O tzw. nocy świętego Bartłomieja – uzupełnienie

„(…) Coligny razem z Kondeuszem uknuli na jesieni roku 1567 nowy spisek aby pojmać Karola IX i jego matkę. Faktycznie, zarówno papież Pius w Rzymie, jak i Alba w Niderlandach byli przekonani, na podstawie informacji jakie otrzymali, że przywódcy hugenoccy zamierzali ich zabić i wysłali ostrzeżenia w tej kwestii. Coligny napisał do zborów kalwińskich, wzywając je do chwycenia za broń przeciw swemu królowi. Wraz z przyjaciółmi zebrał znaczną siłę z nadzieją pochwycenia Karola, gdy ten wyjechał na łowy w dzień świętego Michała. Jednak, dzięki przestrogom papieża i Alby, Katarzyna Medycejska wezwała 6 tysięcy Szwajcarów aby odstraszyli jazdę Kondeusza oraz Colignyego i król przedostał się bezpiecznie. Hugenoci zajęli Saint Denis, święte miejsce pochówku królów Francji i zamierzali je splądrować. Sytuacja rodziny królewskiej i Kościoła stała się krytyczna, gdy legat papieski ocalił ich, przekazując 200 tysięcy skudów, składając w imieniu papieża obietnicę przesyłania kolejnych 25 tysięcy co miesiąc. Alba posłał przez granicę 1500 jazdy. Francuscy katolicy, z pomocą hiszpańskich tercios, odnieśli w krwawej nocnej bitwie pod Saint Denis wspaniałe zwycięstwo. Waleczny, stary konstabl Montmorency, ongiś wróg Filipa II spod Saint-Quentin zginął, walcząc ramię w ramię z żołnierzami Alby. Brutalna wojna domowa rozgorzała na nowo w całej Francji.

Katarzyna Medycejska z pomocą piechoty, którą Alba wysłał teraz aby wesprzeć jazdę, mogła raz na zawsze rozbić przeciwnika. Jednak potwornie przerażona, pozostająca nadal pod urokiem politycznego katolika l’Hopitala, robiła dokładnie to czego oczekiwał Coligny. Po pierwsze, powiadomiła papieża, że zawrze z buntownikami pokój, jeśli nie prześle jej kolejnych 200 tysięcy skudów. „Święty papież, który oddał by samą swą pobożną krew w obronie Kościoła, dostarczył je.” Jak tylko królowa matka otrzymała pieniądze, zawarła 30-dniowy rozejm, podczas którego l’Hopital spotkał się z Kondeuszem i ustalili warunki korzystnego dla pokonanych hugenotów pokoju.

Na podstawie owej niesławnej umowy Karol IX miał zapłacić niemieckim protestantom, którzy najechali jego kraj aby walczyć po stronie jego wrogów, zaś wydatek ten pokrył z pieniędzy podarowanych mu przez papieża! Cabrera z pewnością nie przesadza, gdy zauważa że św. Pius został „poważnie urażony”, stając się ofiarą takiej medycejskiej nieuczciwości ze strony Katarzyny i jej syna. Pomimo to, wspaniałomyślnie udzielił dalszej pomocy, z wielkim poświęceniem, gdy hugenoci znów chwycili za broń. To ponad kluczami tarczy herbowej tego bohaterskiego papieża, lśniącej na papieskim sztandarze na polu Montcontour, pewni hugenoccy żołnierze widzieli, na tle błękitnego nieba, uzbrojonych jeźdźców z wyciągniętymi krwawymi mieczami, tuż przedtem, zanim nie zostali rozbici i rozproszeni przez katolicką armię. (…)

Katarzyna i Karol poprzez haniebny pokój w Longjumeau (23 marca 1568), pozwolili sobie podstępem wydrzeć całą przewagę wspaniałych zwycięstw wygranych przez francuskich katolików. Coligny i Kondeusz nie czynili tajemnicy z tego, że ów niezasłużony triumf pozwoli im skoncentrować całość sił przeciw Hiszpanii w Niderlandach i w ciągu kilku miesięcy podpisali z Wilhelmem Orańskim tajemny układ zaczepno-obronny. (…)

Papież obawiał się że hugenoci podejmą najazd na Włochy. Całą wiosnę w Rzymie spodziewano się że niemiecka jazda protestancka, opłacona niedawno przez Katarzynę Medycejską z pieniędzy papieża, przekroczy Alpy, przynosząc nowe zniszczenia. (…) Najgorsze jednak były wieści o tym co francuscy kalwiniści robili na Wschodzie. Nie tylko Wilhelm Orański wzywał swego przyjaciela, żydowskiego bankiera aby wypuścił psy wojny przeciw Hiszpanii, ale również oficjalny ambasador Francji w Konstantynopolu, który był hugenotem, omawiał z Pialim Paszą sojusz wszystkich sił protestanckich z Turkami w celu podboju Italii oraz upokorzenia Hiszpanii i innych katolickich państw, obiecując że po zniszczeniu świata chrześcijańskiego „zjednoczą się i będą jednej wiary z Turkami.”(…)

Katarzyna wprawdzie nie chciała by hugenoci rządzili, lecz niemal tak samo obawiała się Gwizjuszy. Pius V zauważył pewnego dnia, że owa rodzina była bardzo oddana religii, lecz czasem myślał że w jej pobożności było tyleż samo interesowności co świętej żarliwości oraz że pożądliwa ambicja kardynała Lotaryngii, jak powiedział, była prawdziwym powodem nieufności do niego Katarzyny. Pragnąc przyjaźni Filipa II (albowiem w jej braku mogła się znaleźć na łasce Coligny’ego), chciała również uniknąć sytuacji, w której Filip lub Gwizjusze mogli narzucać jej swoją wolę. Było dla niej charakterystyczne że, tuż po poddaniu się Colignyego i Kondeusza na wiosnę 1568 roku, planowała zabójstwo ich obojga. Na szczęście ośmieliła się przedstawić tę sprawę papieżowi Piusowi, który od razu potępił ten pomysł, mówiąc że nie może go poprzeć ani doradzać, ani nawet w swoim sumieniu nie jest w stanie sobie wyobrazić takiej rzeczy. Tak donosił ambasador Filipa, dodając że papież z pewnością ma rację, albowiem czyn taki spowodowałby wielką szkodę dla sprawy chrześcijańskiej. (…)

Mniej więcej w tym samym czasie admirał Coligny postanowił wysłać swego brata, ekskomunikowanego kardynała, w specjalną misję do Cecila. Odet de Chatillon poślubił obecnie swą byłą kochankę. Okazał się do niej bardziej przywiązany niż inni przywódcy Reformacji do swoich wybranek. Wilhelm Orański pozostawał w separacji ze swą żoną – Anną saską, która stała się kochanką człowieka znanego w korespondencji rodu z Nassau jako R–. Żona R., aby domknąć ów krąg cudzołóstwa, była kochanką hrabiego Jana de Nassau, młodszego brata Wilhelma. Sam książę Orański miał poślubić zakonnicę apostatkę, a następnie stać się zięciem Colignyego. Jednakże kardynał Chatillon wraz z żoną, jak nazywano ich w Anglii, wydawali się wzorem partnerskiego szczęścia w swoich spotkaniach i rozrywkach z udziałem osób z nowej szlachty protestanckiej, której nazwiska widnieją w kronikach masonerii. Na przykład sir Tomasz Gresham, został wysłany przez Cecila aby spotkać się z „Kardynałem” i jego żoną przy Tower Wharf, oraz zabrać ich na noc do swego domu na ulicy Lombardzkiej. „Udawszy się do Londynu” – powiada Strype – „Kardynał nie tracił czasu i bezpośrednio skontaktował się z Cecilem (…) o którego cnotach tak często słyszał od swego brata admirała Coligny’ego.”

Zabawianie owego dystyngowanego apostaty przeszło następnie w ręce innego rzekomego wielkiego mistrza masonerii – sir Tomasza Sackville (obecnie lorda Buckhurst), i miało miejsce w królewskim pałacu w Skeen, którego część on i jego matka wynajęli od królowej Elżbiety. Obowiązki gospodarza, jak się wydaje, okazały się ciężkie dla autora Gorbuduca. Uznał za konieczne napisać 30 września obszerny list do lordów z Tajnej Rady, broniąc się przed zarzutami królowej, która była niezadowolona że nie zabawia należycie kardynała. Jechał całą noc aby stawić się rankiem do dyspozycji i omówić z urzędnikami Jej Wysokości w jaki sposób lepiej podjąć Chatillonów. Miał tylko „jeden baldachim i łoże”, które nie były zajęte, lecz oddał je kardynałowi, podobnie jak kolejne łoże, na którym spały służące jego żony i „położył je na ziemi”. Co gorsza „swój własny nocnik i dzban użyczyłem kardynałowi i potrzebowałem go sam.” Udał się do miasta aby zdobyć długie stoły, naczynia kuchenne oraz kotary i łóżka. Ponieważ nie było „nakryć stołowych i pościeli”, musiał posłać służbę aby jakieś znaleźli i „mospan z Leceter przesłał dwie pary prześcieradeł dla Kardynała, zaś od mospana szambelana uzyskali jedną doskonałą parę dla biskupa z dwoma innymi zwyczajnymi oraz zamówiłem do tego dziesięć kolejnych par z Londynu.” Takie to trudności przechodził gospodarz hugenockiego kardynała. W kwestii religijnej jego misja okazała się świetnym sukcesem. (…)

Czasy były krytyczne. W Anglii sztandar Pięciu Ran runął, zaś kraj został ponownie skąpany w katolickiej krwi. Na drugim krańcu Europy „ludzie są bezlitośnie i okrutnie zabijani tysiącami we wszystkich miastach i wielu wsiach, zamarzają na śmierć lub giną od przemocy. Zboże, bydło i wszystkie inne rzeczy potrzebne do utrzymania człowieka są palone. Rosja, oderwana przez schizmę od Wikariusza Chrystusa nie jest w stanie odegrać żadnej roli w ocaleniu świata chrześcijańskiego, pod rządami Iwana Groźnego. Litwa i Polska pod wpływami z Niemiec wydawały się stać na krawędzi przejścia ze strony katolickiej na antychrześcijańską. Zygmunt II August- władca obu państw był rozrzutnikiem i libertynem, otoczonym przez żydów i protestantów. Rabin Mendel Frank z Brześcia był tak wpływowy, że nazywano go urzędnikiem królewskim. Nawet chłopi jęczeli pod wyzyskiem żydów, którym zadłużony król przekazał przywilej pobierania podatków. Sytuacja ta stanowiła po części skutek religijnego pokoju w Niemczech. Cesarstwo, ciesząc się iluzorycznym pokojem wewnętrznym, którego pozorność nie została ujawniona aż do wojny trzydziestoletniej, znajdowało się w najpoważniejszym niebezpieczeństwie ze strony tureckich podbojów na Wschodzie.

