (…)

O, wy wszyscy z waszych witraży w Chartres, Tours, Bourges, Sens, Auxerre, Troyes, Clermont-Ferrand, Tuluzie, wy ludwisarze, kuśnierze, kramarze, pielgrzymi, robotnicy, płatnerze, tkacze, murarze, rzeźnicy, koszykarze, szewcy, celnicy, wielka milcząca demokracjo, wierni chcący uparcie słuchać nabożeństw, nie zdematerializowani lecz piękniejsi niż za życia, w chwale niebiańskiej, których krwią jest wasze cenne szkło: już nie usłyszycie Mszy, którą zapewniliście sobie, darując większą część waszych pieniędzy na budowę tego kościoła. Jak mówi przysłowie – umarli już nie panują nad żywymi. A pełni lekceważenia żyjący przestają wypełniać życzenia zmarłych. Lecz nich rubinowi ludwisarze oraz różani i srebrni koszykarze wypełnią zasłonę swoich witraży „milczącym protestem”, który zaproponował nam elokwentnie pan Jaures i który prosimy by skierował do uszu naszych reprezentantów. Pozostawiając tych niezliczonych milczących ludzi, przodków wyborców, o których Izba w ogóle się nie troszczy, na ostatek podsumujmy:

Po pierwsze: ochrona najpiękniejszych dzieł francuskiej architektury i rzeźby, które umrą w dniu, w którym przestaną służyć celom kultu, dla których powstały, który jest ich funkcjom, podobnie jak one są jego organami, który je objaśnia, ponieważ jest ich duszą, powoduje, że obowiązkiem rządu jest żądanie by nabożeństwa stale odbywały się w katedrach, podczas gdy ustawa Brianda tworzy upoważnienie do zamiany katedr po kilku latach w dowolne muzea czy sale konferencyjne (w najlepszym wypadku), a nawet jeśli rząd na powyższe się nie zdecyduje, upoważnia duchowieństwo (a z powodu wstrzymania subwencji, zmusza je) do zaprzestania odprawiania w nich nabożeństw jeżeli czynsz okaże się zbyt wysoki.

Po drugie: zachowanie największego historycznego, a jednak żywego przedstawienia artystycznego możliwego do wyobrażenia, na którego rekonstrukcję, jeśli by przestało istnieć, nikt nie zawahałby się wydać milionów, to jest Mszy w katedrze, czyni obowiązkiem rządu wspieranie finansowe Kościoła katolickiego celem utrzymania aktów kultu, które jest daleko ważniejsze dla zabezpieczenia najszlachetniejszej sztuki francuskiej (trzymając się naszej stricte światowej perspektywy) niż konserwatoria, teatry, sale koncertowe, inscenizacje tragedii antycznej w teatrze w Orange, itd., bowiem wszystkie te przedsięwzięcia mają wątpliwe artystyczne założenia i wspierają słabą twórczość (jak porównać Le Jour, L’Aventurière czy Le Gendre de M. Poirier z chórem katedry w Beauvais czy rzeźbami z Reims?), podczas, gdy arcydzieło, którym jest średniowieczna katedra z jej tysiącami namalowanych lub wyrzeźbionych figur, śpiewami, nabożeństwami jest najbardziej szlachetnym ze wszystkich dzieł sztuki na jakie zdobył się geniusz Francji.

Do tej pory w tym artykule wspominaliśmy jedynie katedry, a to w celu przedstawienia najbardziej uderzających konsekwencji ustawy Brianda, najbardziej odpowiedniej by wstrząsnąć umysłem czytelnika. Lecz oczywiście to rozróżnienie między katedrami a innymi kościołami jest dość sztuczne, albowiem wystarczy w dzień uroczysty postawić biskupią katedrę w zwykłym kościele by zmienić go na ten dzień w katedrę. To co powiedziałem o katedrach odnosi się do wszystkich pięknych kościołów we Francji, a jak wiemy jest ich tysiące. Na francuskiej drodze „tak pięknej”, wśród pól sparcety i jabłkowych sadów ciągnących się po obu stronach i przepuszczających ją pośrodku, prawie na każdym kroku ujrzysz iglicę wznoszącą się na burzowym lub spokojnym horyzoncie. W dniach zmiennej pogody przecina ona tęczę, która jak mistyczna aureola odbijająca się w pobliskim niebie ponad kościołem przenosi na obłoki jego bogate, wyraźne kolory witraży. Prawie na każdym kroku widzisz iglicę górującą nad przyziemnymi domkami, jako ideał wznoszący się wśród głosu dzwonów, z którym, jeśli podejdziesz bliżej, miesza się śpiew ptaków.

