Paryż wart Mszy

„(…) Zagrożeni siódmą wojną hugenocką katolicy francuscy zorganizowali w roku 1576 Ligę Świętą, pod przywództwem księcia Henryka Gwizjusza. Niemal od razu stała się popularna i rozszerzyła się po całym kraju. Kiedy zmarł książę Alençon i Henryk Nawarry zgłosił roszczenie do dziedziczenia po bezdzietnym Henryku III, Liga była w stanie wystawić własnego kandydata – Karola kardynała Bourbon, któremu Filip II udzielił swego poparcia. Wojna zakończyła się triumfem katolików. Katarzyna Medycejska w układzie z Nemours zabroniła protestantyzmu i ogłosiła banicję wszystkich kalwinistów, którzy nie będą skłonni wrócić do Kościoła w ciągu sześciu miesięcy. Powyższe poprowadziło do ósmej wojny hugenockiej, nazwanej Wojną Trzech Henryków, ponieważ trzema jej głównymi postaciami byli król Henryk III, Henryk Nawarry i Henryk Gwizjusz. Henryk protestant pokonał członków Ligi pod Coutras na początku roku 1587 i wydawało się prawdopodobne, że z pomocą 36 tysięcy protestantów z Niemiec oraz innych krajów, wygra wojnę. Jednakże książę Henryk Gwizjusz, bez wątpienia najlepszy człowiek i dowódca z całej trójki, zadał kalwinistom tak miażdżącą klęskę, że Niemcy Lamarcka zostali niemal w pień wycięci. Sam Lamarck poległ.

Henryk III, który lawirował między dwoma stronnictwami lecz raczej sprzyjał protestantom, z powodu zawiści wobec Gwizjuszy, został zmuszony do pozostawania w upokarzającym odosobnieniu, w Luwrze, mając niewielu żołnierzy i nie posiadając pieniędzy. Rozkazał Gwizjuszowi by trzymał się z dala od stolicy. Jednak mieszkańcy Paryża, wśród których Gwizjusz był niesłychanie popularny, przywrócili Radę Szesnastu, reprezentującą dzielnice miasta, i zaprosili go by przyjechał. Pojawiając się zaledwie z piętnastoma jeźdźcami Henryk, przy radosnym wsparciu Paryżan, zajął Bastylię i uczynił się panem Paryża, podczas gdy król Henryk III siedział bezradny w Luwrze. Gwizjusz był teraz faktycznym władcą Francji wraz z Paryżem. Natychmiast zadeklarował wobec króla swoje posłuszeństwo i zapewnił go że przeciwstawiał się jedynie złym doradcom Jego Królewskiej Mości. Król nie miał wyjścia, jak tylko stłumić swój gniew i zawrzeć układ, który potwierdził przysięgą w katedrze, w Rouen. Układ ów wielce był korzystny dla sprawy katolickiej i wprowadzał spóźniony nakaz wdrożenia reform Soboru Trydenckiego.

Podczas gdy Armada majestatycznie płynęła przez Kanał, król Henryk III czekał z obawą, choć obawa ta nie przeszkadzała mu wysłać potajemną wiadomość do Turków, nalegając by zaatakowali Hiszpanię. Powodzenie Armady uczyniłoby Filipa II faktycznym zwierzchnikiem Europy i mogłoby utrwalić dominację jego przyjaciół – Gwizjuszy. I tak pobladły oraz melancholijny Henryk prowadził grę pozorów (sztukę, w której był tylko nieco mniej zręczny od Filipa II) aż nadeszły wieści że flota hiszpańska została rozproszona. Wówczas udał się do Blois na zebranie Stanów Generalnych, obecnie w przygniatającej większości złożonych z katolików, i po przyjęciu edyktu, wykluczającego książąt protestanckich (a zatem Henryka Nawarry) od sukcesji, zaprosił księcia Gwizjusza na rozmowę w swej prywatnej komnacie. Jak tylko przywódca katolików wszedł do pokoju został powalony ciosami mieczy kilku zbrojnych, którzy zaczaili się tam w tym właśnie celu. „To za me grzechy!” – zawołał człowiek, który pomścił śmierć swego ojca zabójstwem Coligny’ego i masakrą Nocy św. Bartłomieja, umierając u stóp ostatniego z zepsutych synów Katarzyny Medycejskiej. Jego brat – kardynał Gwizjusz, został powieszony na rozkaz króla dwa dni później (24 grudnia 1588 roku).

Cała Francja zawrzała gniewem przeciw sprawcom tej haniebnej zdrady. W ciągu dwóch tygodni kraj znalazł się w stanie buntu. Młodszy brat Gwizjusza – książę Mayenne stanął na czele Świętej Ligi (jako nieobecny w Blois uniknął losu swych starszych braci). Paryż powołał tymczasowy rząd i wyznaczył go na regenta aż do następnego zgromadzenia Stanów Generalnych. Orlean chwycił za broń. Siedemdziesięciu doktorów z Sorbony ogłosiło że mieszkańcy Francji zostali zwolnieni z ich posłuszeństwa wobec króla Henryka III. Papież Sykstus V zażądał zadośćuczynienia i pokuty za mord na kardynale, a kiedy Henryk odmówił, ekskomunikował go. Katarzyna Medycejska zmarła dwa tygodnie po zamordowaniu Gwizjuszy. Jej syn, bezradny bez jej makiawelicznych rad, oddał się w ramiona również ekskomunikowanego Henryka Nawarry i postanowił, z jego pomocą, zdobyć Paryż. Paryżanie, broniąc się, wznieśli barykady i wykopali okopy. Henryk dotarł do przedmieścia Saint Cloud. Tam fanatyczny dominikanin – Jacques Clemente rzucił się na niego, zadał celny cios nożem, samemu ginąc w starciu jakie się wywiązało. (…)

Henryk III na swym łożu śmierci wezwał bowiem władcę Nawarry i wyznaczył go swoim następcą. Stronnictwo kalwińskie oczywiście uznało to za triumf. Katolicy, choć stanowiący przygniatającą większość, nie byli w żadnym wypadku zjednoczeni przeciw Nawarczykowi. Liga, utrzymywana przy życiu głównie dzięki pomocy Hiszpanii, nie chciała słyszeć o żadnym kompromisie, który poświęciłby religię katolicką, lecz śmierć Gwizjusza pozostawiła ją bez silnego przywódcy, przy braku kandydata na następcę, poza sędziwym kardynałem de Bourbonem – „królem Karolem X”. Istnieli również Les Politiques, którzy przejęli polityczne teorie l’Hôpitala. Głównie z ich inicjatywy, Henryk z Bearne został skłoniony do złożenia publicznej obietnicy, że, jeśli zostanie ukoronowany na króla Francji, przejdzie na katolicyzm. Katolicy z Ligi, przekonani że każdy kompromis dotyczący chrześcijaństwa nieuchronnie prowadzi do rozkładu, nie chcieli wierzyć w szczere intencje człowieka, który wcześniej wyznawał ich religię z powodów politycznych i dokonał apostazji.

Papież Sykstus V znajdował się w niesłychanie kłopotliwym położeniu. Francuska szlachta katolicka zapewniała go że bezpieczeństwo Francji i Kościoła wymagało następstwa kardynała de Bourbona, że Henryk Nawarry był kłamcą i zniszczyłby religię katolicką, gdyby został królem Francji. Inni francuscy katolicy przypominali mu o wieku i niewielkich talentach kardynała, zapewniając go że Henryk nie był w głębi serca heretykiem i że stałby się doskonałym katolikiem, gdyby papież poparł jego sprawę. Sykstus przyjął uprzejmie wszystkich ambasadorów, nie udzielając żadnemu definitywnej odpowiedzi. W miarę upływu czasu przychylił się do stanowiska, że jedynym sposobem przywrócenia pokoju we Francji, bez poświęcania zasadniczych wartości, jest koronacja Nawarczyka. (…)

Tymczasem Henryk Nawarry przygotowywał się do marszu na Paryż z armią, w której znajdowali się niemieccy, francuscy i szkoccy protestanci, razem z wieloma francuskimi katolikami, którzy chcieli walczyć za potomka św. Ludwika po jego zapewnieniu że później zostanie katolikiem. Książę Mayenne i siły Ligi gotowały się do obrony stolicy, przy wsparciu 1800 jazdy z Flandrii pod wodzą młodego hrabiego Egmonta oraz 400 Walonów księcia Parmy. Papieski legat Gaetano zachęcał Mayenne’a do walki, ku wielkiemu niezadowoleniu papieża. Filip II włożył większy skarb w jego łakome ręce – cały milion dukatów przez zaledwie rok, które, jak Filip narzekał, Mayenne przepuścił jak wodę.

Sykstus zawiesił swą decyzję. Katolicy walczyli po obu stronach. Mówiono że papież uważa iż energiczny król Nawarry zwycięży. Henryk, powiedział Jego Świątobliwość, spędzał mniej czasu w łóżku niż Mayenne na jedzeniu. Opinię Ojca Świętego cechowała przenikliwość. Henryk Nawarry przekroczył na początku marca roku 1590 Sekwanę i ustawił swą armię w szyku bitewnym. Mayenne przyjął wyzwanie. Oba wojska zwarły się a bitwa pod Ivry przyniosła porażkę armii Ligi oraz zwycięstwo Nawarczyka. (…)

Podczas gdy Henryk z około 12 tysiącami ludzi przygotowywał atak na Paryż, Filip II postanowił że go nie dostanie i wysłał instrukcje do księcia Parmy we Flandrii aby ruszył z pełną szybkością na odsiecz miasta. Paryżanie zaraz po klęsce pod Ivry byli zniechęceni i skłonni do kapitulacji. Henryk Nawarry posiadał wśród nich wielu zwolenników, którzy byli zręcznymi w sztuce propagandy. Jednakże trend ten przezwyciężyły odważne słowa arcybiskupa Lyonu, który przypomniał że Bearne dysponuje dość niewielką armią oraz działania Bernardino de Mendozy. „Jestem tu, służąc ci jak najlepiej potrafię” – napisał ambasador Filipa – „lecz gdziekolwiek przebywam jest pewne że wybuchnie burza i biegam pod mocno zrefowanymi[1] żaglami od dziobu do rufy.” Podczas oblężenia Paryża, choć chorujący, pozbawiony pieniędzy i niemal całkowicie ślepy, ów weteran kampanii księcia Alby stanowił filar obrony, odwiedzając posterunki, nawołując żołnierzy, karmiąc głodnych i podnosząc na duchu mieszkańców. To w znacznej mierze dzięki jego wysiłkom miasto nadal się trzymało, gdy, po dwóch miesiącach oblężenia, zapasy żywności były na wyczerpaniu, zaś 13 tysięcy zmarło z wycieńczenia.