We Francji zwycięskie boje katolików wydawały się zmarnowane. Coligny, uzyskując władzę nad godnym pogardy umysłem Karola IX, skłonił go do wydania siostry – Małgorzaty za Henryka Nawarry, szukania bliższego sojuszu z Anglią oraz posłania Genlisa na czele 5000 hugenotów przeciwko Hiszpanom w Niderlandach, na początku roku 1572. Pozycja Alby z nieopłaconymi buntującymi się żołnierzami oraz niewielkim dochodem ze znienawidzonego podatku nie była dogodna. Coligny był tak pewny siebie, że nalegał na otwarte wypowiedzenie wojny Hiszpanii. W końcu sprawił że młody król Karol przestał ufać swej matce. Czas Katarzyny Medycejskiej wydawał się policzony. (…)

Śmierć papieża Piusa V w roku 1572 była feralnym zdarzeniem dla Ligi, której był samym sercem. Zaiste, wydawał się mężem wysłanym przez Opatrzność aby stawić czoło wielu potrzebom swoich czasów. Wykonał niemal niemożliwe zadanie wprowadzenia reform Soboru Trydenckiego. Zadał Turkom najsilniejszy od dziesięcioleci cios. Podniósł na duchu i umocnił katolików wobec zagrożenia ze strony protestantów i innych wrogów we wszystkich częściach świata. Usunąć z Rzymu nierządnice. Przegnał żydów, nie z powodu swego okrucieństwa, lecz dlatego, iż stanął przed wyborem owego surowego rozwiązania bądź pozwolenia aby jego lud był wyzyskiwany i niszczony. Jego rządy były jak silne lekarstwo przywracające zdrowie światu chrześcijańskiemu. Jego działanie wobec chorej tkanki było często niemiłe, lecz osiągało swój cel. (…) Jego następca Grzegorz XIII (…) kontynuował dzieło Piusa V w kwestii Soboru Trydenckiego, na wysokie stanowiska mianował jedynie najgodniejszych oraz wlał nowe życie w cały Kościół, tworząc kolegia i seminaria kształcące księży, przeważnie pod kierownictwem jezuitów, którzy pod rządami św. Franciszka Borgiasza byli teraz w pełni gotowi do swego wielkiego zadania unowocześnienia katolickiego szkolnictwa oraz odnowy poprzez wzrost indywidualnego życia chrześcijańskiego. Grzegorz nie był pacyfistą. Zdawał sobie sprawę że siła stanowiła narzędzie, którego należy używać wyłącznie do obrony Kościoła przed zniszczeniem, a nie do głoszenia jego nauk w znaczeniu pozytywnym. Siła prowadziła do negatywnych skutków. Istnienie Kościoła pochodziło ze słowa Bożego oraz życia na podobieństwo Chrystusa. Podczas gdy ludzie pokroju Alby ufali mieczowi, Grzegorz usilnie przygotowywał nowych kapłanów, którzy mieli zająć miejsce męczenników z Anglii, Francji i Rosji.

Jezuici, dobrze wykształceni i nieulękli, byli gotowi do pracy. Jeden z nich przekonał protestanckiego króla Jana III ze Szwecji, że Kościół katolicki był jedynym prawdziwym Kościołem Chrystusowym. Inni głosili Ewangelię nad Gangesem, w Singapurze, Pekinie i Japonii. Nawrócili trzech japońskich władców Bungo, Arimy i Omury, którzy wysłali do Rzymu ambasadorów z podziękowaniami dla Grzegorza, że zaniósł im dobrą nowinę Chrystusową. Szkoły jezuickie w Niderlandach odzyskiwały ludzi dla Kościoła równie szybko jak kalwiniści prowadzili ich na manowce. W Niemczech, Polsce i Anglii inni jezuici, gotowi na przelanie własnej, a nie cudzej krwi, zaangażowali się w tytaniczne starcie o dusze całych narodów. Powyższe stanowiło przypuszczalnie największe osiągnięcie Grzegorza XIII. Nie był on jednakże ślepy na potrzebę kontynuowania walki jaką prowadził Pius V przeciw islamowi. Posłał legatów na całą Europę, pragnąc zjednoczyć władców chrześcijańskich.

W rzeczywistości wszystkie te sprawy (…) stanowiły etapy jednego międzynarodowego konfliktu. Na przykład, kiedy Zygmunt August zmarł bezpotomnie w roku 1572 wielu pobożnych katolików w Europie miało nadzieję że polska szlachta wybierze na jego następcę lepszego katolika. W praktyce wydał on swój kraj w ręce bogatych żydowskich poborców podatkowych i lichwiarzy, jak również arian, socynian i innych antytrynitarnych protestantów, nazywanych przez ludzi pół-żydami. Los kraju zależał od magnaterii, która dominowała w parlamencie, więc trwał pojedynek na śmierć i życie między żydami a jezuitami o dusze tychże ludzi. Jak zauważa żydowski historyk Dubnow: „choć coraz bardziej przesiąkająca klerykalnymi tendencjami, co stanowiło owoc edukacji jezuickiej, magnateria w większości przypadków rozciągała swą opiekę nad żydami, z którymi była związana wspólnotą interesów gospodarczych.” Innymi słowami, była albo zadłużona u żydów albo zatrudniała ich do pobierania ciężarów na ich rzecz od chłopów, oczywiście ze znacznym zyskiem dla poborców, którzy pobierali swe należności z mleczarni, młynów, gorzelni i gospodarstw. Żydzi „byli niezastąpieni dla wygodnego magnata, który chciał aby jego posiadłości były samowystarczalne, podczas gdy on przebywał w stolicy, na dworze, na wesołych zabawach lub burzliwych sesjach sejmów i sejmików, gdzie polityka była traktowana raczej jako rodzaj rozrywki niż poważna sprawa. Owa polska arystokracja ograniczała antysemickie zapędy kleru.” Wśród tejże arystokracji szerzył się kalwinizm. „Dlatego też” – jak wskazuje Graetz – Polska stała się „dla żydów drugim Babilonem.”

Do głównych propagatorów nowej „Reformy” należeli Socyn, Blandreta oraz Paruta, „włoscy” uczniowie Michała Serwetusa, hiszpańskiej ofiary Kalwina. Ci, jak radośnie dodaje Graetz, „podkopywali fundamenty chrześcijaństwa”, w części przyjmując judaizm w takim stopniu iż „odrzucali cześć dla Jezusa jako osoby boskiej. Różni ich przeciwnicy szydzili z nich jako ‚pół-żydów.'” Taki był charakter polskiego protestantyzmu, podobny do XVI-wiecznego protestantyzmu w innych krajach.

Filip II oraz papież Grzegorz byli w pełni świadomi zagrożenia związanego z tą północną linią frontu. Z powodu braku lepszego kandydata, obaj poparli kandydaturę cesarza Maksymiliana II do korony polskiej. Mieli nadzieję że syn Maksymiliana Rudolf będzie bardziej katolicki niż jego ojciec. Zgłoszono szereg innych kandydatur, w tym rosyjskiego Iwana Groźnego. Katarzyna Medycejska wystawiła swego drugiego z żyjących synów – Henryka, księcia d’Anjou. Jej żydowski astrolog Nostradamus obiecał że każdy z jej synów będzie nosił koronę. Obawiając się iż Henryk uzyska swoją dzięki śmierci brata – Karola IX, powzięła, jak się wydaje, wynikający z zabobonu pomysł, że może tego uniknąć poprzez umieszczenie go na tronie Polski. Co do reszty – kardynał Chatillon negocjował w Anglii małżeństwo jej pozostałego syna – Herkulesa, księcia d’Alencon, z królową Elżbietą. Filip wyrażał niezadowolenie z obu tych ambicje swojej teściowej z dwóch powodów. Nie był pewny czy którykolwiek z tych zepsutych książąt Walezjuszy pozostanie katolikiem. Ponadto, obawiał się wzrostu pozycji Francji, zwłaszcza w czasie, gdy mogła ona przejść w ręce protestanckie. Mimo to, pomimo starań Filipa, papieża, jezuitów i przedstawicieli Cesarstwa, Henryk Walezy został wybrany na króla Polski.

Los Polski został przesądzony nie w Paryżu, Rzymie, Madrycie czy nawet Warszawie, lecz w Konstantynopolu. Tam wraz z zanikiem pomyślnej gwiazdy Józefa Nasi, w łaskach znalazł się ponownie wielki wezyr Mehmed Sokolli. Jego zaufanym doradcą był Solomon ben Natan Aszkenazi, niemiecki żyd urodzony w Udine, który w dzieciństwie wyjechał do Polski i został głównym medykiem króla Zygmunta II. Następnie udał się do Wenecji, potem do Turcji, gdzie jako wenecki poddany, znalazł się pod opieką dyplomatów Republiki. Ci uznali go za użytecznego. Był osobą o ujmującej powierzchowności, rabinem i lekarzem oraz glosatorem Talmudu. Jak się wydaje rywalizował z Józefem Nasim o nieoficjalne przywództwo światowego żydostwa i został jego następcą w tej roli. Czy możemy wierzyć wszystkiemu co o jego wpływach mówią wiodących żydowscy historycy? Jak wskazuje Graetz: „podczas gdy Turcy walczyli przeciw Wenecjanom, Salomon Aszkenazi zaczął tkać osnowę przyszłego traktatu pokojowego. Rządy chrześcijańskie nie podejrzewały, że przebieg wydarzeń, który zmusił ich do przystąpienia do jednego stronnictwa albo drugiego, został napędzony żydowską ręką. W szczególności miało to miejsce w sprawie wyboru króla polskiego.” Senat wenecki sprzeciwiał się negocjacjom z Aszkenazim, lecz Sokolli nalegał, podczas gdy konsul Republiki, Barbaro, zapewniał Signorię, że Aszkenazi darzył Wenecję gorącą przyjaźnią. W końcu Aszkenazi przybył do Wenecji, został tam przyjęty i uzgodnił traktat pokojowy, który zadał ostateczny cios Lidze spod Lepanto oraz, przypuszczalnie w ramach części ceny za pośrednictwo, zapobiegł wypędzeniu żydów z Wenecji, gdzie opinia publiczna, z różnych powodów, powstała przeciw nim.