Zatem: często możesz potwierdzić, że kościół, ponad który owa iglica się wznosi jest pełen pięknych, ważnych rzeźbionych i malowanych myśli, podobnie jak innych myśli, które ponieważ nie zostały powołane do tak jasnego życia pozostają bardziej niewyraźne – w postaci pięknych architektonicznych linii, które są bardziej niezrozumiałe, a jednak mocniejsze, zdolne zanieść nasz umysł ku górze w swoim podniebnym locie lub zamknąć go całkowicie w jakimś zagięciu. Tam, od uroczych romańskich balustrad lub tajemniczego progu półotwartego gotyckiego portyku, który łączy słońce śpiące w cieniu otaczających, potężnych drzew z oświeconym mrokiem wewnątrz kościoła, idziemy, widząc procesję wychodzącą z wielobarwnego cienia rzucanego przez kamienne drzewa nawy, podążając za nią jak gdyby w krainie przysadzistych kolumn oraz ich kwiecistych i owocujących kapiteli, ścieżkami, o których ktoś mógłby powiedzieć, podobnie jak prorok powiedział o Panu: „wszystkie jego ścieżki są pełne pokoju”. Na koniec, wspomnieliśmy jedynie artystyczny aspekt całości. Nie oznacza to, że ustawa Brianda nie godzi w inne aspekty lub że jesteśmy na nie obojętni. Jednakże, ten właśnie punkt widzenia pragnęliśmy przyjąć. (…)

tłum własne z wersji ang. za: http://rorate-caeli.blogspot.com/2015/01/the-death-of-cathedrals-and-venerable.html, tłumaczenie na jęz. ang. John Pepino PhD

NAWA GŁÓWNA KATEDRY W BOURGES

NAWA GŁÓWNA KATEDRY W BOURGES

Reklamy

Śmierć katedr – M. Proust (I)

Poniżej zamieszczam tłumaczenie obszernych fragmentów artykułu Marcela Prousta zamieszczonego w Le Figaro z 16.08.1904 roku pt. „Śmierć katedr – konsekwencje ustawy Brianda o rozdzieleniu Kościoła i Państwa” to jest głos osoby uważającej się za agnostyka w bliskim temu blogowi temacie:

Załóżmy na moment, że katolicyzm jest od wielu stuleci martwy, zaś tradycja jego kultu zaginęła. Pozostają jedynie nieme i opuszczone katedry, stały się niezrozumiałe, a jednak nadal budzą podziw. Załóżmy następnie, że pewnego dnia uczeni zdołali, na podstawie zachowanych dokumentów, odtworzyć ceremonie, które były w nich kiedyś odprawiane, do których ludzie je zbudowali, które były ich właściwym znaczeniem i życiem, a bez których pozostają jedynie martwą literą. Załóżmy, że artyści, wiedzieni marzeniem przywrócenia na krótko życia tym wielkim, lecz milczącym obecnie naczyniom, zdecydowali się przez godzinę przywrócić tajemnicze przedstawienie, które kiedyś miało tam miejsce pośród śpiewów i zapachów – słowem, że podjęli to co uczyniło stowarzyszenie Félibres w teatrze w Orange, jeśli chodzi o antyczną tragedię.

Czy jakikolwiek rząd, troszczący się choć w minimalnym stopniu o artystyczną przeszłość Francji nie wsparłby hojnie tak wspaniałego przedsięwzięcia? Czy nie uważacie, że odniosłoby ten sam skutek w stosunku do tych katedr, które są prawdopodobnie największym i bez wątpienia najbardziej oryginalnym wyrazem francuskiego geniuszu co wobec rzymskich ruin? Ktoś może wprawdzie przenosić obcą literaturę, obcą muzykę, obce malarstwo i rzeźbę ponad nasze, ale to we Francji gotycka architektura stworzyła pierwsze i najbardziej doskonałe arcydzieła. Wszystkie inne kraje wzorowały się na niej jedynie, nie dorównując pierwowzorowi.