Książę Parmy niechętnie opuszczał Flandrię i poinformował o tym króla. Potrzebował pieniędzy, obawiał się buntów i bał się że, jeśli wyruszy z dużą armią, popchnie Francuzów w ramiona Henryka i utraci Niderlandy. Napisał o tym wszystkim do Filipa, który bezzwłocznie odpowiedział, wysyłając pieniądze i nakazując mu wyruszać natychmiast. „Jeśli Flandria zostanie utracona” – dodał szorstko – „spadnie to na mnie.” Parma wyruszył. Mieszkańcy Paryża rozpoczęli w sierpniu negocjacje w sprawie kapitulacji, lecz nadeszły wieści że Hiszpanie przekroczyli granice i dołączyli do Mayenne’a pod Meaux. Henryk zwinął oblężenie i skierował się naprzeciw Parmeńczykowi. Ten ostatni, osiągnąwszy swój cel – zwinięcie oblężenia i nie zamierzając ryzykować życia swych ludzi w decydującej bitwie, o ile mógł jej uniknąć, okopał się w pobliżu brzegów Marny na silnej pozycji, której Nawarczyk nie ośmielił się zaatakować.

Wykonując jeden z najbardziej mistrzowskich manewrów w swojej karierze książę Parmy ruszył ze swoją armią. Udając że wydaje bitwę pozorowaną strażą przednią i w ten sposób uwalniając resztę żołnierzy, przeprawił dwa regimenty przez most pontonowy, zdobył szturmem Lagny i posiadał teraz oba brzegi rzeki pod kontrolą. Był teraz w stanie zaopatrywać Paryż żywnością i zręcznym wypadem zajął Corbeil. Jednak zauważył że z jednej strony katoliccy politykierzy spiskują przeciw niemu, zaś z drugiej – przyjaciele Mayenne’a krytykują go że nie rozbił przeciwnika na polu walki. Mayenne obiecał swym wierzycielom zapłatę z pieniędzy Filipa II, które spodziewał się uzyskać od księcia Parmy. Parmeńczyk odpowiedział że wykonał to co rozkazał mu król i że więcej nie uczyni. W listopadzie wycofał się w doskonałym porządku do Flandrii. (…)

Na dworze hiszpańskim zapanowała wielka radość z powodu konklawe, gdyż papież Urban VII z Castagny, kardynał San Marcello, który pozyskał wielu przyjaciół w Hiszpanii, kiedy jako nuncjusz ochrzcił infantkę. (…) Po surowych dniach papieża Sykstusa V, perspektywa układania się z papieżem, dla którego pół miliona dukatów stanowiło drobnostkę było dla doradców w Madrycie i ich pana bardzo krzepiące. W dniu, w którym król Filip usłyszał o wyborze, wziął wolny dzień i udał się ze swymi dziećmi na polowanie, na króliki. Jednak Urban żył zaledwie parę dni. W październiku nastąpił po nim Grzegorz XIV, z bogatej mediolańskiej rodziny. Miało się dopiero okazać jaki punkt widzenia zajmie nowy papież. Polityka Grzegorza była dla Hiszpanii wysoce satysfakcjonująca. W marcu roku 1591 odnowił wyrok ekskomuniki przeciw Henryka Nawarry i wyłożył pieniądze na rzecz Ligi. Zmarł jednakże w tym samym roku a jego następcą został kolejny papież, który żył krótko – Innocenty IX. (…)

Był to dla Filipa krytyczny moment. Podczas gdy leżał, tak złożony podagrą, że w Londynie donoszono o jego śmierci, król Nawarry, silnie wsparty przez protestanckich żołnierzy angielskich i szkockich, wyruszył by oblec Rouen. Filip posiadał w Langwedocji niewielką armię, która pomagała tamtejszym członkom Ligi, oraz kolejną w Bretanii, która dokonała szeregu znaczących czynów. Widział że trzeba czegoś więcej aby pokonać Nawarczyka. W sierpniu 1591 rozkazał księciu Parmy by powrócił do Francji. Gdy książę Parmy dokonał odsieczy Rouen, król wykorzystał jego przewagi by zażądać od Mayenne’a zwołania Stanów Generalnych aby uznały prawa jego córki do francuskiego tronu. Znajdował się na silnej pozycji, albowiem dostarczał Lidze nie tylko pomoc wojskową, lecz olbrzymie subsydia w pieniądzu. Skarżył się, nie bez racji, że mógłby zażądać wydania w zastaw francuskich miast i fortów, jak to uczyniła wcześniej Elżbieta, uzyskując je od Coligny’ego, lecz nie chce ingerować we francuską suwerenność, zaś jego wyłącznym celem jest utrzymanie w tym kraju religii katolickiej. Faktycznie, nie naciskał na wybór Izabeli Klary Eugenii. Zaproponował ją jedynie jako najbardziej logicznego kandydata, gdyż była wnuczką Henryka II i brak było jego żyjących zstępnych płci męskiej. Podczas gdy Stany Generalne przygotowywały się do zebrania w Reims, Aleksandra Parmeńskiego, poważnie rannego podczas ataku na miasteczko Caudebec, odwożono w lektyce do Flandrii. Zmarł 2 grudnia, w wieku 46 lat jako jeden z największych dowódców Europy na przestrzeni wieków (…) Jak tylko Mayenne dowiedział się o śmierci Parmeńczyka, przeniósł zebranie Stanów do Paryża, gdzie był bardziej niezależny od wpływów hiszpańskich. (…)

Papież Klemens VIII okazał się jednym z najbardziej świątobliwych papieży szesnastego stulecia. Jego długie panowanie (przeżył Filipa o siedem lat) należało do najbardziej chwalebnych w dziejach Kościoła. Spowiadał się każdego dnia, pościł dwa razy w tygodniu, nosił włosiennicę oraz ukazał pogodny i pokorny sposób bycia, co stanowiło wyraźny kontrast z tytaniczną osobowością Sykstusa V. Każdy polityk, który poszukiwał pod miękką mową Klemensa jakiejkolwiek bojaźliwości bądź jakiegokolwiek egoizmu za jego łagodnym i opanowanym spojrzeniem, był skazany na niemiłą niespodziankę. (…)

Klemens wprowadził na papieskim dworze rygorystyczne reformy, rozpoczął program tego co miało zostać teraz nazwane „Ulga dla gospodarstw”, aby wyzwolić chłopów spod nadmiernego opodatkowania, ograniczył miejsce zamieszkania żydowskich lichwiarzy do Rzymu i Ankony aby chronić przed nimi całą ludność chrześcijańską, zbudował Kolegium Klementyńskie, sprokurował temat dla Shelleya, każąc stracić Beatrycze Cenci za zabójstwo jej ojca, zmiażdżył bandytów i samowolnych rzymskich szlachciców, tak surowo jak uczynił to Sykstus, oraz spowodował spalenie dominikańskiego apostaty  Giordano Bruno, drwiącego ze wszystkich religii, tak z chrześcijańskiego, jak z żydowskiego objawienia, oraz nauczającego pogańskiej filozofii, która, jeśliby została przyjęta, zniszczyłaby społeczeństwo. Gdy książę Sesy poinformował nowego papieża, ze swą zwykłą zadziornością, że Filip II uznałby za śmiertelną obrazę, gdyby papież pozwolił aby książę Nevers przybył do Rzymu w interesach Henryka Nawarry, Klemens spokojnie go uciszył, mówiąc że pozwoli księciu Nevers aby przyjechał jako osoba indywidualna, nie jako ambasador, oraz wysłucha tego co ma do powiedzenia. Udzielił księciu Nevers pięciu audiencji. Jednakże nie chciał być narzędziem Henryka Nawarry, podobnie jak Filipa II, i przez jakiś czas odmawiał zatwierdzenia pojednania dokonanego przez biskupów francuskich.

Córka Filipa już utraciła koronę Francji. Choć bardzo niewielu katolików wierzyło w szczerość Henryka, podobnie jak papież Klemens, stało się jasne dla francuskich rojalistów na zgromadzeniu Stanów Generalnych, że wybór któregokolwiek z kandydatów Hiszpanii spowoduje iż wojny hugenockie będą się ciągnęły w nieskończoność. Z drugiej strony, Henryka wspierali kalwiniści i katoliccy politiques. Pochodził z królewskiego rodu i był Francuzem, zaś najważniejsza obiekcja ze strony Ligi Katolickiej dotyczyła jego protestantyzmu.

Ze swej strony Henryk widział że jeśli uzyska koronę jako protestant, będzie nadal miał przeciw sobie Ligę oraz wszystkie najszczersze umysły katolickie. Odważnie zdecydował zatem że zaryzykuje urażenie mniejszości protestanckiej. Nie jest pewne czy cyniczny komentarz „Paryż jest wart Mszy” oddaje mu sprawiedliwość. Istnieje inna wersja że bardzo wpłynęły na niego argumenty pewnych jezuitów. Wedle tej wersji Henryk, po wielu deliberacjach, zwołał grupę pastorów protestanckich i zapytał ich czy uważają że człowiek może zostać zbawiony w Kościele Rzymskokatolickim. Zgodzili się że może. „Dlaczego zatem” – zapytał Henryk – „porzuciliście go? Katolicy utrzymują że nie ma zbawienia w waszym kościele, lecz wy przyznajecie że możecie zostać zbawieni w ich. Mój zdrowy rozsądek skłania mnie do przyjęcia bezpieczniejszego wyjścia i wyboru religii, w której, wedle świadectwa całego świata, mogę sobie zapewnić szczęście wieczne.”

Filip posłał czterech ambasadorów aby prowadzili negocjacje ze Stanami. Mieli uczynić wszystko co w ich mocy aby infantka została wybrana królową. Jeśli okazałoby się to niemożliwe, mieli poprzeć wybór wicekróla Portugalii – kardynała Alberta bądź Ernesta – brata Rudolfa II. Jeśli i to by się nie udało, należało wesprzeć młodego księcia Gwizjusza a nawet kardynała Lotaryngii. Sukcesem byłby wybór katolika, a przede wszystkim wykluczenie wszystkich protestantów w owczej skórze, takich jak Henryk Nawarry. Hiszpańscy szlachcice przemawiali odważnie, lecz stracili grunt pod nogami, gdy politiques zorganizowali publiczne pokajanie się i pojednanie Henryka z Kościołem. Ceremonia ta została zaplanowana, ku wielkiemu oburzeniu Hiszpanów, na 25 lipca, dzień świętego Jakuba. Henryk, we wspaniałym białym odzieniu, udał się do kościoła St. Denis, zapukał w zamknięte drzwi i, wzywając miłosierdzia Bożego, przysiągł że uznaje wyłącznie jeden Kościół, święty, katolicki, apostolski i rzymski oraz pragnie w nim żyć i umrzeć oraz że będzie go ochraniał i bronił swą krwią i życiem, wyrzekając się wszelkich herezji i innych religii. Arcybiskup Brugii uwolnił go od ekskomuniki, pod warunkiem uzyskania zgody papieża, a Henryk udał się do Spowiedzi i wysłuchał Mszy. (…)

Papież uważał że, czyniąc Henryka królem, wybiera mniejsze zło. Czas pokazał że w argumentach Filipa II było sporo słuszności. Choć Henryk IV obiecał każdemu Francuzowi kurę do garnka i na pewien okres przywrócił pokój w kraju, w ostatecznym rozrachunku sprawił że Francja jęczała pod wysokimi podatkami jakie nałożył by zaspokajać swe kosztowne nałogi oraz wepchnął Europę w konflikt, który swe niszczące apogeum osiągnął podczas wojny trzydziestoletniej. Francja jako całość pozostała katolicka, podczas gdy protestantom zapewniono tolerancję. Jednak wszyscy doradcy Henryka —Sully, Du Plessis, Mornay, D’Aubigne— byli protestantami albo nie wyznawali żadnej religii, poza katolikiem Villeroi, jego sekretarzem stanu od spraw zagranicznych. Henryk nie zaprzestał zdobienia nowych budowli owym znakiem wolnomularzy, różokrzyżowców oraz gnostyków, który stanowił część jego spuścizny po Jeanne d’Albret. „Stał się katolikiem we Francji” – powiada Guizot – „nie przestając być podporą protestantów w Europie.” Nie jest jedynie kwestią przypadku że sprzymierzył się z Turkami przeciw Hiszpanii a w roku 1595 podjął negocjacje z utajonymi żydami z Hiszpanii.