Aszkenazi pozostawał w kontaktach z Colignym za pośrednictwem francuskiego ambasadora Monluka (hugenota). Nastąpiła znacząca seria negocjacji, spisków i intryg. Należało bez wątpienia zabezpieczyć się jaki kurs Henryk Walezy przybierze wobec żydów i protestantów, gdyby tureccy żydzi, cichcem wspierani przez żydów, którzy trzymali w swych rękach tak wielu polskich magnatów, umieściliby go na tronie. Tymczasem Coligny planował potworne uderzenie na Hiszpanie jednocześnie z trzech różnych kierunków. Podczas gdy Genlis i jego hugenoci najechali na Niderlandy, atakując nieopłaconych żołnierzy Alby, Wilhelm Orański miał poprowadzić nowe powstanie protestanckie w tym kraju, zaś Ludwik z Nassau przeprowadzić jego inwazję od wschodu z niemiecką armią protestancką. Elżbieta angielska miała wystąpić otwarcie na rzecz heretyków z Flandrii. Karol IX miał zawrzeć definitywne przymierze przeciw Hiszpanii.

Przygotowując się do tego ciosu, który miał nastąpić zgodnie w ustalonym momencie, Coligny nalegał na przyspieszenie realizacji planów małżeństwa Małgorzaty Walezjuszki, wbrew jej woli i bez dyspensy papieskiej (której odmówili Pius V i Grzegorz XIII), z Henrykiem Nawarry. Cabrera dodaje, że Selim II odegrał pewną rolę w przygotowaniach do owego mariażu, bez wątpienia za pośrednictwem Aszkenaziego i jego agentów. Podczas gdy arystokratyczni przywódcy hugenoccy zebrali się w Paryżu na ów ślub, który, jak żywiono nadzieję, miał zapewnić ich liczącemu 3-4 % ludności stronnictwu całkowitą kontrolę nad biegiem spraw i rozpocząć ostateczne zniszczenie Wiary Katolickiej we Francji, atmosfera gęstniała. Pewnego rodzaju wybuch wydawał się nieunikniony.

Nastąpił on w sposób najbardziej nieoczekiwany i z najmniej oczekiwanej strony. Katarzyna Medycejska, widząc że resztki jej wpływu na Karola IX wymykają się z jej rąk na rzecz Coligny’ego i nie chcąc się pogodzić z pozbawieniem władzy na starość (bo to właśnie a nie obawa o sprawę katolicką nią powodowało – nigdy nie wahała się poświęcić Kościoła), podjęła rozpaczliwe postanowienie. Porozumiała się z Henrykiem Gwizjuszem w sprawie zabicia Colignyego. W opinii młodego księcia trafniejszym określeniem było „wykonanie egzekucji”, albowiem zawsze uważał admirała za mordercę swego ojca.

Coligny został postrzelony z okna przez pana de Montruel. Ponieważ odniósł zaledwie ranę dłoni i ramienia, zabrano go do jego kwatery. Gdyby z arkebuza wymierzono tak celnie, jak wówczas gdy Pultrot wypalił do księcia Franciszka w roku 1562, godne potępienia wydarzenia następnej nocy (Nocy Św. Bartłomieja) przypuszczalnie nie miałyby miejsca. Jednak admirał nie został nawet poważnie ranny.

Zebrani w Paryżu hugenoci głośno grozili pomstą na stronnictwu Gwizjusza i kolejną wojną. Zarówno Karol IX, jak i jego matka, obawiali się jeśli Coligny przeżyje, będzie to stanowiło sygnał do kolejnego okresu rozlewu krwi. Na taką przerażającą perspektywę, znękany i udręczony umysł starzejącej się królowej matki odpowiedział terrorem. W pałacu miały miejsce pospieszne konsultacje, histeryczne przemowy, apele, groźby i płacze. Skamlący Karol udzielił swej zgody. Gdy zapadła noc, grupy zbrojnych spadły na śpiących hugenotów i wybiły tak wielu, jak to było możliwe. Liczba ofiar jest przedmiotem dyskusji. Szacuje się ją na od kilkuset do kilku tysięcy. Rosła wraz z czasem. Coligny został dźgnięty w swej kwaterze i wyrzucony z okna. Jego ciało zawleczono do stajni, gdzie powieszono je za jedną nogę na szubienicy. Mówiono że książę Henryk Gwizjusz podszedł i kopnął w twarz mordercę swego ojca, jak to wcześniej obiecał, nie znając śmierci, którą miał sam ponieść.

W następnych dniach hugenotów zabijano w innych miastach. W licznych miejscowościach katolicy odmówili wykonania królewskich rozkazów i chronili hugenotów. Miało to miejsce w Dijonie, Macon, Rouen oraz arcykatolickim Nantes. Kalwiniści tysiącami uciekali do Anglii, Genewy czy Flandrii. Ich potęga została złamana. Karol uniknął dominacji Colignyego oraz (jeśli możemy wierzyć jego danemu później królewskiemu słowu) spisku na jego życie, zmierzającego do posadzenia na tronie Kondeusza. Katarzyna mogła teraz podjąć na nowo sprawowanie swej zranionej miłości macierzyńskiej. Nawet Motley przyznaje, że powyższe okrucieństwo miało charakter czysto polityczny, a nie religijny, ocenę tę potwierdza późniejszy los Gwizjuszy. Jasno wynika z obszernego współczesnego materiału dowodowego, że Katarzyna i Karol nie mieli zamiaru zabijać hugenotów, gdy, kilka tygodni wcześniej, zapraszali ich na wesele dwóch religii. Ponieważ instrukcje dotyczące przeprowadzenia rzezi docierały do prowincji w różnym momencie, między 24 sierpnia a 5 października, należy rozumieć że żadne uzgodnione działanie nie mogło zostać zaplanowane przed 24 sierpnia. (…)

Z drugiej strony, być może profesor Merriman jest zbyt szlachetny, gdy twierdzi że „dzisiejsza nauka całkowicie wykazała bezpodstawność dawnej koncepcji że zostało to zaplanowane na długo przedtem.” (…) Karol IX omawiał zabójstwo Colignyego z księciem Gwizjuszem „wielce katolickim i lojalnym mężem, pragnącym pomścić śmierć swego ojca pod Orleanem wskutek spisku i na rozkaz Admirała, jak to zaplanowano i uzgodniono podczas wizyt w Bayonne.” Jak ciągnie dalej, król „uzgodnił z księciem Gwizjuszem wykonanie tego, co zostało omówione z Księciem Alby w Bayonne, w roku 1565, wykończenia przywódców hugenockich, a zwłaszcza Admirała, który był nie do zniesienia, by w ten sposób pomścić mord na ojcu [Gwizjusza].” Belloc próbuje wyjaśnić rzeź jako retorsję za dokonaną z zimną krwią masakrę szlachty katolickiej przez hugenotów w Pau trzy lata wcześniej, po tym jak poddali się Henrykowi Nawarry i jego matce w zamian za obietnicę że ich życie zostanie oszczędzone. Zostali zaproszeni na ucztę do pałacu królewskiego i tam wyrżnięty. Jednak, jak przyznaje Belloc, dokładna data owej „pierwszej rzezi Nocy św. Bartłomieja” jest przedmiotem dyskusji.

Nie można jednakże zaprzeczać, że przez szereg przeszłych lat katolicy doświadczyli w obfitości bezlitosnego okrucieństwa swych wrogów oraz obłudy ich twierdzeń, iż walczą jedynie o wolność kultu. To kalwiniści, nie katolicy, wprowadzili do wojny domowej krwawą praktykę nie okazywania litości i nie brania jeńców. Istniała olbrzymia różnica między sądowym skazaniem heretyka przez Inkwizycję oraz dokonywaną z zimną krwią rzezią księży i zakonnic. Można założyć że Gwizjusze i inne opisywane postaci z XVI wieku uśmiechnęliby się na widok pewnych, podejmowanych z dobrymi intencjami praktyk naszych bardziej pokojowych czasów, by przepraszać za czyny, które wydawały się im normalnymi środkami obrony, do których wolny człowiek mógł zostać przywiedziony przez wrogów porządku społecznego. (…)

Filip nad wyraz się ucieszył, gdyż rzeź przywódców hugenockich przyniosła więcej niż zamierzali jej niegodziwi sprawcy. Zmienił, niemal w ciągu jednej nocy, cały militarny i polityczny układ sił w Europie. Zapobiegła zwycięstwo frakcji kalwińskiej we Francji. Ocaliła w krytycznym momencie interesy hiszpańskie w Niderlandach. Coligny wskazał Wilhelmowi Orańskiemu i jego bratu że główną słabość Hiszpanów w Niderlandach stanowi brak floty. W rezultacie Wilhelm zorganizował flotę kalwińskich piratów, nazwaną Wodnymi Żebrakami, która czyhała na hiszpańskie transporty. Miał czelność wysyłać listy i powołania admiralskie pod szyldem i imieniem króla Filipa II oraz oddał całą tę flotę pod komendę strasznego Wilhelma de la Marcka, jednego z najokrutniejszych łajdaków, którzy plądrowali kościoły i zarzynali kapłanów. Owi żebracy czy też Gueux, zajęli w owym roku Brill, tworząc podwaliny pod to co stało się później Republiką Holandii. Zdobyli Flushing, Walcheren i północną Holandię, zagarniając Leyden i inne miasta katolickie. Alba oblegał Mons. Jeden z jego synów zapobiegł odsieczy Genlisa wraz z 5 tysiącami francuskich hugenotów, rozbijając ich. Jednak Wilhelm Orański pod koniec lipca splądrował miasta na równinie Gueldrii, podczas gdy jego Walonowie pustoszyli domostwa w Ruremonde i wyrżnęli wszystkich zakonników klasztoru kartuzów. Alba zepchnął go do Weert i kontynuował ostrzał Mons, lecz kończyły mu się zapasy.