I tak wracam do mojej hipotezy – pojawiają się uczeni, którzy są w stanie odkryć na nowo utracony sens katedr. Rzeźby i witraże odzyskują swoje znaczenie, tajemnicza woń ponownie unosi się w świątyni, odbywa się święty teatr, a katedra znów zaczyna śpiewać. Jeżeli rząd podpisałby się pod tym zmartwychwstaniem miałby więcej racji niż kiedy popiera przedstawienia w teatrach Orange, w Opera-Comique czy operze, albowiem ceremonie katolickie niosą dobro historyczne, społeczne, artystyczne i muzyczne, którego piękno przewyższa wszystko o czym marzyli wszyscy artyści, a do którego, korzystając z naśladownictwa, potrafił jedynie zbliżyć się Wagner w swoim Parsifalu. Tłumy zmierzają do świętego miasta (Amiens, Chartres, Bourges, Laonu, Reims, Rouen, Paryża czy innego – tak wiele mamy wspaniałych katedr!) i raz w roku doświadczają uczucia, którego kiedyś poszukiwały w Bayreuth czy Orange: radowania się dziełem sztuki w miejscu, które zostało dla niego stworzone. A jednak tu, podobnie jak i w Orange, występowaliby jedynie amatorscy dyletanci, w ramach swoich możliwości, nie posiadający w sobie ducha minionych czasów. Artyści, którzy przyszli wykonać pieśni, artyści, którzy grają rolę kapłanów mogli by się nauczyć, mogliby przyswoić ducha tekstów, zaś Ministerstwo Edukacji obsypałoby ich medalami i pochwałami. Jednakże, pomimo tego, każdy pomyślałby „Zaiste! O ile piękniejsze musiały być te uroczystości, gdy kapłani odprawiali liturgię nie po to by dać jakieś wyobrażenie ceremonii wyrobionej widowni, lecz dlatego że wyrażali tę samą wiarę w swoją funkcję, co artyści, którzy wyrzeźbili Sąd Ostateczny na tympanonie zachodniego portyku, lub którzy w absydzie na szkle namalowali żywoty świętych. O ileż bardziej głęboko i prawdziwie wyrazista musiała być cała ceremonia kiedy wszyscy ludzie odpowiadali na głos kapłana, a na odgłos dzwonka upadali na kolana podczas podniesienia, nie jako beznamiętni i stylizowani statyści do historycznej rekonstrukcji, ale dlatego że podobnie jak kapłan, jak rzeźbiarz, wierzyli. Lecz zaiste rzeczy te pozostają wobec nas tak dalekie jak gorliwy entuzjazm Greków w czasie ich przedstawień, a nasze próby odtworzenia nie są w stanie wiernie oddać ich sensu.

Tak właśnie ludzie mówiliby, gdyby katolicka religia już nie istniała, a jakimś uczonym udałoby się odkryć jej obrządki, gdyby artyści próbowali je nam przywrócić. Ale ważne jest to, że religia ta nadal istnieje i nie zmieniła się od wspaniałego stulecia kiedy były budowane katedry. Uświadomienie sobie czym była żyjąca, wspaniale działająca trzynastowieczna katedra nie wymaga od nas czynienia zabiegu takiego jak w teatrze w Orange i zamieniania jej w miejsce dokładnych, a jednak sztucznych rekonstrukcji i retrospektyw. Wystarczy jedynie byśmy do niej poszli o dowolnej godzinie kiedy odprawiana jest liturgia. Tu odtworzenie, psalmodia, śpiew nie są powierzone artystom bez „powołania”. Celebransami są sami kapłani, czyniąc to nie z perspektywy estetycznej, lecz z wiarą – a przez to o ile bardziej estetycznie. Nikt nie mógłby sobie wymarzyć bardziej żywych i bardziej szczerych statystów, albowiem rolę tę pełnią nieświadomie sami wierni.

Ktoś może powiedzieć, że dzięki przetrwaniu tego samego rytu w Kościele katolickim i wiary katolickiej we francuskich sercach, katedry są nie tylko najpiękniejszymi pomnikami naszej sztuki, ale także jedynymi, które nadal żyją pełnią swego życia i pozostały wierne przeznaczeniu, do którego je wzniesiono.

A teraz z powodu zerwania przez rząd francuski rozmów z Rzymem na temat ustawy pana Brianda jej spodziewane przyjęcie jest nieuchronne. Jej postanowienia stanowią, że w ciągu pięciu lat kościoły mogą, i często będą, zamykane. Rząd nie tylko nie będzie gwarantował odprawiania nabożeństw w kościołach, ale będzie również uprawniony do zmiany ich przeznaczenia według swego widzimisię: w muzea, ośrodki konferencyjne czy kasyna. (…)