Wraz z edyktem nantejskim po raz pierwszy w dziejach chrześcijańskiej Europy doszła do władzy grupa ludzi, zdolna do swobodnego wdrażania politycznych teorii l’Hôpitala i Les Politiques. Odwołując się do ludzkiego głodu wolności, ich doktryna zawierała w sobie paradoksalnie nasienie tyranii nowoczesnego państwa totalitarnego. Cabrera ze szczególną przenikliwością dojrzał powyższą okoliczność. Jak zauważył, politiques byli skłonni poświęcić Kościół dla kwestii politycznych, „zaś ta niegodziwość les politiques zrodziła się z ich własnego zapatrywania, które uznawało religię za akcydens Państwa, gdyż to drugie ją ustanowiło, oraz że Władca ma wierzyć jedynie w to co prowadzi do zachowania Państwa; co było widoczne w radzie jakiej udzielili Bearne’owi aby poprosił papieża o absolucję, gdyż jego wsparcie będzie cenne, ale gdyby jej odmówił, samo poproszenie o nią będzie warte tyle co jej uzyskanie, zaś we Francji istnieją biskupi, którzy mu jej udzielą (…) Wszystko to prowadziło ku rozdzieleniu z Kościołem Boga, którego gniew, jeśli się nie zmienią, rychło na nich spadnie.” (…)

Owa tolerancja zależała wyłącznie od przychylności Państwa, od którego nie było żadnego odwołania. Tendencja jest oczywista i w długiej perspektywie musiała stopniowo prowadzić od państwa katolickiego, w którym chrześcijaństwo było uważane za nałożony przez Boga obowiązek (choć w praktyce istniała tolerancja wobec żydów i innych, pod warunkiem że nie ingerowali oni w wiarę i praktykę chrześcijan), do nowoczesnego państwa totalitarnego, które, po doprowadzeniu do logicznej konkluzji, musiało okazać się antykatolickie oraz antychrześcijańskie. Zasada tolerancji, w takiej formie jak przywoływali ją wrogowie Kościoła katolickiego, uwalniała w tej samej przestrzeni dwie siły nie do pogodzenia, z których jedna musiała zwyciężyć. „Kto nie jest ze Mną, jest przeciwko Mnie.” Apel o tolerancję idei antykatolickich osłabił Kościół. Ponieważ Kościół stanowił jedyną możliwą instancję odwoławczą od tyranii Państwa, rezultatem było rozpasanie tego ostatniego i skupienie w rękach polityków całej władzy, co do której istniała w średniowieczu delikatna równowaga oparta na podziale między obie instytucje. Państwo (jeśli nie stałoby się katolickie) było skazane na wykorzystanie tej przewagi i w efekcie końcowym – uczynienie się absolutnym, odpychając drabinę tolerancji, dzięki której wzniosło swą głowę ponad Kościół. Tak to wyglądało przynajmniej w zachodniej Europie. W Niemczech, jak zauważył Bernhardi, totalitarny pogląd Treitschkego był następstwem Lutra. Z fermentu szesnastego stulecia, wprawionego w ruch przez ducha sprzeczności, który powtarzał na przestrzeni stuleci kpiny oraz szyderstwa faryzeuszy i saduceuszy, wyszedł, w dwóch pozornie rozbieżnych kierunkach, prowadzących, zależnie od okoliczności, do komunizmu bądź do faszyzmu, jeden impuls wiodący ku jakiemuś ostatecznemu absolutyzmowi państwowemu, który będzie stanowił w każdym aspekcie antytezę chrześcijaństwa. (…)”

[1] refować – zmniejszać powierzchnię żagli np. przy silnym wietrze

fragment książki T. Walsha: Phillip II, tłum. własne

Reklamy

O tzw. nocy świętego Bartłomieja – uzupełnienie

„(…) Coligny razem z Kondeuszem uknuli na jesieni roku 1567 nowy spisek aby pojmać Karola IX i jego matkę. Faktycznie, zarówno papież Pius w Rzymie, jak i Alba w Niderlandach byli przekonani, na podstawie informacji jakie otrzymali, że przywódcy hugenoccy zamierzali ich zabić i wysłali ostrzeżenia w tej kwestii. Coligny napisał do zborów kalwińskich, wzywając je do chwycenia za broń przeciw swemu królowi. Wraz z przyjaciółmi zebrał znaczną siłę z nadzieją pochwycenia Karola, gdy ten wyjechał na łowy w dzień świętego Michała. Jednak, dzięki przestrogom papieża i Alby, Katarzyna Medycejska wezwała 6 tysięcy Szwajcarów aby odstraszyli jazdę Kondeusza oraz Colignyego i król przedostał się bezpiecznie. Hugenoci zajęli Saint Denis, święte miejsce pochówku królów Francji i zamierzali je splądrować. Sytuacja rodziny królewskiej i Kościoła stała się krytyczna, gdy legat papieski ocalił ich, przekazując 200 tysięcy skudów, składając w imieniu papieża obietnicę przesyłania kolejnych 25 tysięcy co miesiąc. Alba posłał przez granicę 1500 jazdy. Francuscy katolicy, z pomocą hiszpańskich tercios, odnieśli w krwawej nocnej bitwie pod Saint Denis wspaniałe zwycięstwo. Waleczny, stary konstabl Montmorency, ongiś wróg Filipa II spod Saint-Quentin zginął, walcząc ramię w ramię z żołnierzami Alby. Brutalna wojna domowa rozgorzała na nowo w całej Francji.

Katarzyna Medycejska z pomocą piechoty, którą Alba wysłał teraz aby wesprzeć jazdę, mogła raz na zawsze rozbić przeciwnika. Jednak potwornie przerażona, pozostająca nadal pod urokiem politycznego katolika l’Hopitala, robiła dokładnie to czego oczekiwał Coligny. Po pierwsze, powiadomiła papieża, że zawrze z buntownikami pokój, jeśli nie prześle jej kolejnych 200 tysięcy skudów. „Święty papież, który oddał by samą swą pobożną krew w obronie Kościoła, dostarczył je.” Jak tylko królowa matka otrzymała pieniądze, zawarła 30-dniowy rozejm, podczas którego l’Hopital spotkał się z Kondeuszem i ustalili warunki korzystnego dla pokonanych hugenotów pokoju.

Na podstawie owej niesławnej umowy Karol IX miał zapłacić niemieckim protestantom, którzy najechali jego kraj aby walczyć po stronie jego wrogów, zaś wydatek ten pokrył z pieniędzy podarowanych mu przez papieża! Cabrera z pewnością nie przesadza, gdy zauważa że św. Pius został „poważnie urażony”, stając się ofiarą takiej medycejskiej nieuczciwości ze strony Katarzyny i jej syna. Pomimo to, wspaniałomyślnie udzielił dalszej pomocy, z wielkim poświęceniem, gdy hugenoci znów chwycili za broń. To ponad kluczami tarczy herbowej tego bohaterskiego papieża, lśniącej na papieskim sztandarze na polu Montcontour, pewni hugenoccy żołnierze widzieli, na tle błękitnego nieba, uzbrojonych jeźdźców z wyciągniętymi krwawymi mieczami, tuż przedtem, zanim nie zostali rozbici i rozproszeni przez katolicką armię. (…)

Katarzyna i Karol poprzez haniebny pokój w Longjumeau (23 marca 1568), pozwolili sobie podstępem wydrzeć całą przewagę wspaniałych zwycięstw wygranych przez francuskich katolików. Coligny i Kondeusz nie czynili tajemnicy z tego, że ów niezasłużony triumf pozwoli im skoncentrować całość sił przeciw Hiszpanii w Niderlandach i w ciągu kilku miesięcy podpisali z Wilhelmem Orańskim tajemny układ zaczepno-obronny. (…)

Papież obawiał się że hugenoci podejmą najazd na Włochy. Całą wiosnę w Rzymie spodziewano się że niemiecka jazda protestancka, opłacona niedawno przez Katarzynę Medycejską z pieniędzy papieża, przekroczy Alpy, przynosząc nowe zniszczenia. (…) Najgorsze jednak były wieści o tym co francuscy kalwiniści robili na Wschodzie. Nie tylko Wilhelm Orański wzywał swego przyjaciela, żydowskiego bankiera aby wypuścił psy wojny przeciw Hiszpanii, ale również oficjalny ambasador Francji w Konstantynopolu, który był hugenotem, omawiał z Pialim Paszą sojusz wszystkich sił protestanckich z Turkami w celu podboju Italii oraz upokorzenia Hiszpanii i innych katolickich państw, obiecując że po zniszczeniu świata chrześcijańskiego „zjednoczą się i będą jednej wiary z Turkami.”(…)

Katarzyna wprawdzie nie chciała by hugenoci rządzili, lecz niemal tak samo obawiała się Gwizjuszy. Pius V zauważył pewnego dnia, że owa rodzina była bardzo oddana religii, lecz czasem myślał że w jej pobożności było tyleż samo interesowności co świętej żarliwości oraz że pożądliwa ambicja kardynała Lotaryngii, jak powiedział, była prawdziwym powodem nieufności do niego Katarzyny. Pragnąc przyjaźni Filipa II (albowiem w jej braku mogła się znaleźć na łasce Coligny’ego), chciała również uniknąć sytuacji, w której Filip lub Gwizjusze mogli narzucać jej swoją wolę. Było dla niej charakterystyczne że, tuż po poddaniu się Colignyego i Kondeusza na wiosnę 1568 roku, planowała zabójstwo ich obojga. Na szczęście ośmieliła się przedstawić tę sprawę papieżowi Piusowi, który od razu potępił ten pomysł, mówiąc że nie może go poprzeć ani doradzać, ani nawet w swoim sumieniu nie jest w stanie sobie wyobrazić takiej rzeczy. Tak donosił ambasador Filipa, dodając że papież z pewnością ma rację, albowiem czyn taki spowodowałby wielką szkodę dla sprawy chrześcijańskiej. (…)

Mniej więcej w tym samym czasie admirał Coligny postanowił wysłać swego brata, ekskomunikowanego kardynała, w specjalną misję do Cecila. Odet de Chatillon poślubił obecnie swą byłą kochankę. Okazał się do niej bardziej przywiązany niż inni przywódcy Reformacji do swoich wybranek. Wilhelm Orański pozostawał w separacji ze swą żoną – Anną saską, która stała się kochanką człowieka znanego w korespondencji rodu z Nassau jako R–. Żona R., aby domknąć ów krąg cudzołóstwa, była kochanką hrabiego Jana de Nassau, młodszego brata Wilhelma. Sam książę Orański miał poślubić zakonnicę apostatkę, a następnie stać się zięciem Colignyego. Jednakże kardynał Chatillon wraz z żoną, jak nazywano ich w Anglii, wydawali się wzorem partnerskiego szczęścia w swoich spotkaniach i rozrywkach z udziałem osób z nowej szlachty protestanckiej, której nazwiska widnieją w kronikach masonerii. Na przykład sir Tomasz Gresham, został wysłany przez Cecila aby spotkać się z „Kardynałem” i jego żoną przy Tower Wharf, oraz zabrać ich na noc do swego domu na ulicy Lombardzkiej. „Udawszy się do Londynu” – powiada Strype – „Kardynał nie tracił czasu i bezpośrednio skontaktował się z Cecilem (…) o którego cnotach tak często słyszał od swego brata admirała Coligny’ego.”