Ocaliła go rzeź w Paryżu i kazał swojej artylerii oddać salwy na wiwat. W owym roku francuscy kalwiniści nie przyjdą już na pomoc jego wrogom by plądrować kościoły i zabijać żołnierzy. Radość zapanowała również w Rzymie, gdzie papież na wieść w formie raportu, że wykryto spisek czołowych hugenotów by zabić królewską rodzinę, udał się do bazyliki św. Piotra by przyłączyć do uroczystego Te Deum. Następnie kazał wybić medal upamiętniający to wydarzenie – ukazuje on anioła z krzyżem i wyciągniętym mieczem, zabijającego hugenotów. Kalwiniści okazali tak uporczywe okrucieństwo i obojętność na godność ludzką, że najlepsze umysły w Europie patrzyły na nich jak na banitów, którzy nie zasługiwali na nic lepszego niż doraźna sprawiedliwość wymierzana piratom. Aprobowano ich wybicie tak szczerza jak starożytni Żydzi popierali zabicie Holofernesa. Jednakże, Grzegorz zapłakał, gdy dowiedział się prawdy o rzezi w Paryżu.

Katarzyna Medycejska, widząc że wściekłość, którą rozpaliła wymyka się spod kontroli, spędziła kilka strasznych dni i nocy. Jednym, nie jedynym wcale, z jej zmartwień był negatywny wpływ masakry na kandydaturę jej syna Henryka do tronu polskiego. W całej Europie, aż po Bosfor, żyd żydowi przekazywał wieści, że książę d’Anjou był wtajemniczony w cały plan. Niektórzy twierdzili że był głównym podżegaczem, objawiając się teraz w pełni barw jako ten, który może stanąć po stronie katolików przeciw polskim żydom i „pół-żydom”, co było nie do przyjęcia. Nie zgłaszano żadnego sprzeciwu wobec niesłychanych wad tego lubieżnika, który romansował z herezją, lecz możliwość iż pozory jakie okazywał Chrystusowi mogą zmienić się w szczerą pobożność, była niepokojąca. Katarzyna musiała wysłać do Konstantynopola specjalnego ambasadora aby wyjaśnił Salomonowi Aszkenazemu jak sprawy stoją. Zapewnienia okazały się bez wątpienia satysfakcjonujące. Po kilku kolejnych miesiącach pociągania za sznurki Henryk został wybrany królem Polski, na przekór kandydatom popieranym przez Filipa II i papieża Grzegorza. Aszkenazy mógł napisać nowemu władcy Polski „wyświadczyłem Waszej Królewskiej Mości najważniejszą przysługę, zapewniając twój wybór. Sprawiłem wszystko to co się tu wydarzyło.”

Henryk wyjechał do Polski. Angielski ambasador w Paryżu pokazał wysłannikowi Wenecji – Cavalliemu, kopię traktatu podpisanego z Polakami. W jednym z jego artykułów Henryk obiecał spłacić wszystkie długi koronne, w kolejnym zapewnić 400 florenów rocznie na własne wydatki. Jednakże nie chciał zaprzysiąc tych artykułów, albowiem nie zamierzał dotrzymać słowa. Przesyłając te wieści do Wenecji, Cavalli dodał ważne zdanie. Jak przekazał, ambasador angielski „uzyskał tę informację i te instrukcje od heretyckich ambasadorów z Polski, z którymi ma dobre stosunki, co jest typowe dla wszystkich tych heretyków, bez względu na to jak bardzo różnią się w opiniach.”

W tym samym czasie Selim Opój pisał do brata Henryka, iż ma nadzieję że Francja nie przystąpi do Ligi przeciw niemu, lecz wspomni na braterstwo jakie z Portą łączyło jego ojca i dziada. Karol odpowiedział że braterstwa nie zawiedzie. Jak dodaje Cabrera, jak gdyby wyprzedzając relację Graetza: „Selim użył skutecznych środków aby zapewnić ten pokój z Francją”. Tymczasem Solomon Aszkenazy przygotowywał się do swej dyplomatycznej podróży do Wenecji. Kiedy wreszcie wyruszył w maju 1574 roku, prace przygotowawcze zostały tak starannie wykonane, że nie miał większych trudności z przekonaniem tamtejszych kupieckich umysłów do podpisania traktatu z wrogami świata chrześcijańskiego i pozostawienia papieża Grzegorza oraz Filipa II bez pomocy w dalszym prowadzeniu zmagań.

Aby dopełnić ich izolacji kardynał Chatillon, przed swą nagłą śmiercią, rozpoczął w Londynie negocjacje w sprawie małżeństwa między królową Elżbietą a młodym księciem d’Alencon. Książę był znacznie od niej młodszy, niewielki, brązowowłosy niedołęga o głowie zbyt dużej w stosunku do skurczonego ciała i ochrypłym, skrzeczącym głosie. W środku jego dość dziobatej twarzy wyróżniał się groteskowo garbaty i kartoflany nos z pokaźnym wgłębieniem pośrodku, z powodu którego nazywano go Człowiekiem o Dwóch Nosach. Na dworze francuskim nie żywiono wielkiej nadziei że ów elegant będzie odpowiadał wybrednemu gustowi królowej, roznamiętnionej przystojnym Leicesterem. Cavalii napisał do Wenecji że William Cecil, „osobistość o wielkim wpływie na Królową” powiedział w bardzo przychylnych słowach, iż ślub się odbędzie, jednak francuskie Ich Królewskie Mości „powątpiewają czy po tym jak Królowa zobaczy Księcia, nie zechce go odesłać z powrotem…”

Bez względu na motywy – chęć wywołania zazdrości w Hiszpanii, jak opowiadali niektórzy czy odtrącenia księcia, czy też, co bardziej prawdopodobne, utrzymania przychylności Francuzów dopóki Cecil nie zawrze z nimi korzystnego porozumienia, Elżbieta udała się co Cieśniny Kaletańskiej aby spotkać młodzieńca i czekała aż wydobrzeje z jednej ze swych częstych gorączek. Potem, ku ogólnemu zdumieniu, poczuła do niego silne uczucie, nazwała go swą grenouille[1], głaskała publicznie, słuchała jego pochlebczych mów i wydawało się, nawet w oczach dyplomatycznych obserwatorów, że uznaje go za atrakcyjnego. Elżbieta liczyła obecnie lat czterdzieści, wiele chorowała, miała bolesne wrzody na nogach, była kompletnie łysa pod swą okazałą peruką i traciła swe bezbarwne zęby z powodu zapalenia dziąseł. Ze wszystkich jej powabów pozostały jedynie piękne ręce, które ongiś pokazywała Filipowi II. (…)

Tuż przed Nocą św. Bartłomieja, Cecil omawiał z Francuzami przymierze zaczepno-obronne, skierowane głównie przeciw Filipowi II, przedstawiając im atrakcyjną przynętę: jeśli oba państwa podbiłyby razem Niderlandy, większą ich część przekazano by Francji. Projekt ten został powstrzymany przez masakrę. Niedługo potem zręczni intryganci naprawili szkody i wraz z perspektywą małżeństwa Alencona z Elżbietą, Francja i Anglia znalazły się ponownie w stosunkach zbyt przyjaznych jak dla Filipa II. Alba radził swemu panu poróżnienie ich poprzez zawarcie pokoju z Elżbietą. Król miał skrupuły, zwłaszcza po bulli z ekskomuniką. Był w stanie zgodzić się jedynie na traktat handlowy, który Alba podpisał z przedstawicielami Cecila 15 marca 1573 roku. Powyższe odcięło Morskich Żebraków na pewien czas od angielskiej pomocy i dało księciu wolną rękę w ukaraniu buntowników z północnych krain. (…)”

[1] fr. żaba

fragmenty książki: T. Walsha: Phillip II, tłum. wł.

Reklamy

O początku tzw. wojen hugenockich we Francji raz jeszcze

„(…) Królowa Elżbieta, tuż po jej wstąpieniu na tron, wysłała emisariuszy do władców Danii i Szwecji, książąt niemieckich i rządu Szwajcarii „oraz wszystkich państw odłączonych od Kościoła katolickiego”, proponując przymierze „nie tylko w celu obrony ich religii lecz także jej rozszerzania (…) i nie po to jedynie by zabezpieczyć swe własne interesy, ale by spowodować zamęt i szkodę w Koronie francuskiej. Aby przysposobić ludzkie umysły do tego projektu, posłała z Anglii do Niemiec czterech kaznodziejów angielskich, czterech niemieckich i jednego Francuza, aby, udając poruszenie religijnym zapałem i gorliwością, odwiedzili wiele miast i książąt, niekiedy głosząc samemu to co, jak uważali, mogło najbardziej pomóc ich celom, a czasem sprawiając by miejscowi kaznodzieje sami to robili.”

Tymczasem pewien Szkot i Francuz udali ze Szkocji do Anglii, a następnie do Paryża, gdzie na ich prośbę pospieszyło czterdziestu ministrów z Genewy. Zebrali się oni, wraz z innymi propagandzistami na utrzymaniu kalwińskiej wspólnoty w Genewie, w miejscu poza Paryżem, skąd wyruszyli do różnych, przypisanych poszczególnym osobom, regionów Francji, których nazwali się biskupami. Podczas, gdy trwała nasilona kampania obelg przeciw Kościołowi katolickiemu, księciu Franciszkowi Gwizjuszowi, jego bratu, kardynałowi Lotaryngii oraz królowej-matce Katarzynie Medycejskiej, planowano zgromadzenie broni i rekrutację żołnierzy. Następnie, 16 marca 1560 roku, miał zostać przeprowadzony marsz na dwór młodego Franciszka II. Książę Franciszek oraz kardynał jako przywódcy partii katolickiej i główni doradcy króla mieli zostać na miejscu zabici. Kalwin oświadczył że zgodne z prawem było zamordowanie tych, którzy przeszkadzali w głoszeniu ewangelii. Sam król miał zostać stracony, gdyby odmówił przyjęcia przedstawionych mu warunków. Jego matka miała zostać wygnana, jego trzej młodsi bracia i siostra – umieszczeni pod opieką nauczycieli, którzy uczyniliby z nich protestantów. Następnie po dwóch kaznodziejów miało zanieść ewangelię do każdego miasta kraju. Fundusze na powyższą kampanię zamierzano pozyskać, plądrując wyznaczone w tym celu zamożne kościoły, kohorty Reformy miały przeprowadzić tę akcję podczas marszu na królewski dwór.