Dziś każdy socjalista obdarzony smakiem ubolewa nad zniszczeniami jakie poczyniła w naszych katedrach rewolucja: tak wiele rozbitych posągów i witraży! Zaprawdę: gorzej jest zsekularyzować kościół niż go ograbić. Jakkolwiek nie byłby kościół uszkodzony, dopóki odprawiana jest w nim Msza, zachowuje przynajmniej iskrę życia. Kościół zsekularyzowany umiera i choć może być jako zabytek chroniony przed gorszącym użyciem, pozostaje jedynie muzeum. Można odnieść do kościołów to co Jezus powiedział do swoich uczniów: „Jeżeli nie będziecie spożywać Ciała Syna człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie” (J 6,53). Te tajemnicze a zarazem głębokie słowa stają się wraz z nowym ich użyciem estetycznym i architektonicznym aksjomatem. Jeśli Ofiara Ciała i Krwi Chrystusa, ofiara Mszy świętej, nie będzie już sprawowana w naszych kościołach, nie będą one miały życia w sobie. Katolicka liturgia oraz architektura i rzeźba naszych katedr tworzą całość, albowiem wyrastają z tej samej symboliki. Jest powszechnie wiadome, że nie ma w katedrach rzeźby, nawet drugoplanowej, która nie posiadałaby symbolicznego znaczenia. Jeśli posąg Chrystusa u zachodniego wejścia do katedry w Amiens spoczywa na podstawie z róż, lilii i winorośli, to dlatego że powiedziano: „jestem różą Saronu”, „jestem lilią dolin”, „jestem prawdziwym krzewem winnym”. Jeżeli żmija i bazyliszek, lew i smok są wyrzeźbione pod Jego stopami, to z powodu wersu Psalmu 90: będziesz stąpał po żmijach i bazyliszkach, a lwa i smoka podepczesz. Na lewo, na małej płaskorzeźbie przedstawiony jest człowiek upuszczający miecz na widok zwierzęcia, podczas gdy ptak śpiewa za jego plecami. To dlatego, że „tchórz nie ma nawet odwagi drozda”: zaprawdę celem tego reliefu jest przedstawienie tchórzostwa jako przeciwstawienia męstwa, albowiem umieszczono go pod figurą, która zawsze (przynajmniej we wczesnych założeniach) jest sytuowana po prawicy Chrystusa to jest pod figurą św. Piotra – Apostoła męstwa. I tak dalej, idąc przez tysiące rzeźb zdobiących katedrę.

Ceremonie kultowe dzielą ten sam symbolizm. W zachwycającej książce, której chciałbym w końcu oddać należną pochwałę, Emilie Male analizuje pierwszą część obrzędu Wielkiej Soboty, wedle opisu liturgii godzin Wilhelma Durandusa.

„Ranek rozpoczyna się od zgaszenia wszelkich świateł aby zaznaczyć, że Stare Prawo, które wcześniej rozświetlało świat, zostało zniesione. Następnie celebrans rozpala nowy ogień, przedstawienie Nowego Prawa. Roznieca go z krzemienia, aby przypomnieć, że Jezus Chrystus jest, jak powiada święty Paweł, kamieniem węgielnym świata. Teraz biskup i diakon wchodzą do prezbiterium i zatrzymują się przed paschalną świecą. Wilhelm Durandus mówi nam, że świeca kryje w sobie trzy znaczenia. Zanim zostanie zapalona symbolizuje mroczny słup, którzy prowadził Izraelitów za dnia, Stare Prawo oraz ciało Chrystusowe. Zapalona oznacza słup światła, który Izrael widział nocą, Nowe Prawo i chwalebne ciało zmartwychwstałego Chrystusa. Diakon odnosi się do tej potrójnej symboliki, recytując przed paschałem Exultet. Podkreśla szczególnie podobieństwo między świecą a Ciałem Jezusa Chrystusa. Wskazuje, że pszczoła, stworzenie czyste i pożyteczne zarazem, wydała nieskazitelny wosk, podobnie jak Dziewica Maryja wydała na świat Zbawiciela. Aby ukazać zmysłom podobieństwo między świecą i boskim ciałem, wrzuca do świecy pięć ziaren kadzidła, symbolizujących zarówno pięć ran Jezusa Chrystusa, jak i wonności jakie święte niewiasty kupiły by namaścić ciało. Na koniec zapala świecę od nowego ognia i w kościele zapalają się wszystkie światła, przedstawiając Nowe Przymierze dane światu.”

Ktoś może powiedzieć: ale to tylko wyjątkowa uroczystość. Oto interpretacja codziennej ceremonii – Mszy. Zobaczycie, że jest nie mniej symboliczna.