Zabawianie owego dystyngowanego apostaty przeszło następnie w ręce innego rzekomego wielkiego mistrza masonerii – sir Tomasza Sackville (obecnie lorda Buckhurst), i miało miejsce w królewskim pałacu w Skeen, którego część on i jego matka wynajęli od królowej Elżbiety. Obowiązki gospodarza, jak się wydaje, okazały się ciężkie dla autora Gorbuduca. Uznał za konieczne napisać 30 września obszerny list do lordów z Tajnej Rady, broniąc się przed zarzutami królowej, która była niezadowolona że nie zabawia należycie kardynała. Jechał całą noc aby stawić się rankiem do dyspozycji i omówić z urzędnikami Jej Wysokości w jaki sposób lepiej podjąć Chatillonów. Miał tylko „jeden baldachim i łoże”, które nie były zajęte, lecz oddał je kardynałowi, podobnie jak kolejne łoże, na którym spały służące jego żony i „położył je na ziemi”. Co gorsza „swój własny nocnik i dzban użyczyłem kardynałowi i potrzebowałem go sam.” Udał się do miasta aby zdobyć długie stoły, naczynia kuchenne oraz kotary i łóżka. Ponieważ nie było „nakryć stołowych i pościeli”, musiał posłać służbę aby jakieś znaleźli i „mospan z Leceter przesłał dwie pary prześcieradeł dla Kardynała, zaś od mospana szambelana uzyskali jedną doskonałą parę dla biskupa z dwoma innymi zwyczajnymi oraz zamówiłem do tego dziesięć kolejnych par z Londynu.” Takie to trudności przechodził gospodarz hugenockiego kardynała. W kwestii religijnej jego misja okazała się świetnym sukcesem. (…)

Czasy były krytyczne. W Anglii sztandar Pięciu Ran runął, zaś kraj został ponownie skąpany w katolickiej krwi. Na drugim krańcu Europy „ludzie są bezlitośnie i okrutnie zabijani tysiącami we wszystkich miastach i wielu wsiach, zamarzają na śmierć lub giną od przemocy. Zboże, bydło i wszystkie inne rzeczy potrzebne do utrzymania człowieka są palone. Rosja, oderwana przez schizmę od Wikariusza Chrystusa nie jest w stanie odegrać żadnej roli w ocaleniu świata chrześcijańskiego, pod rządami Iwana Groźnego. Litwa i Polska pod wpływami z Niemiec wydawały się stać na krawędzi przejścia ze strony katolickiej na antychrześcijańską. Zygmunt II August- władca obu państw był rozrzutnikiem i libertynem, otoczonym przez żydów i protestantów. Rabin Mendel Frank z Brześcia był tak wpływowy, że nazywano go urzędnikiem królewskim. Nawet chłopi jęczeli pod wyzyskiem żydów, którym zadłużony król przekazał przywilej pobierania podatków. Sytuacja ta stanowiła po części skutek religijnego pokoju w Niemczech. Cesarstwo, ciesząc się iluzorycznym pokojem wewnętrznym, którego pozorność nie została ujawniona aż do wojny trzydziestoletniej, znajdowało się w najpoważniejszym niebezpieczeństwie ze strony tureckich podbojów na Wschodzie.

We Francji zwycięskie boje katolików wydawały się zmarnowane. Coligny, uzyskując władzę nad godnym pogardy umysłem Karola IX, skłonił go do wydania siostry – Małgorzaty za Henryka Nawarry, szukania bliższego sojuszu z Anglią oraz posłania Genlisa na czele 5000 hugenotów przeciwko Hiszpanom w Niderlandach, na początku roku 1572. Pozycja Alby z nieopłaconymi buntującymi się żołnierzami oraz niewielkim dochodem ze znienawidzonego podatku nie była dogodna. Coligny był tak pewny siebie, że nalegał na otwarte wypowiedzenie wojny Hiszpanii. W końcu sprawił że młody król Karol przestał ufać swej matce. Czas Katarzyny Medycejskiej wydawał się policzony. (…)

Śmierć papieża Piusa V w roku 1572 była feralnym zdarzeniem dla Ligi, której był samym sercem. Zaiste, wydawał się mężem wysłanym przez Opatrzność aby stawić czoło wielu potrzebom swoich czasów. Wykonał niemal niemożliwe zadanie wprowadzenia reform Soboru Trydenckiego. Zadał Turkom najsilniejszy od dziesięcioleci cios. Podniósł na duchu i umocnił katolików wobec zagrożenia ze strony protestantów i innych wrogów we wszystkich częściach świata. Usunąć z Rzymu nierządnice. Przegnał żydów, nie z powodu swego okrucieństwa, lecz dlatego, iż stanął przed wyborem owego surowego rozwiązania bądź pozwolenia aby jego lud był wyzyskiwany i niszczony. Jego rządy były jak silne lekarstwo przywracające zdrowie światu chrześcijańskiemu. Jego działanie wobec chorej tkanki było często niemiłe, lecz osiągało swój cel. (…) Jego następca Grzegorz XIII (…) kontynuował dzieło Piusa V w kwestii Soboru Trydenckiego, na wysokie stanowiska mianował jedynie najgodniejszych oraz wlał nowe życie w cały Kościół, tworząc kolegia i seminaria kształcące księży, przeważnie pod kierownictwem jezuitów, którzy pod rządami św. Franciszka Borgiasza byli teraz w pełni gotowi do swego wielkiego zadania unowocześnienia katolickiego szkolnictwa oraz odnowy poprzez wzrost indywidualnego życia chrześcijańskiego. Grzegorz nie był pacyfistą. Zdawał sobie sprawę że siła stanowiła narzędzie, którego należy używać wyłącznie do obrony Kościoła przed zniszczeniem, a nie do głoszenia jego nauk w znaczeniu pozytywnym. Siła prowadziła do negatywnych skutków. Istnienie Kościoła pochodziło ze słowa Bożego oraz życia na podobieństwo Chrystusa. Podczas gdy ludzie pokroju Alby ufali mieczowi, Grzegorz usilnie przygotowywał nowych kapłanów, którzy mieli zająć miejsce męczenników z Anglii, Francji i Rosji.

Jezuici, dobrze wykształceni i nieulękli, byli gotowi do pracy. Jeden z nich przekonał protestanckiego króla Jana III ze Szwecji, że Kościół katolicki był jedynym prawdziwym Kościołem Chrystusowym. Inni głosili Ewangelię nad Gangesem, w Singapurze, Pekinie i Japonii. Nawrócili trzech japońskich władców Bungo, Arimy i Omury, którzy wysłali do Rzymu ambasadorów z podziękowaniami dla Grzegorza, że zaniósł im dobrą nowinę Chrystusową. Szkoły jezuickie w Niderlandach odzyskiwały ludzi dla Kościoła równie szybko jak kalwiniści prowadzili ich na manowce. W Niemczech, Polsce i Anglii inni jezuici, gotowi na przelanie własnej, a nie cudzej krwi, zaangażowali się w tytaniczne starcie o dusze całych narodów. Powyższe stanowiło przypuszczalnie największe osiągnięcie Grzegorza XIII. Nie był on jednakże ślepy na potrzebę kontynuowania walki jaką prowadził Pius V przeciw islamowi. Posłał legatów na całą Europę, pragnąc zjednoczyć władców chrześcijańskich.

W rzeczywistości wszystkie te sprawy (…) stanowiły etapy jednego międzynarodowego konfliktu. Na przykład, kiedy Zygmunt August zmarł bezpotomnie w roku 1572 wielu pobożnych katolików w Europie miało nadzieję że polska szlachta wybierze na jego następcę lepszego katolika. W praktyce wydał on swój kraj w ręce bogatych żydowskich poborców podatkowych i lichwiarzy, jak również arian, socynian i innych antytrynitarnych protestantów, nazywanych przez ludzi pół-żydami. Los kraju zależał od magnaterii, która dominowała w parlamencie, więc trwał pojedynek na śmierć i życie między żydami a jezuitami o dusze tychże ludzi. Jak zauważa żydowski historyk Dubnow: „choć coraz bardziej przesiąkająca klerykalnymi tendencjami, co stanowiło owoc edukacji jezuickiej, magnateria w większości przypadków rozciągała swą opiekę nad żydami, z którymi była związana wspólnotą interesów gospodarczych.” Innymi słowami, była albo zadłużona u żydów albo zatrudniała ich do pobierania ciężarów na ich rzecz od chłopów, oczywiście ze znacznym zyskiem dla poborców, którzy pobierali swe należności z mleczarni, młynów, gorzelni i gospodarstw. Żydzi „byli niezastąpieni dla wygodnego magnata, który chciał aby jego posiadłości były samowystarczalne, podczas gdy on przebywał w stolicy, na dworze, na wesołych zabawach lub burzliwych sesjach sejmów i sejmików, gdzie polityka była traktowana raczej jako rodzaj rozrywki niż poważna sprawa. Owa polska arystokracja ograniczała antysemickie zapędy kleru.” Wśród tejże arystokracji szerzył się kalwinizm. „Dlatego też” – jak wskazuje Graetz – Polska stała się „dla żydów drugim Babilonem.”

Do głównych propagatorów nowej „Reformy” należeli Socyn, Blandreta oraz Paruta, „włoscy” uczniowie Michała Serwetusa, hiszpańskiej ofiary Kalwina. Ci, jak radośnie dodaje Graetz, „podkopywali fundamenty chrześcijaństwa”, w części przyjmując judaizm w takim stopniu iż „odrzucali cześć dla Jezusa jako osoby boskiej. Różni ich przeciwnicy szydzili z nich jako ‚pół-żydów.'” Taki był charakter polskiego protestantyzmu, podobny do XVI-wiecznego protestantyzmu w innych krajach.

Filip II oraz papież Grzegorz byli w pełni świadomi zagrożenia związanego z tą północną linią frontu. Z powodu braku lepszego kandydata, obaj poparli kandydaturę cesarza Maksymiliana II do korony polskiej. Mieli nadzieję że syn Maksymiliana Rudolf będzie bardziej katolicki niż jego ojciec. Zgłoszono szereg innych kandydatur, w tym rosyjskiego Iwana Groźnego. Katarzyna Medycejska wystawiła swego drugiego z żyjących synów – Henryka, księcia d’Anjou. Jej żydowski astrolog Nostradamus obiecał że każdy z jej synów będzie nosił koronę. Obawiając się iż Henryk uzyska swoją dzięki śmierci brata – Karola IX, powzięła, jak się wydaje, wynikający z zabobonu pomysł, że może tego uniknąć poprzez umieszczenie go na tronie Polski. Co do reszty – kardynał Chatillon negocjował w Anglii małżeństwo jej pozostałego syna – Herkulesa, księcia d’Alencon, z królową Elżbietą. Filip wyrażał niezadowolenie z obu tych ambicje swojej teściowej z dwóch powodów. Nie był pewny czy którykolwiek z tych zepsutych książąt Walezjuszy pozostanie katolikiem. Ponadto, obawiał się wzrostu pozycji Francji, zwłaszcza w czasie, gdy mogła ona przejść w ręce protestanckie. Mimo to, pomimo starań Filipa, papieża, jezuitów i przedstawicieli Cesarstwa, Henryk Walezy został wybrany na króla Polski.