Kardynał Lotaryngii powiedział Michielowi, weneckiemu ambasadorowi we Francji, że spisek ów zawiązano w Genewie, miesiąc po śmierci Henryka II oraz że w sprawę była zamieszana królowa Elżbieta. Stwierdzenie powyższe znajduje pewne potwierdzenie w liście Throckmortona, ambasadora rządu Cecila na dworze francuskim, z 13 lipca 1559 roku, to jest dzień po śmierci Henryka II, wskazującym, że nadszedł korzystny moment dla wszystkich, którzy pragnęli wywrzeć zemstę na Francji oraz sposobna chwila dla Anglii by pomyśleć o odzyskaniu Calais. (…)

Francja została pozostawiona w słabych, niedoświadczonych rękach młodego Franciszka II i jego żony Marii Stuart. Między nimi a międzynarodową grupą, która pragnęła ich zniszczyć lub kontrolować, stało stronnictwo katolickie Gwizjuszy, prowadzone przez kardynała Lotaryngii, wielkiego i wiernego męża stanu (choć nieco nazbyt ambitnego i zachłannego), który kochał Francję i Kościół, oraz jego brata – księcia Franciszka, który pokonawszy Albę pod Metzem i dokończywszy, poprzez odzyskanie Calais, dzieło świętej Joanny, stał się ulubieńcem ludu, szczególnie paryskiego. Kiedy dwór francuski, po wyjeździe księżniczki Izabeli do Hiszpanii, przeniósł się do Blois, tuż przed Bożym Narodzeniem roku 1559, potajemna intryga rozszerzała się po całej Europie. Jej potężna skala i wrogie zamiary nie ulegają wątpliwości. We Francji jej głównym inspiratorem był Ludwik de Bourbon, książę Conde, który powierzył wykonanie zdradzieckiego czynu szlachcicowi z Perigord, Barremu, panowi  La Renaudie, człowiekowi tak impulsywnemu i nieroztropnemu, jak on sam. Tyle się w ogólnych zarysach przyznaje. (…)

Prawnik – Franciszek Hotman przekazał plan spisku, uzyskany od swego teścia – Prevosta – pana Saint Germaine, Sturmowi i innym protestanckim wygnańcom w Strasburgu. Po wszystkim on i Sturm donieśli na siebie wzajemnie. 5 lutego 1560 roku przywódcy różnych frakcji spiskowych odbyli spotkanie. Trzy tygodnie później Sturm, Hotman i reszta donieśli Kalwinowi, że pod bronią znajduje się 40 tysięcy ludzi, gotowych by wyruszyć. Jest to bez wątpienia liczba przesadzona. Pomimo to, nieświadomej niczego młodej Marii Stuart oraz jej mężowi groziło bardzo realne niebezpieczeństwo.

Jednakże, stało się tak jak się Kalwin obawiał: tu i ówdzie wystąpiły przecieki. Szlachcic Pierre Avenelles przesłał królowi wiadomość o tajemniczych spotkaniach w domu kalwińskiego sąsiada. Jako znanemu wrogowi człowieka, którego zadenuncjował, nie uwierzono mu. Małgorzata Parmeńska, regent Niderlandów, odkryła tam pewne odgałęzienie spisku i poinformowała o tym Granvella, który z kolei przekazał nowinę królowi Franciszkowi. 12 lutego kardynał Lotaryngii jako pierwszy zorientował się co się dzieje. Książę Franciszek Gwizjusz zadziałał błyskawicznie. Ponieważ Blois było zbyt trudne do obrony przy tak małej ilości dostępnego wojska, próbował zwieść nieprzyjaciela, przenosząc króla i królową z lasu do lasu, z zamku do zamku, aż przybyli 22 lutego do dobrze umocnionego zamku Amboise, nad Loarą. Tam też Katarzyna Medycejska wezwała admirała Coligny (kuzyna Kondeusza i znanego hugenota), pod pretekstem że obawia się ataku floty angielskiej.

Dwa dni po tym jak królewska rodzina znalazła się w Amboise, ujawnił się Throckmorton. Przebywał w Metzu i innych miastach wschodniego pogranicza, jak uważali Gwizjusze – by znaleźć dogodne miejsce do napaści na Francję z terenów Niemiec.  Kardynał Lotaryngii niezwłocznie zawiódł ambasadora Cecila do króla i królowej matki. W obecności Coligny’ego, jego brata – kardynała Chatillon, Marii Stuart i innych, Lotaryńczyk oskarżył go o udział w spisku. Throckmorton zaprzeczył. Był niemal tak sprawny jak Cecil w ukrywaniu śladów. Rozpoczęły się aresztowania i wyznania na przesłuchaniach, niektóre uzyskane na torturach. Jak przyznaje Guizot (nie będący przyjacielem książąt lotaryńskich) dowody uzyskane przeciw Kondeuszowi były jednoznaczne. Grupy francuskich szlachciców rozpoczęły wypady z Amboise, by przechwycić nadciągających protestantów. La Renaudie, spiesząc się straszliwie by zmobilizować swe oddziały, najwyraźniej zamierzał dokonać rozpaczliwego ataku na Amboise, kiedy na drodze stanęły mu oddziały Gwizjuszy, pokonały i zabiły podczas walki. Jego ciało zabrano do Amboise i powieszono na szubienicy. Po licznych aresztowaniach nastąpiły przesłuchania i egzekucje. Kalwin wyparł się jakiegokolwiek udziału w spisku, o którym powiedział, że został nierozumnie zaplanowany i fatalnie wykonany.

Po raz kolejny książę Franciszek Gwizjusz został okrzyknięty wybawcą króla, Francji i Kościoła. Wpływy książąt lotaryńskich wydawały się zapewnione. Zdawało się że sprawa hugenocka otrzymała śmiertelny cios. A jednak tumult w Amboise, jak został określony w historii, stanowił jedynie początek długiego, krwawego ciągu wojen hugenockich, z których skutków Francja nigdy się nie podniosła, aż po dziś dzień. Pierwszym uderzeniem w supremację Gwizjuszy okazało się mianowanie kanclerzem Michela de l’Hopitala, który pozyskał zaufanie królowej matki i kardynała Lotaryngii. Deklarował się jako katolik, a jednak jednym z jego pierwszych aktów (kwiecień 1560) było uzyskanie od Katarzyny edyktu z Romorantin, który stanowił klin pozwalający na tolerancję dla nowych doktryn i zapobiegający wprowadzeniu Inkwizycji, co planowali Gwizjusze. Kondeusz został aresztowany podczas zebrania Stanów Generalnych w Orleanie i skazany na śmierć. L’Hopital ocalił mu życie, odmawiając podpisania nakazu egzekucji.

Kolejne i poważniejsze nieszczęście dla Gwizjuszy stanowiła  śmierć króla Franciszka II – 5 grudnia 1560 roku. Wieści o niej dotarły na dwór hiszpański tuż przed Bożym Narodzeniem i spowodowały nie tylko żałobę, lecz również głęboką obawę o to, co wydarzy się we Francji. Maria Stuart w ciągu jednej nocy straciła wszelkie znaczenie. Cała władza, którą posiadali jej wujowie, Gwizjusze, przeszła teraz w ręce królowej matki. Nowy król – Karol IX miał zaledwie dwanaście lat. Któż mógł wiedzieć co uczyni Katarzyna Medycejska? (…)

Katarzyna pragnęła władzy dla siebie. Bez wątpienia obawiała się utraty wszelkiej kontroli nad domem lotaryńskim. Jako katoliczka wzbraniała się oddać pola hugenotom, których przywódcy, co więcej, byli równie apodyktyczni co Gwizjusze, lecz posiadający znacznie mniej skrupułów. Jeśli chodzi o liczebność, nigdy nie stanowili znaczącej mniejszości we Francji. W rzeczywistości, pod koniec roku 1569 obejmowali zaledwie 1/30 całkowitej ludności. Ich siła rodziła się z wsparcia szlachty, zwłaszcza tych starych rodzin z południowych prowincji, gdzie katarzy wyprzedzili wiele doktryn Lutra i Kalwina o prawie 400 lat. Żadna forma protestantyzmu nigdy nie poczyniła wiele postępów we Francji jako religia. Kalwinizm występował raczej jako ruch polityczny. Warto zauważyć, że, podobnie jak protestantyzm angielski, nie miał charakteru ani narodowego, ani demokratycznego, lecz wkradł się potajemnie jako międzynarodowa siła, torując sobie drogę w bogatych rodach, zwykle powiązanych poprzez małżeństwa i interesy.

Można powiedzieć że znalazł wrota do Francji w pozbawionym zasad umyśle owej niemoralnej kobiety – Ludwiki Sabaudzkiej. Jej nonszalancki syn został królem Franciszkiem I, którego polityka i wojny osłabiły autorytet Kościoła, a którego protekcja wobec niektórych z pierwszych heretyckich kaznodziejów dała przyczółek najpierw luteranizmowi, a potem kalwinizmowi (choć sam potrafił też wysyłać luteran na stosy!). Jego córka – Małgorzata z Angouleme, została królową Nawarry – opiekunką głównych siewców herezji we Francji, dzieląc ze swą przyjaciółką Damą z Soubize, jej kuzynką Renatą francuską, księżną Ferrary oraz Gabrielą d’Etampes, kochanką jej brata króla, zaszczyt matkowania „Reformacji” w tymże kraju.