„Ceremonię otwiera głęboki i poważny śpiew Introitu, oznajmiając oczekiwania patriarchów i proroków. Duchowieństwo stanowi chór, chór świętych Starego Przymierza wyczekujących przyjścia Mesjasza, nie widzących Go. Następnie wchodzi biskup, pojawiając się jako żywy obraz Jezusa Chrystusa. Jego wejście symbolizuje nadejście Pana, którego oczekują wszystkie narody. Podczas ważniejszych świąt, siedem świec płonie przed nim, przypominając, jak powiada prorok, siedem darów Ducha Świętego spoczywających na głowie Syna Bożego. Idzie pod triumfalnym baldachimem, którego czterej niosący mogą być przyrównani do czterech Ewangelistów. Dwóch akolitów idzie – jeden po prawej, drugi po lewej przypominając Mojżesza i Eliasza, którzy pojawili się na górze Tabor po obu stronach Chrystusa. Uczą, że Jezusowi przysługiwał autorytet Prawa i proroków.

Biskup siada na tronie w milczeniu. Wydaje się nie brać udziału w pierwszej części ceremonii. Jego zachowanie zawiera naukę – milczenie przypomina ukryte życie Chrystusa w pierwszych latach. Tymczasem subdiakon odczytuje Lekcję na prawo od ołtarza. Mamy tu przelotne spojrzenie na pierwszy akt dramatu naszego Zbawienia. Czytanie Lekcji jest odpowiednikiem kazań św. Jana Chrzciciela na pustyni. Przemawia zanim Zbawiciel zostanie usłyszany, ale wyłącznie do Żydów. Dlatego subdiakon na wzór swego Poprzednika zwraca się ku południowi – kierunkowi Starego Prawa. Po przeczytaniu Lekcji składa pokłon przed biskupem, podobnie jak jego Poprzednik pokłonił się Jezusowi Chrystusowi.

Po Lekcji następuje śpiew Graduału. Odnosi się również do posłannictwa św. Jana Chrzciciela – symbolizuje głoszenie pokuty jakie kierował do Żydów w przededniu nowej ery. Wreszcie celebrans odczytuje Ewangelię. Jest to moment uroczysty albowiem tu rozpoczyna się działalność Mesjasza – po raz pierwszy Jego głos jest słyszany w świecie. Czytanie Ewangelii uosabia Jego nauczanie.

Po Ewangelii następuje wyznanie wiary, podobnie jak wiara jest konsekwencją głoszenia prawdy. Dwanaście artykułów Credo odnosi się do posłania Apostołów.”

Pani Male dodaje, że także „same szaty jakie kapłan ubiera do ołtarza” i naczynia liturgiczne zawierają tak wiele symboli. „Ornat, noszony jako szata wierzchnia, symbolizuje miłość, która jest najważniejszym przykazaniem i najwyższym prawem. Stuła, którą kapłan zawiesza na szyi jest lekkim brzemieniem Pana, a ponieważ jest napisane, że każdy chrześcijanin powinien przyjąć to jarzmo, kapłan całuje stułę kiedy ją zakłada i zdejmuje. Mitra biskupia z dwoma szczytami symbolizuje wiedzę jaką biskup powinien posiadać o obu Przymierzach, dwie wstążki z niej opadające przypominają, że Pismo Święte powinno być interpretowane zgodnie z literą i duchem. Dzwon jest głosem nauczycielskim, zaś drzewo na jakim jest zawieszony – stanowi figurę Krzyża. Jego sznur złożony z trzech splecionych części wskazuje na trzy stopnie rozumienia Pisma to jest historyczne, alegoryczne i moralne. Kiedy ktoś bierze ten sznur w dłonie aby dzwon zabrzmiał, wyraża symbolicznie fundamentalną prawdę, że znajomość Pisma powinna prowadzić do czynów.”

I tak wszystko aż po najmniejszy z gestów kapłana, stułę, którą nosi, tworzy całość symbolizującą Jego z głębokim uczuciem, które nadaje życie całej katedrze i które tworzy, jak to doskonale ujmuje p. Male, geniusz wieków średnich.

Nigdy ludzkim oczom i rozumieniu nie został przedstawiony widok tak przypominający wielkie zwierciadło wiedzy, duszy i dziejów. Ten sam symbolizm wkracza nawet w muzykę, która wypełnia to ogromne naczynie. Siedem tonów gregoriańskich przedstawia siedem cnót i siedem epok świata. Można powiedzieć, że wagnerowska produkcja w Beyreuth nie umywa się do odprawianej w katedrze w Chartres Mszy uroczystej.