Los Polski został przesądzony nie w Paryżu, Rzymie, Madrycie czy nawet Warszawie, lecz w Konstantynopolu. Tam wraz z zanikiem pomyślnej gwiazdy Józefa Nasi, w łaskach znalazł się ponownie wielki wezyr Mehmed Sokolli. Jego zaufanym doradcą był Solomon ben Natan Aszkenazi, niemiecki żyd urodzony w Udine, który w dzieciństwie wyjechał do Polski i został głównym medykiem króla Zygmunta II. Następnie udał się do Wenecji, potem do Turcji, gdzie jako wenecki poddany, znalazł się pod opieką dyplomatów Republiki. Ci uznali go za użytecznego. Był osobą o ujmującej powierzchowności, rabinem i lekarzem oraz glosatorem Talmudu. Jak się wydaje rywalizował z Józefem Nasim o nieoficjalne przywództwo światowego żydostwa i został jego następcą w tej roli. Czy możemy wierzyć wszystkiemu co o jego wpływach mówią wiodących żydowscy historycy? Jak wskazuje Graetz: „podczas gdy Turcy walczyli przeciw Wenecjanom, Salomon Aszkenazi zaczął tkać osnowę przyszłego traktatu pokojowego. Rządy chrześcijańskie nie podejrzewały, że przebieg wydarzeń, który zmusił ich do przystąpienia do jednego stronnictwa albo drugiego, został napędzony żydowską ręką. W szczególności miało to miejsce w sprawie wyboru króla polskiego.” Senat wenecki sprzeciwiał się negocjacjom z Aszkenazim, lecz Sokolli nalegał, podczas gdy konsul Republiki, Barbaro, zapewniał Signorię, że Aszkenazi darzył Wenecję gorącą przyjaźnią. W końcu Aszkenazi przybył do Wenecji, został tam przyjęty i uzgodnił traktat pokojowy, który zadał ostateczny cios Lidze spod Lepanto oraz, przypuszczalnie w ramach części ceny za pośrednictwo, zapobiegł wypędzeniu żydów z Wenecji, gdzie opinia publiczna, z różnych powodów, powstała przeciw nim.

Aszkenazi pozostawał w kontaktach z Colignym za pośrednictwem francuskiego ambasadora Monluka (hugenota). Nastąpiła znacząca seria negocjacji, spisków i intryg. Należało bez wątpienia zabezpieczyć się jaki kurs Henryk Walezy przybierze wobec żydów i protestantów, gdyby tureccy żydzi, cichcem wspierani przez żydów, którzy trzymali w swych rękach tak wielu polskich magnatów, umieściliby go na tronie. Tymczasem Coligny planował potworne uderzenie na Hiszpanie jednocześnie z trzech różnych kierunków. Podczas gdy Genlis i jego hugenoci najechali na Niderlandy, atakując nieopłaconych żołnierzy Alby, Wilhelm Orański miał poprowadzić nowe powstanie protestanckie w tym kraju, zaś Ludwik z Nassau przeprowadzić jego inwazję od wschodu z niemiecką armią protestancką. Elżbieta angielska miała wystąpić otwarcie na rzecz heretyków z Flandrii. Karol IX miał zawrzeć definitywne przymierze przeciw Hiszpanii.

Przygotowując się do tego ciosu, który miał nastąpić zgodnie w ustalonym momencie, Coligny nalegał na przyspieszenie realizacji planów małżeństwa Małgorzaty Walezjuszki, wbrew jej woli i bez dyspensy papieskiej (której odmówili Pius V i Grzegorz XIII), z Henrykiem Nawarry. Cabrera dodaje, że Selim II odegrał pewną rolę w przygotowaniach do owego mariażu, bez wątpienia za pośrednictwem Aszkenaziego i jego agentów. Podczas gdy arystokratyczni przywódcy hugenoccy zebrali się w Paryżu na ów ślub, który, jak żywiono nadzieję, miał zapewnić ich liczącemu 3-4 % ludności stronnictwu całkowitą kontrolę nad biegiem spraw i rozpocząć ostateczne zniszczenie Wiary Katolickiej we Francji, atmosfera gęstniała. Pewnego rodzaju wybuch wydawał się nieunikniony.

Nastąpił on w sposób najbardziej nieoczekiwany i z najmniej oczekiwanej strony. Katarzyna Medycejska, widząc że resztki jej wpływu na Karola IX wymykają się z jej rąk na rzecz Coligny’ego i nie chcąc się pogodzić z pozbawieniem władzy na starość (bo to właśnie a nie obawa o sprawę katolicką nią powodowało – nigdy nie wahała się poświęcić Kościoła), podjęła rozpaczliwe postanowienie. Porozumiała się z Henrykiem Gwizjuszem w sprawie zabicia Colignyego. W opinii młodego księcia trafniejszym określeniem było „wykonanie egzekucji”, albowiem zawsze uważał admirała za mordercę swego ojca.

Coligny został postrzelony z okna przez pana de Montruel. Ponieważ odniósł zaledwie ranę dłoni i ramienia, zabrano go do jego kwatery. Gdyby z arkebuza wymierzono tak celnie, jak wówczas gdy Pultrot wypalił do księcia Franciszka w roku 1562, godne potępienia wydarzenia następnej nocy (Nocy Św. Bartłomieja) przypuszczalnie nie miałyby miejsca. Jednak admirał nie został nawet poważnie ranny.

Zebrani w Paryżu hugenoci głośno grozili pomstą na stronnictwu Gwizjusza i kolejną wojną. Zarówno Karol IX, jak i jego matka, obawiali się jeśli Coligny przeżyje, będzie to stanowiło sygnał do kolejnego okresu rozlewu krwi. Na taką przerażającą perspektywę, znękany i udręczony umysł starzejącej się królowej matki odpowiedział terrorem. W pałacu miały miejsce pospieszne konsultacje, histeryczne przemowy, apele, groźby i płacze. Skamlący Karol udzielił swej zgody. Gdy zapadła noc, grupy zbrojnych spadły na śpiących hugenotów i wybiły tak wielu, jak to było możliwe. Liczba ofiar jest przedmiotem dyskusji. Szacuje się ją na od kilkuset do kilku tysięcy. Rosła wraz z czasem. Coligny został dźgnięty w swej kwaterze i wyrzucony z okna. Jego ciało zawleczono do stajni, gdzie powieszono je za jedną nogę na szubienicy. Mówiono że książę Henryk Gwizjusz podszedł i kopnął w twarz mordercę swego ojca, jak to wcześniej obiecał, nie znając śmierci, którą miał sam ponieść.

W następnych dniach hugenotów zabijano w innych miastach. W licznych miejscowościach katolicy odmówili wykonania królewskich rozkazów i chronili hugenotów. Miało to miejsce w Dijonie, Macon, Rouen oraz arcykatolickim Nantes. Kalwiniści tysiącami uciekali do Anglii, Genewy czy Flandrii. Ich potęga została złamana. Karol uniknął dominacji Colignyego oraz (jeśli możemy wierzyć jego danemu później królewskiemu słowu) spisku na jego życie, zmierzającego do posadzenia na tronie Kondeusza. Katarzyna mogła teraz podjąć na nowo sprawowanie swej zranionej miłości macierzyńskiej. Nawet Motley przyznaje, że powyższe okrucieństwo miało charakter czysto polityczny, a nie religijny, ocenę tę potwierdza późniejszy los Gwizjuszy. Jasno wynika z obszernego współczesnego materiału dowodowego, że Katarzyna i Karol nie mieli zamiaru zabijać hugenotów, gdy, kilka tygodni wcześniej, zapraszali ich na wesele dwóch religii. Ponieważ instrukcje dotyczące przeprowadzenia rzezi docierały do prowincji w różnym momencie, między 24 sierpnia a 5 października, należy rozumieć że żadne uzgodnione działanie nie mogło zostać zaplanowane przed 24 sierpnia. (…)

Z drugiej strony, być może profesor Merriman jest zbyt szlachetny, gdy twierdzi że „dzisiejsza nauka całkowicie wykazała bezpodstawność dawnej koncepcji że zostało to zaplanowane na długo przedtem.” (…) Karol IX omawiał zabójstwo Colignyego z księciem Gwizjuszem „wielce katolickim i lojalnym mężem, pragnącym pomścić śmierć swego ojca pod Orleanem wskutek spisku i na rozkaz Admirała, jak to zaplanowano i uzgodniono podczas wizyt w Bayonne.” Jak ciągnie dalej, król „uzgodnił z księciem Gwizjuszem wykonanie tego, co zostało omówione z Księciem Alby w Bayonne, w roku 1565, wykończenia przywódców hugenockich, a zwłaszcza Admirała, który był nie do zniesienia, by w ten sposób pomścić mord na ojcu [Gwizjusza].” Belloc próbuje wyjaśnić rzeź jako retorsję za dokonaną z zimną krwią masakrę szlachty katolickiej przez hugenotów w Pau trzy lata wcześniej, po tym jak poddali się Henrykowi Nawarry i jego matce w zamian za obietnicę że ich życie zostanie oszczędzone. Zostali zaproszeni na ucztę do pałacu królewskiego i tam wyrżnięty. Jednak, jak przyznaje Belloc, dokładna data owej „pierwszej rzezi Nocy św. Bartłomieja” jest przedmiotem dyskusji.