To z zepsutego dworu Małgorzaty wróciła do Anglii Anna Boleyn, przepełniona protestanckimi poglądami i pogańską moralnością. To pod jej opieką Lefevre bronił Reuchlina i pouczał Farela i Rousela. To jej córka Jeanne d’Albret została heretycką żoną nierozumnego króla Antoniego z Nawarry oraz matką Henryka z Bearne (późniejszego Henryka IV), zaś książę Kondeusz – jąkający się, śmiały, kaleki lecz elegancki, był bratem Antoniego. To na jej dworze wreszcie Ludwik de Montmorency wyrósł na tak zagorzałego kalwinistę. Była spokrewniona z konstablem Anne de Montmorency, który romansował z politycznym protestantyzmem, lecz pozostał katolikiem oraz z Montignym i jego bratem Hornesem – przywódcami buntu przeciw Filipowi II w Niderlandach. Jej rzeczywisty wpływ na dzieje Francji rozpoczął się wraz z poślubieniem generała Gasparda Coligny’ego starszego oraz potajemnymi naukami herezji, jakich udzielała swym dzieciom.

Z czwórki jej synów najstarszy Odet we wczesnej młodości został uczyniony kardynałem przez Medyceusza – papieża Klemensa VII, na prośbę Franciszka I. Choć nigdy nie został księdzem, głosował w dwóch papieskich konklawe i stanowił doskonały przykład owego zepsucia w Kościele, które potępiał tak żarliwie, po tym jak został z tegoż wyrzucony. Mieszkający w wielkim przepychu i wystawności, w Paryżu, był mecenasem Rabelaisa i Ronsarda, kochankiem Ysabel de Hauteville, oraz powodem wielkiego szemrania wśród ubogich przeciw Kościołowi, którego najświętsze nauki osobiście wyśmiewał. Od skandalu w roku 1558 było jasne że jest hugenotem. Nie chciał opuścić Kościoła, nawet po tym jak papież Paweł IV mianował go jednym z trzech Inkwizytorów Francji – niektórzy myśleli że po to, by zmusić go do ujawnienia się. Kiedy udzielił Komunii na sposób protestancki w swoim kościele, w Beauvais, w roku 1561, lud był tak rozwścieczony, że powstał i wyrzucił go z biskupstwa. Ekskomunikowany przez papieża Piusa IV w roku 1563, szukał pojednania, lecz ponownie popadł w błędy. W roku 1564 poślubił swą kochankę i otwarcie stał się częścią międzynarodowej lewicy.

Jego brat d’Andelot, dobry żołnierz, nie posiadał zdolności przywódczych. Kolejny brat – Gaspard, znany bardziej jako admirał Coligny był najbardziej wyróżniającym się członkiem rodziny, o królewskiej prezencji, przekonującej osobowości oraz genialnych zdolnościach intryganckich i organizatorskich, ustępując jedynie, przypuszczalnie, Cecilowi. (…) Stał się otwartym protestantem w roku 1559, po jego uwolnieniu, po bitwie pod Saint-Quentin. Katarzyna Medycejska lubiła go, lecz się go obawiała. Stanowił najwyraźniej mózg przewodni częściowo ujawnionego spisku, stosując wobec Francji taktykę wielkich antychrześcijańskich intryg średniowiecza oraz najnowszych ruchów antykatolickich, w tym wolnomularstwa i komunizmu.

Pewne światło na metody Chatillonów oraz powiązania między nimi a innymi „kluczowymi postaciami” międzynarodowego spisku rzuca list skierowany w lutym 1561 roku do Angielskiej Tajnej Rady przez Sir Nicholasa Throckmortona i Francisa Russella, earla Bedford, którzy przebywali wówczas w Ferrarze podczas swoistej misji na dwór heretyckiej księżnej – Renaty Walezjuszki. Zacytowali ją w sposób następujący: „rozmawiając z wami szczerze, głównym promotorem owej sprawy na tym Dworze [tj. francuskim] jest Admirał oraz jego brat, Kardynał Chatillon, albowiem bez nich, nic dobrego by się nie wydarzyło. Jeden działał z Królową Matką, drugi z Królem Nawarry”. Dodała że kardynał „współpracował z Królową Matką” aby usunąć nauczyciela młodego króla, najwyraźniej nazbyt katolickiego jak na jej gust, albowiem opisała go jako „bydlaka, źle nastawionego do religii.” Wysiłki hugenockiego kardynała nie poszły całkiem na darmo. Dwa lata później książę Kondeusz mógł chwalić się wobec ambasadora Cecila, sir Tomasza Smitha, protestanckimi ciągami Karola, mówiąc: „dlaczego wasza Królowa nie poślubi Arcychrześcijańskiego Króla? Jest bardziej przychylny Ewangelii, niż się to powszechnie przyjmuje, zaś unia między dwiema Koronami stanowiłaby miażdżący cios dla Papizmu.”

Mając wybór między tym podstępnym duchem prozelityzmu oraz pańską pewnością siebie Gwizjuszy, Katarzyna Medycejska zwróciła się ku trzeciemu stronnictwu, złożonemu, jak się wydawało, z katolików zajmujących stanowisko neutralne i popierających tolerancję dla wszystkich. Byli to katolicy polityczni, ludzie kompromisu, którzy czuli wstręt do sporów i rozlewu krwi, mężowie posiadający majątek i poważanie. We Francji nazywano ich Les Politiques, w Hiszpanii – los politicos. Cabrera niewątpliwie wyraża przeważającą w Hiszpanii opinię, gdy bez ogródek wskazuje, że byli „gorsi niż heretycy, albowiem podążyliby i za heretykami, i za katolikami, stosownie do tego co mogli uzyskać.” Katarzynie Medycejskiej wydawali się zapewniać jedyną nadzieję na ucieczkę od przemocy z prawej i lewej strony. Prostota ich programu przyciągała. Proponowali oni jako stan docelowy, aby umożliwić kalwinistom i katolikom życie obok siebie, poprzez przyznanie kalwinistom tego, czego żądali, wolności kultu, uznając że to o co proszą jest wszystkim czego naprawdę pragną.

Przywódcą owego stronnictwa liberalnych katolików był Michel de l’Hopital. Jego urząd dawał mu unikalne uprawnienia. Jako kanclerz Francji wykonywał zarówno funkcje prawodawcze, jak i wykonawcze, był też głównym sędzią narodu oraz strażnikiem pieczęci. Michel de l’Hopital należał do tych inteligentnych ludzi o niejasnym pochodzeniu, zawdzięczających wszystko samemu sobie, którzy odegrali tak uderzającą rolę w dziejach XVI stulecia. Jego ojciec był medykiem, bankierem i człowiekiem od wszystkiego u Karola de Bourbona. Młody Michel, podobnie jak Tomasz Cromwell, podróżował wiele po Europie zanim osiedlił się w Paryżu i został polecony na urząd kanclerza przez ówcześnie pełniącego tę funkcję Oliviera, tuż przed jego śmiercią. (…) Rodzina l’Hopitala była wieloreligijna. Choć on sam codziennie chodził na Mszę i przyjmował sakramenty, jego żona Maria Morin była protestantką, podobnie jak jego córka i zięć. Przekonał on królową matkę i być może także samego siebie, że ma na celu wyłącznie prawdziwe dobro Kościoła katolickiego w pełnej pokoju Francji. Jednakże nie można zaprzeczać, że jego wpływy doprowadziły do tej właśnie przemocy, której Katarzyna chciała uniknąć, oddając ją w ręce Coligny’ego i kalwinistów. (…)

Na przykład l’Hopital i Coligny, wymusili na królowej matce zjazd dostojników w Fontainebleau. Podczas zebrania l’Hopital poparł propozycję by zwołać synod narodowy do spraw reformy Kościoła, która prowadziłaby nieuchronnie do utworzenia kościoła galikańskiego, przypuszczalnie tak oddzielonego od Rzymu jak kościół angielski. Gwizjusze i inni katolicy prawego skrzydła dzielnie stawili opór. Jednakże Politiques mieli większość w zgromadzeniu, tworząc coś w rodzaju „frontu ludowego” z hugenotami. Przegłosowali zwołanie Stanów Generalnych do Meaux na grudzień 1560 roku oraz synodu narodowego na 21 stycznia 1561 roku. L’Hopital otworzył Stany Generalne, żywiołowo atakując Kościół i duchowieństwo. (…)

L’Hopital, Coligny i kardynał Chatillon przekonali królową matkę aby zaprosiła z Genewy czołowych kaznodziejów kalwińskich na publiczną dysputę z ważniejszymi katolikami, w nadziei uzyskania jakiegoś zadowalającego kompromisu. Wielki mówca Teodor Beza, „który potrafił równie łatwo przywłaszczyć sobie czyjąś żonę jak czyjąś parafię, i bardziej parał się amorami niż miłością chrześcijańską, jak mówią ci, którzy go dobrze poznali”, pojawił się publicznie we Francji z listem żelaznym i „kolejnym przekazanym mu przez Królową Anglii.” Mnich apostata – Piotr Męczennik za zgodą Katarzyny udał się do Poissy. 8 września 1561 roku Suriano doniósł doży i weneckiemu senatowi o postępach tej sprawy. Nuncjusz papieski, kardynał d’Este z Ferrary oraz kardynał d’Armagnac mieli wziąć udział w dyspucie i gdyby Beza mówił o reformie życia oraz naprawie nadużyć w Kościele, nie tylko słuchać, „lecz przyjmować wszystkie użyteczne propozycje jakie były czynione.” Jednakże, na wypadek przemowy o „dogmatach lub innych rzeczach, stanowiących sedno naszej Wiary” – nie słuchać i nie odpowiadać, chyba że na piśmie, albowiem dla katolika objawienie chrześcijańskie jako takie nie może być przedmiotem dyskusji.

Jak dodał przenikliwy ambasador: „Jeśli okaże się prawdą to co Królowa mi powiedziała, że nie będzie dyskusji na temat dogmatów, wszystko przebiegnie spokojnie. Jednak nie wierzę że Jej Wysokość rozumie co oznacza to słowo: dogmaty. Zaprawdę, obawiam się, że podobnie jak inni tutaj, którzy codziennie nalegają na prowadzenie dysput o religii, myli dogmaty z obrzędami i nadużyciami, jak gdyby były jedną i tą samą rzeczą. Królowa ponadto zapewniła mnie, że, po pierwsze, w religii nie zostaną wprowadzone żadne zmiany, po drugie, że posłuszeństwo wobec Jego Świątobliwości pozostanie niezmienne oraz, po trzecie, że nie zostanie podjęta żadna próba przejęcia mienia Kościoła.”