 

tłum własne z wersji ang. za: http://rorate-caeli.blogspot.com/2015/01/the-death-of-cathedrals-and-venerable.html, tłumaczenie na jęz. ang. John Pepino PhD

CHÓR KATEDRY W ROUEN

CHÓR KATEDRY W ROUEN

Święty Bernard z Clairvaux

Bernard urodził się pod koniec roku 1090 albo na początku roku następnego w Fontaines koło Dijonu, w Burgundii. Jego ojciec Tescelin był drobnym szlachcicem. Uczył się w szkole przy kolegiacie Saint-Vorles w Chatillon-sur-Seine. W roku 1107 zmarła jego matka Aleth. W kwietniu roku 1112 razem z trzydziestoma towarzyszami, do których należeli jego wuj Gaudry oraz czterej bracia, wstąpił do klasztoru tworzącego się zakonu cystersów w Citeaux. Wyróżniał się pobożnością i już w roku 1115 opat Citeaux – Stefan Harding, późniejszy święty, powierzył mu zadanie utworzenia nowego klasztoru w Clairvaux, trzeciego po La Ferte i Pontigny, klasztoru założonego przez mnichów z Citeaux. Podobnie, jak inne klasztory cysterskie leżał on na uboczu od gwarnych miast – mimo to do Bernarda zwracali się wielcy współczesnego świata. Były to czasy sporów o inwestyturę między papieżem a cesarstwem, które próbowano rozwiązać w roku 1121 dość racjonalnym konkordatem wormackim, na podstawie którego cesarz zachowywał inwestyturę świecką (berło i miecz), a papież duchowną (pastorał i pierścień). W styczniu roku 1128 na synodzie w Troyes, na który przybyli wysłani przez króla jerozolimskiego Baldwina II templariusze, Bernard uzyskał zatwierdzenie przez synod i legata papieskiego napisanej przez siebie reguły tego zakonu rycerskiego. W roku 1130, podobnie jak opat Cluny Piotr Czcigodny, wsparł papieża Innocentego II podczas schizmy antypapieża Anakleta II, który przy wsparciu miejscowych rodów i sycylijskich Normanów zajął Rzym. Innocenty był zmuszony udać się do Francji. Tymczasem Bernard, podróżując,  gorliwie przekonywał o prawowitości wyboru Innocentego dwory europejskie – m.in. angielski, cesarski i akwitański. W październiku 1131 był obecny na synodzie w Reims, w którym udział wziął także papież.  W maju roku 1135 był na synodzie w Pizie, przekonując do porzucenia schizmy arcybiskupa Mediolanu. W roku 1137 Innocenty powrócił wreszcie do Rzymu, a Bernard wziął udział w zwycięskiej debacie  z kardynałem Piotrem z Pizy, jednym z głównych stronników Anakleta. Wkrótce Analekt zmarł, a mimo iż kardynał Gregorio zaczął występować jako antypapież Wiktor IV, jeszcze w roku 1138 poprzez Bernarda uzyskał pojednanie z Innocentym II. W roku 1139 Bernarda, który powrócił do Clairvaux, odwiedził biskup Malachiasz z Irlandii, którego biografię Bernard potem napisał. Spotkanie zapoczątkowało również rozwój zakonu cystersów w Hibernii. W roku 1139 właśnie Bernard poparł papieża wobec wystąpienia ucznia Piotra Abelarda – Arnolda z Brescii, który wysuwał postulaty przekazania całej własności kościelnej w ręce miast oraz przyjęcia pełnego ubóstwa. Tezy Arnolda potępiono w tym samym roku na drugim soborze laterańskim. W czerwcu roku 1140 na wniosek Bernarda, którego o interwencję prosił Wilhelm z Saint-Thierry, na synod w Sens wezwano samego Piotra Abelarda, gdzie zarzucono mu herezję. Synod, korzystając m.in. z traktatu Bernarda o błędach Abelarda, potępił dziewiętnaście tez Abelardowych. Nie były to pierwsze oskarżenia Abelarda o herezję – w roku 1121 został oskarżony na synodzie w Soissons o herezję dotyczącą centralnego dogmatu wiary katolickiej – o Trójcy Świętej. Abelard w swoich tezach zawarł subiektywizm, uznając, jak mu zarzucił Bernard, wiarę za opinię danej jednostki. Nie doszło do debaty Bernard – Abelard, bowiem ten ostatni nie odpowiedział na zarzuty, odwołał się natomiast do Rzymu. Innocenty II podzielił stanowisko synodu w Sens. Według relacji opata z Cluny Piotra Czcigodnego, który przyjął skruszonego Abelarda w swoim klasztorze, przed śmiercią w kwietniu roku 1142 Abelard pojednał się z Bernardem. Arnold pozostał nieprzejednany i po powrocie do Italii wsparł w roku 1146 przewrót w Rzymie, podczas którego utworzono republikę i wygnano Bernardowego współbata i ucznia – papieża Eugeniusza III. Arnold ekskomunikowany w roku 1149, został ostatecznie pojmany w roku 1155 przez wojska cesarza Fryderyka Barbarossy i skazany za bunt na powieszenie. W roku 1141 Bernard zaangażował się w sprawę małżeństwa seneszala Raula z Vermandois, sprzeciwiając się trzem biskupom, którzy uznali je za nieważne. W roku 1142 papież potwierdził stanowisko Bernarda i ekskomunikował zarówno wielmożę, jak i biskupów.