Nie można jednakże zaprzeczać, że przez szereg przeszłych lat katolicy doświadczyli w obfitości bezlitosnego okrucieństwa swych wrogów oraz obłudy ich twierdzeń, iż walczą jedynie o wolność kultu. To kalwiniści, nie katolicy, wprowadzili do wojny domowej krwawą praktykę nie okazywania litości i nie brania jeńców. Istniała olbrzymia różnica między sądowym skazaniem heretyka przez Inkwizycję oraz dokonywaną z zimną krwią rzezią księży i zakonnic. Można założyć że Gwizjusze i inne opisywane postaci z XVI wieku uśmiechnęliby się na widok pewnych, podejmowanych z dobrymi intencjami praktyk naszych bardziej pokojowych czasów, by przepraszać za czyny, które wydawały się im normalnymi środkami obrony, do których wolny człowiek mógł zostać przywiedziony przez wrogów porządku społecznego. (…)

Filip nad wyraz się ucieszył, gdyż rzeź przywódców hugenockich przyniosła więcej niż zamierzali jej niegodziwi sprawcy. Zmienił, niemal w ciągu jednej nocy, cały militarny i polityczny układ sił w Europie. Zapobiegła zwycięstwo frakcji kalwińskiej we Francji. Ocaliła w krytycznym momencie interesy hiszpańskie w Niderlandach. Coligny wskazał Wilhelmowi Orańskiemu i jego bratu że główną słabość Hiszpanów w Niderlandach stanowi brak floty. W rezultacie Wilhelm zorganizował flotę kalwińskich piratów, nazwaną Wodnymi Żebrakami, która czyhała na hiszpańskie transporty. Miał czelność wysyłać listy i powołania admiralskie pod szyldem i imieniem króla Filipa II oraz oddał całą tę flotę pod komendę strasznego Wilhelma de la Marcka, jednego z najokrutniejszych łajdaków, którzy plądrowali kościoły i zarzynali kapłanów. Owi żebracy czy też Gueux, zajęli w owym roku Brill, tworząc podwaliny pod to co stało się później Republiką Holandii. Zdobyli Flushing, Walcheren i północną Holandię, zagarniając Leyden i inne miasta katolickie. Alba oblegał Mons. Jeden z jego synów zapobiegł odsieczy Genlisa wraz z 5 tysiącami francuskich hugenotów, rozbijając ich. Jednak Wilhelm Orański pod koniec lipca splądrował miasta na równinie Gueldrii, podczas gdy jego Walonowie pustoszyli domostwa w Ruremonde i wyrżnęli wszystkich zakonników klasztoru kartuzów. Alba zepchnął go do Weert i kontynuował ostrzał Mons, lecz kończyły mu się zapasy.

Ocaliła go rzeź w Paryżu i kazał swojej artylerii oddać salwy na wiwat. W owym roku francuscy kalwiniści nie przyjdą już na pomoc jego wrogom by plądrować kościoły i zabijać żołnierzy. Radość zapanowała również w Rzymie, gdzie papież na wieść w formie raportu, że wykryto spisek czołowych hugenotów by zabić królewską rodzinę, udał się do bazyliki św. Piotra by przyłączyć do uroczystego Te Deum. Następnie kazał wybić medal upamiętniający to wydarzenie – ukazuje on anioła z krzyżem i wyciągniętym mieczem, zabijającego hugenotów. Kalwiniści okazali tak uporczywe okrucieństwo i obojętność na godność ludzką, że najlepsze umysły w Europie patrzyły na nich jak na banitów, którzy nie zasługiwali na nic lepszego niż doraźna sprawiedliwość wymierzana piratom. Aprobowano ich wybicie tak szczerza jak starożytni Żydzi popierali zabicie Holofernesa. Jednakże, Grzegorz zapłakał, gdy dowiedział się prawdy o rzezi w Paryżu.

Katarzyna Medycejska, widząc że wściekłość, którą rozpaliła wymyka się spod kontroli, spędziła kilka strasznych dni i nocy. Jednym, nie jedynym wcale, z jej zmartwień był negatywny wpływ masakry na kandydaturę jej syna Henryka do tronu polskiego. W całej Europie, aż po Bosfor, żyd żydowi przekazywał wieści, że książę d’Anjou był wtajemniczony w cały plan. Niektórzy twierdzili że był głównym podżegaczem, objawiając się teraz w pełni barw jako ten, który może stanąć po stronie katolików przeciw polskim żydom i „pół-żydom”, co było nie do przyjęcia. Nie zgłaszano żadnego sprzeciwu wobec niesłychanych wad tego lubieżnika, który romansował z herezją, lecz możliwość iż pozory jakie okazywał Chrystusowi mogą zmienić się w szczerą pobożność, była niepokojąca. Katarzyna musiała wysłać do Konstantynopola specjalnego ambasadora aby wyjaśnił Salomonowi Aszkenazemu jak sprawy stoją. Zapewnienia okazały się bez wątpienia satysfakcjonujące. Po kilku kolejnych miesiącach pociągania za sznurki Henryk został wybrany królem Polski, na przekór kandydatom popieranym przez Filipa II i papieża Grzegorza. Aszkenazy mógł napisać nowemu władcy Polski „wyświadczyłem Waszej Królewskiej Mości najważniejszą przysługę, zapewniając twój wybór. Sprawiłem wszystko to co się tu wydarzyło.”

Henryk wyjechał do Polski. Angielski ambasador w Paryżu pokazał wysłannikowi Wenecji – Cavalliemu, kopię traktatu podpisanego z Polakami. W jednym z jego artykułów Henryk obiecał spłacić wszystkie długi koronne, w kolejnym zapewnić 400 florenów rocznie na własne wydatki. Jednakże nie chciał zaprzysiąc tych artykułów, albowiem nie zamierzał dotrzymać słowa. Przesyłając te wieści do Wenecji, Cavalli dodał ważne zdanie. Jak przekazał, ambasador angielski „uzyskał tę informację i te instrukcje od heretyckich ambasadorów z Polski, z którymi ma dobre stosunki, co jest typowe dla wszystkich tych heretyków, bez względu na to jak bardzo różnią się w opiniach.”

W tym samym czasie Selim Opój pisał do brata Henryka, iż ma nadzieję że Francja nie przystąpi do Ligi przeciw niemu, lecz wspomni na braterstwo jakie z Portą łączyło jego ojca i dziada. Karol odpowiedział że braterstwa nie zawiedzie. Jak dodaje Cabrera, jak gdyby wyprzedzając relację Graetza: „Selim użył skutecznych środków aby zapewnić ten pokój z Francją”. Tymczasem Solomon Aszkenazy przygotowywał się do swej dyplomatycznej podróży do Wenecji. Kiedy wreszcie wyruszył w maju 1574 roku, prace przygotowawcze zostały tak starannie wykonane, że nie miał większych trudności z przekonaniem tamtejszych kupieckich umysłów do podpisania traktatu z wrogami świata chrześcijańskiego i pozostawienia papieża Grzegorza oraz Filipa II bez pomocy w dalszym prowadzeniu zmagań.

Aby dopełnić ich izolacji kardynał Chatillon, przed swą nagłą śmiercią, rozpoczął w Londynie negocjacje w sprawie małżeństwa między królową Elżbietą a młodym księciem d’Alencon. Książę był znacznie od niej młodszy, niewielki, brązowowłosy niedołęga o głowie zbyt dużej w stosunku do skurczonego ciała i ochrypłym, skrzeczącym głosie. W środku jego dość dziobatej twarzy wyróżniał się groteskowo garbaty i kartoflany nos z pokaźnym wgłębieniem pośrodku, z powodu którego nazywano go Człowiekiem o Dwóch Nosach. Na dworze francuskim nie żywiono wielkiej nadziei że ów elegant będzie odpowiadał wybrednemu gustowi królowej, roznamiętnionej przystojnym Leicesterem. Cavalii napisał do Wenecji że William Cecil, „osobistość o wielkim wpływie na Królową” powiedział w bardzo przychylnych słowach, iż ślub się odbędzie, jednak francuskie Ich Królewskie Mości „powątpiewają czy po tym jak Królowa zobaczy Księcia, nie zechce go odesłać z powrotem…”

Bez względu na motywy – chęć wywołania zazdrości w Hiszpanii, jak opowiadali niektórzy czy odtrącenia księcia, czy też, co bardziej prawdopodobne, utrzymania przychylności Francuzów dopóki Cecil nie zawrze z nimi korzystnego porozumienia, Elżbieta udała się co Cieśniny Kaletańskiej aby spotkać młodzieńca i czekała aż wydobrzeje z jednej ze swych częstych gorączek. Potem, ku ogólnemu zdumieniu, poczuła do niego silne uczucie, nazwała go swą grenouille[1], głaskała publicznie, słuchała jego pochlebczych mów i wydawało się, nawet w oczach dyplomatycznych obserwatorów, że uznaje go za atrakcyjnego. Elżbieta liczyła obecnie lat czterdzieści, wiele chorowała, miała bolesne wrzody na nogach, była kompletnie łysa pod swą okazałą peruką i traciła swe bezbarwne zęby z powodu zapalenia dziąseł. Ze wszystkich jej powabów pozostały jedynie piękne ręce, które ongiś pokazywała Filipowi II. (…)

Tuż przed Nocą św. Bartłomieja, Cecil omawiał z Francuzami przymierze zaczepno-obronne, skierowane głównie przeciw Filipowi II, przedstawiając im atrakcyjną przynętę: jeśli oba państwa podbiłyby razem Niderlandy, większą ich część przekazano by Francji. Projekt ten został powstrzymany przez masakrę. Niedługo potem zręczni intryganci naprawili szkody i wraz z perspektywą małżeństwa Alencona z Elżbietą, Francja i Anglia znalazły się ponownie w stosunkach zbyt przyjaznych jak dla Filipa II. Alba radził swemu panu poróżnienie ich poprzez zawarcie pokoju z Elżbietą. Król miał skrupuły, zwłaszcza po bulli z ekskomuniką. Był w stanie zgodzić się jedynie na traktat handlowy, który Alba podpisał z przedstawicielami Cecila 15 marca 1573 roku. Powyższe odcięło Morskich Żebraków na pewien czas od angielskiej pomocy i dało księciu wolną rękę w ukaraniu buntowników z północnych krain. (…)”

[1] fr. żaba

fragmenty książki: T. Walsha: Phillip II, tłum. wł.

O początku tzw. wojen hugenockich we Francji raz jeszcze

„(…) Królowa Elżbieta, tuż po jej wstąpieniu na tron, wysłała emisariuszy do władców Danii i Szwecji, książąt niemieckich i rządu Szwajcarii „oraz wszystkich państw odłączonych od Kościoła katolickiego”, proponując przymierze „nie tylko w celu obrony ich religii lecz także jej rozszerzania (…) i nie po to jedynie by zabezpieczyć swe własne interesy, ale by spowodować zamęt i szkodę w Koronie francuskiej. Aby przysposobić ludzkie umysły do tego projektu, posłała z Anglii do Niemiec czterech kaznodziejów angielskich, czterech niemieckich i jednego Francuza, aby, udając poruszenie religijnym zapałem i gorliwością, odwiedzili wiele miast i książąt, niekiedy głosząc samemu to co, jak uważali, mogło najbardziej pomóc ich celom, a czasem sprawiając by miejscowi kaznodzieje sami to robili.”

Tymczasem pewien Szkot i Francuz udali ze Szkocji do Anglii, a następnie do Paryża, gdzie na ich prośbę pospieszyło czterdziestu ministrów z Genewy. Zebrali się oni, wraz z innymi propagandzistami na utrzymaniu kalwińskiej wspólnoty w Genewie, w miejscu poza Paryżem, skąd wyruszyli do różnych, przypisanych poszczególnym osobom, regionów Francji, których nazwali się biskupami. Podczas, gdy trwała nasilona kampania obelg przeciw Kościołowi katolickiemu, księciu Franciszkowi Gwizjuszowi, jego bratu, kardynałowi Lotaryngii oraz królowej-matce Katarzynie Medycejskiej, planowano zgromadzenie broni i rekrutację żołnierzy. Następnie, 16 marca 1560 roku, miał zostać przeprowadzony marsz na dwór młodego Franciszka II. Książę Franciszek oraz kardynał jako przywódcy partii katolickiej i główni doradcy króla mieli zostać na miejscu zabici. Kalwin oświadczył że zgodne z prawem było zamordowanie tych, którzy przeszkadzali w głoszeniu ewangelii. Sam król miał zostać stracony, gdyby odmówił przyjęcia przedstawionych mu warunków. Jego matka miała zostać wygnana, jego trzej młodsi bracia i siostra – umieszczeni pod opieką nauczycieli, którzy uczyniliby z nich protestantów. Następnie po dwóch kaznodziejów miało zanieść ewangelię do każdego miasta kraju. Fundusze na powyższą kampanię zamierzano pozyskać, plądrując wyznaczone w tym celu zamożne kościoły, kohorty Reformy miały przeprowadzić tę akcję podczas marszu na królewski dwór.