Debatę w Poissy otworzył o oznaczonym czasie l’Hopital. Beza przedstawił stanowisko kalwińskie. Kardynał Lotaryngii odpowiedział mu. Królowa, jak napisał Suriano, była „bardzo zadowolona” z odpowiedzi, albowiem kardynał jasno wskazał że: (1) król był jedynie członkiem Kościoła, nie jego głową, dlatego nie mógł rozsądzać kwestii religii, (2) heretycy mylili się w kwestii tego „co należy rozumieć pod pojęciem Kościoła” oraz (3) Chrystus jest prawdziwie obecny w Najświętszym Sakramencie, w której to kwestii niemożliwy jest żaden kompromis bez poświęcenia samego chrześcijaństwa. Nawet książę Kondeusz powiedział kardynałowi d’Armagnac, że był „bardzo ukontentowany” wywodem Gwizjusza. Podobnie Jakub Lainez, generał jezuitów, odparł zarzuty Bezy i Piotra Męczennika, co wywołało radość katolików.

Na dworze Filipa II wiadomości o powyższym wydarzeniu nie zostały dobrze przyjęte. Jak rozumował król – nawet jeśli heretycy zostali zawstydzeni, rozgłosili swą sprawę i zwiększyli prestiż, pojawiając się w królewskiej obecności. Dalsze wydarzenia potwierdziły trafność owego pesymistycznego spojrzenia. Wkrótce potem, w całej Francji, kalwińska machina propagandowa rozsiała pogłoskę, że Beza wygrał w Poissy oraz że rząd ugiął się pod żądaniem wolności kultu. Hugenoci, posiadający dobre finansowanie, wzięli w ręce broń i, pod sztandarami Kondeusza i Coligny’ego, rozpoczęli marsz przez kraj do punktów zbiorczych, często prowadzeni przez uzbrojonych po zęby kaznodziejów.

Podczas gdy ci ostatni grzmieli przeciw Nierządnicy Babilońskiej, nawołując do rzezi z zapałem bardziej właściwym mahometanom niż ludziom określającym siebie jako chrześcijanie, Filip II i papież czynili wszystko co w ich mocy aby zebrać Sobór w Trydencie oraz wprowadzić prawdziwą reformę nadużyć, których dotyczyły biadania heretyków. Pierwsi delegaci oczekiwali niecierpliwie na miejscu już od kwietnia. Jednak nadal nie pozwolono biskupom Francji, Anglii czy Szkocji na pojawienie się w Trydencie. Wszystkie siły protestanckich wpływów w Paryżu i Londynie zostały rzucone przeciw Soborowi. Jak napisał Suriano do doży 15 sierpnia: ” podczas gdy Biskupi, prowadzeni przez Ducha Świętego, zajmują się reformą własnych i cudzych uchybień, heretycy, kierowani całkiem odmiennym duchem pobudzają złe namiętności we wszystkich częściach królestwa.” W Gaskonii i Langwedocji, jeszcze przed spotkaniem w Poissy, zaczęli plądrować domy biskupów i kościoły, niszczyć ołtarze oraz wizerunki Chrystusa i świętych oraz pozbawiać katolików broni.

W kolejnych tygodniach po dyspucie nawałnica nienawiści, która zbierała się przez tak długi okres, wybuchła z całą swą furią. Niemal jednocześnie, jak na uzgodniony sygnał, dobrze zorganizowane bandy kalwinistów rzuciły się na katolickie kościoły, konwenty, szkoły i biblioteki. W Montpellier splądrowali wszystkie 60 kościołów i klasztorów, zabijając 150 księży i zakonników. W Nimes zgromadzili przed katedrą wielki stos z figur oraz relikwii i tańczyli wokół niego, podczas gdy płonął, krzycząc że nie będzie już więcej Mszy i idolatrów, a potem rzucili się do niszczenia i grabieży kościołów. W Montauban wywlekli z konwentu ubogie siostry św. Klary, wystawili je pół-nagie na szyderstwa opłaconego tłumu, obrzucali je obelgami i radzili by wyszły za mąż. W grudniu, w  Castres, Reformowany Konsystorz czy też Sanhedryn nakazał by urzędnicy miejscy zaprowadzili każdego kogo znajdą na ulicach, na hugenockie nauki. Księży odrywano od ołtarzy, klaryski wychłostano, chłopów pędzono biczem aby słuchali jak kaznodzieje o osobliwej nosowej intonacji grzmią przeciw Mszy, Spowiedzi i papieżowi. Pola i winnice przy katolickich wioskach, które odmówiły słuchania tych nauk, były palone lub wycinane. W ciągu roku kalwiniści, według jednego z ich własnych szacunków, zamordowali cztery tysiące księży, zakonników i zakonnic, przegnali lub sponiewierali 12 tysiące mniszek, splądrowali 20 tysięcy kościołów i zniszczyli dwa tysiące klasztorów z bezcennymi bibliotekami i dziełami sztuki. Przepadł nieodwracalnie unikalny zbiór manuskryptów pradawnego opactwa w Cluny, podobnie jak wiele innych. Święte naczynia z kościołów przetapiano aby opłacić niemieckich najemników, których wzywano aby nie okazywali litości.

W wielu z tych potworności czynny udział wziął Coligny. Okazywał, zwłaszcza wobec księży i zakonnic, tak chłodne i mściwe okrucieństwo, że katolicy zaczęli nazywać go Holofernesem. W niektórych miejscach ofiarom wypruwano wnętrzności, wypychano sianem i dawano jako pokarm koniom hugenockich żołnierzy. Setki miast i wsi zostało spalonych. Lyon i jego dochodowy handel legły w ruinie. Owa starożytna furia, starannie pielęgnowana, nie oszczędzała nawet umarłych. Nie tylko zniszczono nagrobek Wilhelma Zdobywcy, lecz obdarzone czcią ciała świętych mężów i niewiast, którzy spędzili swe życie w służbie Bogu i ubogim zostały wywleczone z grobów, podeptane, spalone i wrzucone do rzeki. Motłoch zrzucił figurę świętej Joanny z mostu w Orleanie. Inni jeszcze fanatycy rzucili do Loary szczątki świętych Ireneusza i Marcina z Tours. W Poitiers zniszczyli relikwie świętego Hilarego oraz cenne księgi spisane jego ręką. Po otwarciu grobu świętego Franciszka z Paoli w Plessis-les-Tours, odkryto że ciało jest całe i uniknęło zepsucia, mimo iż minęło ponad pół wieku. Zamiast zadziwić się nad tą osobliwością, przywiązano je do sznura i wleczono przez ulice, a następnie spalono. Resztki kości świętego zostały następnie znalezione przez katolików i umieszczone w różnych kościołach zakonu minimitów.

Nie tylko ci, którzy oddali swe życie za Chrystusa, lecz również sam Chrystus, wydawał się szczególnym obiektem nienawiści owych ludzi, którzy nazywali siebie chrześcijanami i nauczali potępienia niemowląt oraz predestynacji wielu dusz do piekła. Podobnie jak podczas wszystkich rewolucji antychrześcijańskich pluto na posągi Zbawiciela, obalano je i niszczono. Często obiektem ataku i urągania stawało się Ciało Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. W Nimes, Paryżu i innych miejscach, włamywano się do tabernakulów, wyrzucano z nich i deptano Hostie – stopami ludzkimi i końskimi kopytami. Choć wszystkich tych okropieństw dokonywała nieliczna mniejszość w przeważająco katolickim kraju, wszystkie siły centralnej i miejscowej administracji wydawały się sparaliżowane i pełne niemocy. Hugenoci uzyskali większość w Stanach Generalnych i zwolenników w parlamencie paryskim. Wydawali się że zajmują wszystkie ważne pozycje aby czuć się bezpiecznie i skierować na boczny tor wszelkie próby ich ukarania.

Za namową l’Hopitala Katarzyna wydała w styczniu 1562 roku edykt przyznający kalwinistom prawo do kultu poza murami miast, pod warunkiem że kościoły zostaną zwrócone, zaś obie strony powstrzymają się od przemocy. Miało to ułagodzić hugenotów, lecz nie odniosło takiego skutku. Uznając powyższe słusznie za kapitulację, hugenoci uradowali się na wieść o pierwszym przełamaniu jedności Kościoła z Państwem we Francji. Tuż potem zniszczyli katedrę w mieście Bezy, wyrzucając całe duchowieństwo.

W pewnym rejonie Gaskonii, w promieniu 40 mil nie można było znaleźć księdza. Coraz więcej zakonnic wywlekano z konwentów, coraz więcej tabernakulów otwierano i profanowano. W lutym, tuż po otwarciu Soboru w Trydencie (na który dzięki determinacji ich przywódcy – kardynała Lotaryngii przybyli także przedstawiciele Francji) siedemdziesięciu kalwińskich kaznodziejów spotkało się na uroczystym synodzie w Nimes, przyjmując plan zniszczenia wszystkich kościołów katolickich w mieście i diecezji. Szybko zaczęli go wdrażać w życie, paląc katedrę i wypędzając wszystkich księży. Rządy terroru nie były wynikiem emocjonalnego, nieprzemyślanego działania bezmyślnego motłochu, lecz starannie opracowanym programem grabieży, destrukcji i zabijania.

Wielu katolików, którzy wspierali stronnictwo Coligny’ego z politycznych powodów, na przykład sporu z Gwizjuszami, wycofało teraz swoje poparcie. Konstabl Anne de Montmorency opuścił Politiques, przenosząc się do frakcji katolickiej. Antoni z Nawarry wrócił do Wiary, przyłączył się do księcia Franciszka i zaproponował powołanie Inkwizycji by zaleczyć rany Francji. Jednak było już za późno na tak pokojowe środki. W marcu widzimy jak Tomasz Gresham, dobrze poinformowany przez swoich agentów, pisze do Cecila z Antwerpii, iż „nadeszły tu wieści, że książę Kondeusz rządzi Królestwem oraz że monseigneur Chatillon jest wielkim panem Francji (…) zaś Mons Dandelot jest głównym kapitanem całej francuskiej jazdy.” Kardynał Lotaryngii oraz inni członkowie parlamentu paryskiego uciekli. W Niderlandach spodziewają się zwycięstwa Kondeusza i Gresham wyraża radosną nadzieję że tak będzie.