Wydarzenia rzymskie roku 1146 zostały poprzedzone preludium w czerwcu roku 1144, podczas krótkiego pontyfikatu papieża Lucjusza II. Brat antypapieża Anakleta II – Giordano Pierleoni wszczął wówczas bunt. W związku z brakiem interwencji cesarza Konrada, do którego o pomoc zwrócił się Lucjusz, w lutym 1145 roku papież zdecydował się odzyskać Rzym samymi siłami italskich sojuszników. Pierleoni odparł jednak atak, Lucjusz II zmarł w tym samym miesiącu. Cysters Bernard Paganelli, który został wybrany jako Eugeniusz III jeszcze przed konsekracją został przepędzony przez Pierleoniego, gdyż odmówił uznania ustanowionej przez tego ostatniego republiki. Przed świętami Bożego Narodzenia Eugeniusz III, który ekskomunikował Pierleoniego, po utracie przez tegoż zwolenników, powrócił wprawdzie do Wiecznego Miasta, ale już w następnym roku bunt podjął wspomniany Arnold z Brescii, który jeszcze we wrześniu 1145 złożył przed Eugeniuszem akt skruchy.

Sytuacja w Rzymie miała pewien wpływ na ważne przedsięwzięcie, którym tymczasem zajął się Bernard. Na wieść o rzezi w Edessie, w wigilię Bożego Narodzenia roku 1144, podjęto organizację wyprawy krzyżowej, do Bernard której nawoływał m.in. w benedyktyńskim Vezelay, w marcu roku 1146. Nakłaniał do krucjaty króla Ludwika VII, a następnie na sejmie Rzeszy w Speyrze przekazał krzyże w ręce Konrada III i jego kuzyna Fryderyka Barbarossy. Wysiłek krucjatowy chrześcijaństwa uległ jednak rozproszeniu – w roku 1147, równolegle z wyprawą do Ziemi Świętej, Sasi podjęli wyprawę przeciw Obodrzycom, zaś Portugalczycy i Kastylijczycy w ramach rekonkwisty ruszyli, zresztą z sukcesem na Lizbonę. Krucjata w Syrii już od początku nie zwiastowała powodzenia z uwagi na spory między władcami – m.in. konflikt między Konradem III a normańskim władcą Sycylii Rogerem II, wskutek którego wojska Konrada musiały wybrać wycieńczającą drogę lądową przez ziemie bizantyjskie i Azję Mniejszą. Wsparcia nie udzielił im bizantyjski cesarz Manuel Komnen, który w tym samym roku  zawarł pakt z Turkami. Zamieszanie wzmógł opisany już wyżej zamach stanu w Rzymie w marcu 1146 w wyniku którego papież Eugeniusz III był zmuszony udać się na wygnanie do krajów Franków i cesarstwa. Zmarł w lipcu roku 1153 w Tivoli.

Podczas marszu przez Anatolię krzyżowcy Konrada wpadli w turecką zasadzkę pod Doryleum, sam Konrad odniósł rany, a niedobitki Niemców dołączyły do grupy francuskiej. W Palestynie podjęto decyzję by nie maszerować na oddaloną Edessę i Aleppo, którymi rządził zdobywca Edessy Nur-ad-Din, lecz oblegać w lipcu 1148 roku bliżej położony, neutralny dotąd Damaszek, zajmujący jednak kluczowe strategicznie położenie. Nieporozumienia między Konradem i Ludwikiem, brak koordynacji, zaopatrzenia oraz nękanie przez ataki przeciwnika, doprowadziły do tego, że po pięciu dniach Konrad od oblężenia odstąpił, w rezultacie czego także reszta wojsk krzyżowców, niepokojonych przez zagony Nur-ad-Dina wycofała się do Jerozolimy. W rezultacie Nur-ad-Din objął kontrolę nad Damaszkiem, Konrad próbował jeszcze zająć Askalon, ale nie otrzymał francuskiego wsparcia i opuścił Lewant. Niepowodzenie wyprawy krzyżowej oraz spory między jej uczestnikami przejęły goryczą Bernarda, który napisał nawet i przesłał pozostającemu na wygnaniu papieżowi traktat dotyczący tej materii. W jego treści wskazywał, że przyczyną klęski krzyżowców były ich grzechy i swary między nimi. Pozostawał odtąd na uboczu, komentując wydarzenia w prowadzonej korespondencji. W roku 1152, gdy zmarł opat Suger, Bernard napisał do Eugeniusza III” „jeśli istnieje cenne naczynie zdobiące pałac Króla Królów jest nim dusza wielebnego Sugera”.