Kardynał Lotaryngii powiedział Michielowi, weneckiemu ambasadorowi we Francji, że spisek ów zawiązano w Genewie, miesiąc po śmierci Henryka II oraz że w sprawę była zamieszana królowa Elżbieta. Stwierdzenie powyższe znajduje pewne potwierdzenie w liście Throckmortona, ambasadora rządu Cecila na dworze francuskim, z 13 lipca 1559 roku, to jest dzień po śmierci Henryka II, wskazującym, że nadszedł korzystny moment dla wszystkich, którzy pragnęli wywrzeć zemstę na Francji oraz sposobna chwila dla Anglii by pomyśleć o odzyskaniu Calais. (…)

Francja została pozostawiona w słabych, niedoświadczonych rękach młodego Franciszka II i jego żony Marii Stuart. Między nimi a międzynarodową grupą, która pragnęła ich zniszczyć lub kontrolować, stało stronnictwo katolickie Gwizjuszy, prowadzone przez kardynała Lotaryngii, wielkiego i wiernego męża stanu (choć nieco nazbyt ambitnego i zachłannego), który kochał Francję i Kościół, oraz jego brata – księcia Franciszka, który pokonawszy Albę pod Metzem i dokończywszy, poprzez odzyskanie Calais, dzieło świętej Joanny, stał się ulubieńcem ludu, szczególnie paryskiego. Kiedy dwór francuski, po wyjeździe księżniczki Izabeli do Hiszpanii, przeniósł się do Blois, tuż przed Bożym Narodzeniem roku 1559, potajemna intryga rozszerzała się po całej Europie. Jej potężna skala i wrogie zamiary nie ulegają wątpliwości. We Francji jej głównym inspiratorem był Ludwik de Bourbon, książę Conde, który powierzył wykonanie zdradzieckiego czynu szlachcicowi z Perigord, Barremu, panowi  La Renaudie, człowiekowi tak impulsywnemu i nieroztropnemu, jak on sam. Tyle się w ogólnych zarysach przyznaje. (…)

Prawnik – Franciszek Hotman przekazał plan spisku, uzyskany od swego teścia – Prevosta – pana Saint Germaine, Sturmowi i innym protestanckim wygnańcom w Strasburgu. Po wszystkim on i Sturm donieśli na siebie wzajemnie. 5 lutego 1560 roku przywódcy różnych frakcji spiskowych odbyli spotkanie. Trzy tygodnie później Sturm, Hotman i reszta donieśli Kalwinowi, że pod bronią znajduje się 40 tysięcy ludzi, gotowych by wyruszyć. Jest to bez wątpienia liczba przesadzona. Pomimo to, nieświadomej niczego młodej Marii Stuart oraz jej mężowi groziło bardzo realne niebezpieczeństwo.

Jednakże, stało się tak jak się Kalwin obawiał: tu i ówdzie wystąpiły przecieki. Szlachcic Pierre Avenelles przesłał królowi wiadomość o tajemniczych spotkaniach w domu kalwińskiego sąsiada. Jako znanemu wrogowi człowieka, którego zadenuncjował, nie uwierzono mu. Małgorzata Parmeńska, regent Niderlandów, odkryła tam pewne odgałęzienie spisku i poinformowała o tym Granvella, który z kolei przekazał nowinę królowi Franciszkowi. 12 lutego kardynał Lotaryngii jako pierwszy zorientował się co się dzieje. Książę Franciszek Gwizjusz zadziałał błyskawicznie. Ponieważ Blois było zbyt trudne do obrony przy tak małej ilości dostępnego wojska, próbował zwieść nieprzyjaciela, przenosząc króla i królową z lasu do lasu, z zamku do zamku, aż przybyli 22 lutego do dobrze umocnionego zamku Amboise, nad Loarą. Tam też Katarzyna Medycejska wezwała admirała Coligny (kuzyna Kondeusza i znanego hugenota), pod pretekstem że obawia się ataku floty angielskiej.

Dwa dni po tym jak królewska rodzina znalazła się w Amboise, ujawnił się Throckmorton. Przebywał w Metzu i innych miastach wschodniego pogranicza, jak uważali Gwizjusze – by znaleźć dogodne miejsce do napaści na Francję z terenów Niemiec.  Kardynał Lotaryngii niezwłocznie zawiódł ambasadora Cecila do króla i królowej matki. W obecności Coligny’ego, jego brata – kardynała Chatillon, Marii Stuart i innych, Lotaryńczyk oskarżył go o udział w spisku. Throckmorton zaprzeczył. Był niemal tak sprawny jak Cecil w ukrywaniu śladów. Rozpoczęły się aresztowania i wyznania na przesłuchaniach, niektóre uzyskane na torturach. Jak przyznaje Guizot (nie będący przyjacielem książąt lotaryńskich) dowody uzyskane przeciw Kondeuszowi były jednoznaczne. Grupy francuskich szlachciców rozpoczęły wypady z Amboise, by przechwycić nadciągających protestantów. La Renaudie, spiesząc się straszliwie by zmobilizować swe oddziały, najwyraźniej zamierzał dokonać rozpaczliwego ataku na Amboise, kiedy na drodze stanęły mu oddziały Gwizjuszy, pokonały i zabiły podczas walki. Jego ciało zabrano do Amboise i powieszono na szubienicy. Po licznych aresztowaniach nastąpiły przesłuchania i egzekucje. Kalwin wyparł się jakiegokolwiek udziału w spisku, o którym powiedział, że został nierozumnie zaplanowany i fatalnie wykonany.

Po raz kolejny książę Franciszek Gwizjusz został okrzyknięty wybawcą króla, Francji i Kościoła. Wpływy książąt lotaryńskich wydawały się zapewnione. Zdawało się że sprawa hugenocka otrzymała śmiertelny cios. A jednak tumult w Amboise, jak został określony w historii, stanowił jedynie początek długiego, krwawego ciągu wojen hugenockich, z których skutków Francja nigdy się nie podniosła, aż po dziś dzień. Pierwszym uderzeniem w supremację Gwizjuszy okazało się mianowanie kanclerzem Michela de l’Hopitala, który pozyskał zaufanie królowej matki i kardynała Lotaryngii. Deklarował się jako katolik, a jednak jednym z jego pierwszych aktów (kwiecień 1560) było uzyskanie od Katarzyny edyktu z Romorantin, który stanowił klin pozwalający na tolerancję dla nowych doktryn i zapobiegający wprowadzeniu Inkwizycji, co planowali Gwizjusze. Kondeusz został aresztowany podczas zebrania Stanów Generalnych w Orleanie i skazany na śmierć. L’Hopital ocalił mu życie, odmawiając podpisania nakazu egzekucji.

Kolejne i poważniejsze nieszczęście dla Gwizjuszy stanowiła  śmierć króla Franciszka II – 5 grudnia 1560 roku. Wieści o niej dotarły na dwór hiszpański tuż przed Bożym Narodzeniem i spowodowały nie tylko żałobę, lecz również głęboką obawę o to, co wydarzy się we Francji. Maria Stuart w ciągu jednej nocy straciła wszelkie znaczenie. Cała władza, którą posiadali jej wujowie, Gwizjusze, przeszła teraz w ręce królowej matki. Nowy król – Karol IX miał zaledwie dwanaście lat. Któż mógł wiedzieć co uczyni Katarzyna Medycejska? (…)

Katarzyna pragnęła władzy dla siebie. Bez wątpienia obawiała się utraty wszelkiej kontroli nad domem lotaryńskim. Jako katoliczka wzbraniała się oddać pola hugenotom, których przywódcy, co więcej, byli równie apodyktyczni co Gwizjusze, lecz posiadający znacznie mniej skrupułów. Jeśli chodzi o liczebność, nigdy nie stanowili znaczącej mniejszości we Francji. W rzeczywistości, pod koniec roku 1569 obejmowali zaledwie 1/30 całkowitej ludności. Ich siła rodziła się z wsparcia szlachty, zwłaszcza tych starych rodzin z południowych prowincji, gdzie katarzy wyprzedzili wiele doktryn Lutra i Kalwina o prawie 400 lat. Żadna forma protestantyzmu nigdy nie poczyniła wiele postępów we Francji jako religia. Kalwinizm występował raczej jako ruch polityczny. Warto zauważyć, że, podobnie jak protestantyzm angielski, nie miał charakteru ani narodowego, ani demokratycznego, lecz wkradł się potajemnie jako międzynarodowa siła, torując sobie drogę w bogatych rodach, zwykle powiązanych poprzez małżeństwa i interesy.

Można powiedzieć że znalazł wrota do Francji w pozbawionym zasad umyśle owej niemoralnej kobiety – Ludwiki Sabaudzkiej. Jej nonszalancki syn został królem Franciszkiem I, którego polityka i wojny osłabiły autorytet Kościoła, a którego protekcja wobec niektórych z pierwszych heretyckich kaznodziejów dała przyczółek najpierw luteranizmowi, a potem kalwinizmowi (choć sam potrafił też wysyłać luteran na stosy!). Jego córka – Małgorzata z Angouleme, została królową Nawarry – opiekunką głównych siewców herezji we Francji, dzieląc ze swą przyjaciółką Damą z Soubize, jej kuzynką Renatą francuską, księżną Ferrary oraz Gabrielą d’Etampes, kochanką jej brata króla, zaszczyt matkowania „Reformacji” w tymże kraju.

To z zepsutego dworu Małgorzaty wróciła do Anglii Anna Boleyn, przepełniona protestanckimi poglądami i pogańską moralnością. To pod jej opieką Lefevre bronił Reuchlina i pouczał Farela i Rousela. To jej córka Jeanne d’Albret została heretycką żoną nierozumnego króla Antoniego z Nawarry oraz matką Henryka z Bearne (późniejszego Henryka IV), zaś książę Kondeusz – jąkający się, śmiały, kaleki lecz elegancki, był bratem Antoniego. To na jej dworze wreszcie Ludwik de Montmorency wyrósł na tak zagorzałego kalwinistę. Była spokrewniona z konstablem Anne de Montmorency, który romansował z politycznym protestantyzmem, lecz pozostał katolikiem oraz z Montignym i jego bratem Hornesem – przywódcami buntu przeciw Filipowi II w Niderlandach. Jej rzeczywisty wpływ na dzieje Francji rozpoczął się wraz z poślubieniem generała Gasparda Coligny’ego starszego oraz potajemnymi naukami herezji, jakich udzielała swym dzieciom.