Gwizjusz wyruszył teraz pod namową Antoniego z Nawarry do Paryża, biorąc ze sobą, pod zbrojną eskortą swe dzieci oraz swą chorą małżonkę, piękną córkę Renaty francuskiej i księcia Herkulesa d’Este z Ferrary, o których Ronsard śpiewał: Venus la sainte en ses grâces habìte[1]. Pod Vassy kawalkada natknęła się na partię sześciuset, może siedmiuset kalwinistów, w większości uzbrojonych, którzy odbywali zebranie w stodole. Między częścią ludzi Gwizjusza oraz hugenotami wywiązała się sprzeczka. Gdy książę pojawił się by usunąć problem, jeden z kalwinistów zranił go. Grupa jego ludzi, wściekła, runęła na heretyków, zabijając dwunastu na miejscu i raniąc czterdziestu tak bardzo, że wkrótce zmarli.

Beza i inni hałaśliwi propagandziści kalwinizmu wykorzystali owo nieszczęsne wydarzenie, które przypuszczalnie było nieuniknione, zważywszy na prowokację jaką stanowiły kalwińskie rządy terroru, aby okrzyknąć je „Masakrą w Vassy”, aż w końcu zostało ono wyolbrzymione do rozmiarów dokonanej z zimną krwią rzezi setek szlachetnych i bezbronnych hugenotów. Co zwraca jeszcze większą uwagę – tak wielu obecnych historyków datuje wojny hugenockie od tego zdarzenia, zamiast od tumultu w Amboise. Beza ogłosił krucjatę przeciw katolikom. Kondeusz podjął kolejną próbę pojmania młodego króla – nieudaną. Tymczasem Gwizjusz wmaszerował do Paryża, gdzie został przyjęty radosnym entuzjazmem mieszkańców. Kupcy ofiarowali mu dwa miliony liwrów na obronę Wiary i przywrócenie spokoju w mieście. Książę odmówił, oświadczając, że przybył by oddać się do dyspozycji króla. Ze wszystkich głównych postaci pierwszej z ośmiu krwawych wojen hugenockich, ów człowiek widocznie się wyróżnia – spokojem, odwagą, lojalnością, patriotyzmem i oddaniem, heroiczna osobowość, z pewnością jedna z najwspanialszych w dziejach Francji.

Katarzyna Medycejska, obecnie – do głębi przerażona, skierowała rozpaczliwe apele do Filipa II i papieża. (…) Papież Pius IV zgodził się pomóc Katarzynie pod warunkiem dymisji l’Hopitala. Gdy to uczyniła, przesłał jej 25 tysięcy skudów, które pożyczył na dziesięć procent. List l’Hopitala do papieża, z protestem, że jest dobrym katolikiem, jak się wydaje nie zmienił opinii Ojca Świętego o jego polityce. Chatillonowie zawarli już wcześniej dość satysfakcjonujące porozumienie z inną kobietą o królewskiej godności – Elżbietą i człowiekiem odpowiadającym za jej interesy – Cecilem. Kardynał Chatillon przeprowadził wstępne negocjacje, zaś jego brat – admirał Coligny wysłał przedstawicieli by podpisali niesławny traktat z Hampton Court, z 12 września 1562 roku, w którym zdradził swój kraj aby uzyskać korzyści dla sekty hugenockiej. W zamian za zapłatę 100 tysięcy złotych koron, które miały być wypłacone we Frankfurcie lub Strasburgu oraz posiłki wojskowe, zgodził się na zwrot Anglikom Calais. Jako zabezpieczenie powyższego wydał port Havre de Grace, który Anglicy skwapliwie obsadzili.

Francuscy protestanci mieli podobne międzynarodowe nastawienie jak angielscy protestanci, którzy wydali Calais w ręce zwyczajowego wroga swego kraju. W każdym z tych wypadków protestanci byli gotowi do poświęcenia swego kraju na ołtarzu międzynarodowej sekty, czy też mówiąc bardziej ściśle – międzynarodowej nienawiści wobec Kościoła katolickiego i katolików, albowiem powyższe łączyło wszystkie różne frakcje dysydenckie. Dla kogoś przyzwyczajonego do lektury zwyczajowych komunałów o patriotyzmie protestantów i podporządkowaniu katolików politycznym interesom Rzymu oraz nonsensu przypisującego Reformację „nacjonalizmowi”, może niemal wydawać się szokiem odkrycie, że, patrząc ogólnie, to katolicy byli aż nazbyt skłonni przedkładać patriotyzm nad swe obowiązki wobec Kościoła, podczas gdy protestanci, od samego początki, byli zjednoczeni międzynarodowym politycznym sojuszem, który rzadko opierał się wszelkiego rodzaju zdradom interesów narodowych, stając na krawędzi rezygnacji z władzy narodowej nad współrodakami. A jednak to Coligny staje się bohaterem w popularnych dziełach historycznych i biograficznych, zaś o Gwizjuszach zawsze wspomina się z rodzajem niechęci.

W każdym razie, Anglicy zajęli Hawr i brali teraz aktywny udział w wojnie francuskiej. Cztery tysiące przyłączyło się przed końcem 1562 roku do buntowników Kondeusza w Orleanie. Inni obsadzili Rouen oraz Dieppe. Przez nadchodzące lata miasta hugenockie były bardziej lojalne wobec Elżbiety niż własnego kraju. Kondeusz zwrócił się z apelem do niemieckich protestantów, którzy zaczęli mu wysyłać żołnierzy. Książę Franciszek Gwizjusz z trzema tysiącami jazdy, trzema tysiącami wybornej piechoty, dwunastoma tysiącami piechoty francuskiej oraz sześcioma tysiącami Szwajcarów ruszył by podjąć oblężenie Kondeusza i Coligny’ego w Orleanie. 19 grudnia armia katolicka, podobnie jak kiedyś święta Joanna, przekroczyła rzekę. Gwizjusz znajdował się na czele z Hiszpanami i Gaskończykami.  Za nimi podążały francuska piechota i jazda.

Nieprzyjaciel oczekiwał ich, w szyku bojowym, w rejonie Dreux. Ostrzał katolickiej artylerii był nieskuteczny i hugenoci, mimo braku kawalerii, zaatakowali tak zaciekle, że zmusili do odwrotu Szwajcarów i jazdę konstabla Montmorency’ego. Wiktoria wydawała się w zasięgu ręki. Zaczęli nawet śpiewać triumfalne pieśni, gdy hiszpańska piechota przypuściła kontr-uderzenie z tak wielkim skutkiem, że szale zostały odwrócone i zwycięstwo ocalone, choć nie bez ciężkich strat. Wśród poległych znalazł się marszałek de Saint Andre. Wsparcie Filipa II okazało się decydujące.

Na wieść o tym zwycięstwie papież Pius IV odprawił 3 stycznia roku 1563 uroczystą Mszę dziękczynną w kościele San Spirito oraz napisał do francuskich katolików, wzywając ich aby wykorzystali swoje powodzenie. Książę Franciszek postanowił tak uczynić, oblegając Orlean. Niechybnie zająłby tę główną twierdzę hugenocką i zakończył wojnę, gdyby nie zdradziecki postrzał zatrutą kulą z arkebuza kalwinisty na służbie pana de Soubize – niejakiego Pultrota de Mere, który w powyższym celu wstąpił do katolickiej armii.

Pełne żalu lamenty rozległy się w Paryżu i innych miastach katolickich. Przywódcy i kaznodzieje hugenoccy głośno pochwalili zbrodnię. Pultrota pojmano i zaprowadzono do jego ofiary. Książę przebaczył mu i powiedział, że modli się do Boga aby również mu wybaczył. Morderca wyjawił że został zaangażowany przez admirała Coligny’ego, Teodora Bezę i de Soubize’a i otrzymał za zabójstwo sto koron. Przywołał wypowiedź fanatycznego Bezy że królowa, król, jego bracia, wszyscy Gwizjusze i papiescy legaci muszą zginąć. Gwizjusz zmarł niedługo potem (27 lutego 1562 roku) „jak dobry chrześcijanin, wspaniały książę i wielki dowódca” – napisał Barbaro Wenecjanom, przyjąwszy wszystkie sakramenty, „ufny w miłosierdzie Boże i nie lękający się śmierci.”

Owa niegodziwa zbrodnia zniszczyła całe dzieło Gwizjuszy i ich przyjaciół, pozostawiając stronnictwo katolickie bez przywódcy. Brat księcia, kardynał Lotaryngii był uzdolniony, odważny i o nieposzlakowanej opinii, lecz przebywał na Soborze w Trydencie. Montmorency był więźniem. Antoni Nawarski i marszałek de Saint Andre polegli. L’Hopital, człowiek kompromisów, powrócił z wygnania do stronnictwa Katarzyny Medycejskiej. Przestraszona królowa złożyła kolejną upokarzającą kapitulację wobec hugenotów, przyznając im, w traktacie z Amboise (marzec 1563) amnestię i wolność wyznania. (…) Dzięki sztuczkom damy dworu Kondeusz został pozyskany przez stronnictwo Politiques.

Kardynał Chatillon wrócił na dwór ze swym bratem admirałem. Michela l’Hopitala, ponownie w łaskach, widziano na Mszy każdego ranka. Konstabl, który miał w zwyczaju odmawianie Różańca, gdy rozmawiał lub wydawał rozkazy swoim żołnierzom lub koniowi, został zwolniony. Zapanowała cisza w trakcie burzy i wszystko pozornie wydawało się pełne zgody. Jednak katolicy wciąż powtarzali na kształt litanii: „od wykałaczki admirała, paciorków konstabla, Mszy kanclerza, czerwonego kapelusza Chatillona, libera nos, Domine[2]! Albowiem rujnowali nas i będą rujnować.” (…)

przypisy:

[1] fr. Wenus święta żyje w jej wdziękach

[2] łac. wybaw nas, Panie!

fragmenty książki: T. Walsh: Phillip II, tłum. wł.