Bernard zmarł półtora miesiąca po Eugeniuszu III – 20 sierpnia roku 1153, nie doczekawszy się powrotu papieża do Rzymu. Został pochowany w opactwie w Clairvaux *), a po zniszczeniu opactwa przez rewolucjonistów wieku XVIII, szczątki Bernarda zostały przeniesione do katedry w Troyes. Bernarda z Clairvaux kanonizowano w roku 1174, w roku 1830 przydano mu tytuł Doktora Kościoła. Spuścizną Bernarda, Doktora Miodoustnego, jak go nazwano, obok dynamicznego rozwoju i wzrost znaczenia zakonu cystersów, są liczne traktaty (m.in. o stopniach pychy, o umiłowaniu Boga), kazania (m.in. cykl dotyczący Pieśni nad Pieśniami jako opisu mistycznego związku między Oblubieńcem – Chrystusem a Jego Oblubienicą – Kościołem, cykl na święta liturgiczne roku) i listy. Przypisuje się mu autorstwo hymnu „Jesu, dulcis memoria”. W pismach dotyczących macierzystego zakonu krytykował zbytni przepych monastycznego nurtu kluniackiego oraz zalecał cystersom skromność i prostotę, także w budowanych kościołach. W traktacie o stopniach pychy – Bernard wyróżnia dwanaście z nich, w opozycji do czterech stopni pokory z Reguły św. Benedykta: ciekawość, lekkomyślność (zaniedbanie), wesołkowatość (unikanie tego co może wywołać smutek), chełpliwość, chęć wyróżniania się, zarozumiałość (przypisywanie wszystkiego własnym zasługom), zuchwałość (przekonanie o powołaniu do wielkich rzeczy), obrona (relatywizacja) grzechów, obłudne wyznawanie grzechów, bunt, nieskrępowane zaspokajanie żądz, nałóg grzeszenia (pogarda dla Boga). Dzięki wpływowi Bernarda zakon cysterski wstrzymał się z recepcją jednego z trzech elementów gotyku, jakimi były witraże.

*) tak wyglądały zabudowania opactwa w Clairvaux przed wielką rewolucją, w roku 1804 utworzono na terenie dawnego klasztoru największe we Francji więzienie, działające do dziś jako placówka o zaostrzonym rygorze; część budynków (m.in. dom gościnny dla niewiast z XVI w., budynek braci świeckich z XII w. oraz barokowy budynek klasztorny) zostały odrestaurowane i udostępnione do zwiedzenia z obostrzeniami wynikającymi z sąsiedztwa więzienia

Relikwiarz św. Bernarda z Clairvaux w katedrze Troyes

Relikwiarz św. Bernarda z Clairvaux w katedrze w Troyes

JE NE SUIS PAS CHARLIE

Powody m.in. bluźniercze okładki „czasopisma” można sobie wyszukać bez problemu w sieci. Należy ono do innej cywilizacji niż ta, do której się przyznaję. Nie oznacza to poparcia dla aktu jeszcze innej, również obcej cywilizacji, która napadła wczoraj na cywilizację Charlie. Powoli kręgi „intelektualne” zachodu może dojdą do wniosku, iż islam nie pasuje do utopijnej konstrukcji z kart typu multi-kulti – z całą rozciągłością skutków związanych ze specyfiką tej religii, oraz że ateistyczny konsumpcjonizm, wbrew rojeniom inżynierów społecznych od post-cywilizacyjnych projektów, nie zastąpi potrzeb religijnych człowieka. Natomiast doniesienia o związkach sprawców ataku na pismo z Reims potwierdzają, pobieżne z natury czasowej, opisywane na tej stroniem wrażenia z pobytu w powyższym mieście, w szczególności peregrynacji po zmroku minionym traktem królów między katedrą a bazyliką opactwa Saint-Remi.

charlie-hebdo