Z czwórki jej synów najstarszy Odet we wczesnej młodości został uczyniony kardynałem przez Medyceusza – papieża Klemensa VII, na prośbę Franciszka I. Choć nigdy nie został księdzem, głosował w dwóch papieskich konklawe i stanowił doskonały przykład owego zepsucia w Kościele, które potępiał tak żarliwie, po tym jak został z tegoż wyrzucony. Mieszkający w wielkim przepychu i wystawności, w Paryżu, był mecenasem Rabelaisa i Ronsarda, kochankiem Ysabel de Hauteville, oraz powodem wielkiego szemrania wśród ubogich przeciw Kościołowi, którego najświętsze nauki osobiście wyśmiewał. Od skandalu w roku 1558 było jasne że jest hugenotem. Nie chciał opuścić Kościoła, nawet po tym jak papież Paweł IV mianował go jednym z trzech Inkwizytorów Francji – niektórzy myśleli że po to, by zmusić go do ujawnienia się. Kiedy udzielił Komunii na sposób protestancki w swoim kościele, w Beauvais, w roku 1561, lud był tak rozwścieczony, że powstał i wyrzucił go z biskupstwa. Ekskomunikowany przez papieża Piusa IV w roku 1563, szukał pojednania, lecz ponownie popadł w błędy. W roku 1564 poślubił swą kochankę i otwarcie stał się częścią międzynarodowej lewicy.

Jego brat d’Andelot, dobry żołnierz, nie posiadał zdolności przywódczych. Kolejny brat – Gaspard, znany bardziej jako admirał Coligny był najbardziej wyróżniającym się członkiem rodziny, o królewskiej prezencji, przekonującej osobowości oraz genialnych zdolnościach intryganckich i organizatorskich, ustępując jedynie, przypuszczalnie, Cecilowi. (…) Stał się otwartym protestantem w roku 1559, po jego uwolnieniu, po bitwie pod Saint-Quentin. Katarzyna Medycejska lubiła go, lecz się go obawiała. Stanowił najwyraźniej mózg przewodni częściowo ujawnionego spisku, stosując wobec Francji taktykę wielkich antychrześcijańskich intryg średniowiecza oraz najnowszych ruchów antykatolickich, w tym wolnomularstwa i komunizmu.

Pewne światło na metody Chatillonów oraz powiązania między nimi a innymi „kluczowymi postaciami” międzynarodowego spisku rzuca list skierowany w lutym 1561 roku do Angielskiej Tajnej Rady przez Sir Nicholasa Throckmortona i Francisa Russella, earla Bedford, którzy przebywali wówczas w Ferrarze podczas swoistej misji na dwór heretyckiej księżnej – Renaty Walezjuszki. Zacytowali ją w sposób następujący: „rozmawiając z wami szczerze, głównym promotorem owej sprawy na tym Dworze [tj. francuskim] jest Admirał oraz jego brat, Kardynał Chatillon, albowiem bez nich, nic dobrego by się nie wydarzyło. Jeden działał z Królową Matką, drugi z Królem Nawarry”. Dodała że kardynał „współpracował z Królową Matką” aby usunąć nauczyciela młodego króla, najwyraźniej nazbyt katolickiego jak na jej gust, albowiem opisała go jako „bydlaka, źle nastawionego do religii.” Wysiłki hugenockiego kardynała nie poszły całkiem na darmo. Dwa lata później książę Kondeusz mógł chwalić się wobec ambasadora Cecila, sir Tomasza Smitha, protestanckimi ciągami Karola, mówiąc: „dlaczego wasza Królowa nie poślubi Arcychrześcijańskiego Króla? Jest bardziej przychylny Ewangelii, niż się to powszechnie przyjmuje, zaś unia między dwiema Koronami stanowiłaby miażdżący cios dla Papizmu.”

Mając wybór między tym podstępnym duchem prozelityzmu oraz pańską pewnością siebie Gwizjuszy, Katarzyna Medycejska zwróciła się ku trzeciemu stronnictwu, złożonemu, jak się wydawało, z katolików zajmujących stanowisko neutralne i popierających tolerancję dla wszystkich. Byli to katolicy polityczni, ludzie kompromisu, którzy czuli wstręt do sporów i rozlewu krwi, mężowie posiadający majątek i poważanie. We Francji nazywano ich Les Politiques, w Hiszpanii – los politicos. Cabrera niewątpliwie wyraża przeważającą w Hiszpanii opinię, gdy bez ogródek wskazuje, że byli „gorsi niż heretycy, albowiem podążyliby i za heretykami, i za katolikami, stosownie do tego co mogli uzyskać.” Katarzynie Medycejskiej wydawali się zapewniać jedyną nadzieję na ucieczkę od przemocy z prawej i lewej strony. Prostota ich programu przyciągała. Proponowali oni jako stan docelowy, aby umożliwić kalwinistom i katolikom życie obok siebie, poprzez przyznanie kalwinistom tego, czego żądali, wolności kultu, uznając że to o co proszą jest wszystkim czego naprawdę pragną.

Przywódcą owego stronnictwa liberalnych katolików był Michel de l’Hopital. Jego urząd dawał mu unikalne uprawnienia. Jako kanclerz Francji wykonywał zarówno funkcje prawodawcze, jak i wykonawcze, był też głównym sędzią narodu oraz strażnikiem pieczęci. Michel de l’Hopital należał do tych inteligentnych ludzi o niejasnym pochodzeniu, zawdzięczających wszystko samemu sobie, którzy odegrali tak uderzającą rolę w dziejach XVI stulecia. Jego ojciec był medykiem, bankierem i człowiekiem od wszystkiego u Karola de Bourbona. Młody Michel, podobnie jak Tomasz Cromwell, podróżował wiele po Europie zanim osiedlił się w Paryżu i został polecony na urząd kanclerza przez ówcześnie pełniącego tę funkcję Oliviera, tuż przed jego śmiercią. (…) Rodzina l’Hopitala była wieloreligijna. Choć on sam codziennie chodził na Mszę i przyjmował sakramenty, jego żona Maria Morin była protestantką, podobnie jak jego córka i zięć. Przekonał on królową matkę i być może także samego siebie, że ma na celu wyłącznie prawdziwe dobro Kościoła katolickiego w pełnej pokoju Francji. Jednakże nie można zaprzeczać, że jego wpływy doprowadziły do tej właśnie przemocy, której Katarzyna chciała uniknąć, oddając ją w ręce Coligny’ego i kalwinistów. (…)

Na przykład l’Hopital i Coligny, wymusili na królowej matce zjazd dostojników w Fontainebleau. Podczas zebrania l’Hopital poparł propozycję by zwołać synod narodowy do spraw reformy Kościoła, która prowadziłaby nieuchronnie do utworzenia kościoła galikańskiego, przypuszczalnie tak oddzielonego od Rzymu jak kościół angielski. Gwizjusze i inni katolicy prawego skrzydła dzielnie stawili opór. Jednakże Politiques mieli większość w zgromadzeniu, tworząc coś w rodzaju „frontu ludowego” z hugenotami. Przegłosowali zwołanie Stanów Generalnych do Meaux na grudzień 1560 roku oraz synodu narodowego na 21 stycznia 1561 roku. L’Hopital otworzył Stany Generalne, żywiołowo atakując Kościół i duchowieństwo. (…)

L’Hopital, Coligny i kardynał Chatillon przekonali królową matkę aby zaprosiła z Genewy czołowych kaznodziejów kalwińskich na publiczną dysputę z ważniejszymi katolikami, w nadziei uzyskania jakiegoś zadowalającego kompromisu. Wielki mówca Teodor Beza, „który potrafił równie łatwo przywłaszczyć sobie czyjąś żonę jak czyjąś parafię, i bardziej parał się amorami niż miłością chrześcijańską, jak mówią ci, którzy go dobrze poznali”, pojawił się publicznie we Francji z listem żelaznym i „kolejnym przekazanym mu przez Królową Anglii.” Mnich apostata – Piotr Męczennik za zgodą Katarzyny udał się do Poissy. 8 września 1561 roku Suriano doniósł doży i weneckiemu senatowi o postępach tej sprawy. Nuncjusz papieski, kardynał d’Este z Ferrary oraz kardynał d’Armagnac mieli wziąć udział w dyspucie i gdyby Beza mówił o reformie życia oraz naprawie nadużyć w Kościele, nie tylko słuchać, „lecz przyjmować wszystkie użyteczne propozycje jakie były czynione.” Jednakże, na wypadek przemowy o „dogmatach lub innych rzeczach, stanowiących sedno naszej Wiary” – nie słuchać i nie odpowiadać, chyba że na piśmie, albowiem dla katolika objawienie chrześcijańskie jako takie nie może być przedmiotem dyskusji.

Jak dodał przenikliwy ambasador: „Jeśli okaże się prawdą to co Królowa mi powiedziała, że nie będzie dyskusji na temat dogmatów, wszystko przebiegnie spokojnie. Jednak nie wierzę że Jej Wysokość rozumie co oznacza to słowo: dogmaty. Zaprawdę, obawiam się, że podobnie jak inni tutaj, którzy codziennie nalegają na prowadzenie dysput o religii, myli dogmaty z obrzędami i nadużyciami, jak gdyby były jedną i tą samą rzeczą. Królowa ponadto zapewniła mnie, że, po pierwsze, w religii nie zostaną wprowadzone żadne zmiany, po drugie, że posłuszeństwo wobec Jego Świątobliwości pozostanie niezmienne oraz, po trzecie, że nie zostanie podjęta żadna próba przejęcia mienia Kościoła.”

Debatę w Poissy otworzył o oznaczonym czasie l’Hopital. Beza przedstawił stanowisko kalwińskie. Kardynał Lotaryngii odpowiedział mu. Królowa, jak napisał Suriano, była „bardzo zadowolona” z odpowiedzi, albowiem kardynał jasno wskazał że: (1) król był jedynie członkiem Kościoła, nie jego głową, dlatego nie mógł rozsądzać kwestii religii, (2) heretycy mylili się w kwestii tego „co należy rozumieć pod pojęciem Kościoła” oraz (3) Chrystus jest prawdziwie obecny w Najświętszym Sakramencie, w której to kwestii niemożliwy jest żaden kompromis bez poświęcenia samego chrześcijaństwa. Nawet książę Kondeusz powiedział kardynałowi d’Armagnac, że był „bardzo ukontentowany” wywodem Gwizjusza. Podobnie Jakub Lainez, generał jezuitów, odparł zarzuty Bezy i Piotra Męczennika, co wywołało radość katolików.

Na dworze Filipa II wiadomości o powyższym wydarzeniu nie zostały dobrze przyjęte. Jak rozumował król – nawet jeśli heretycy zostali zawstydzeni, rozgłosili swą sprawę i zwiększyli prestiż, pojawiając się w królewskiej obecności. Dalsze wydarzenia potwierdziły trafność owego pesymistycznego spojrzenia. Wkrótce potem, w całej Francji, kalwińska machina propagandowa rozsiała pogłoskę, że Beza wygrał w Poissy oraz że rząd ugiął się pod żądaniem wolności kultu. Hugenoci, posiadający dobre finansowanie, wzięli w ręce broń i, pod sztandarami Kondeusza i Coligny’ego, rozpoczęli marsz przez kraj do punktów zbiorczych, często prowadzeni przez uzbrojonych po zęby kaznodziejów.

Podczas gdy ci ostatni grzmieli przeciw Nierządnicy Babilońskiej, nawołując do rzezi z zapałem bardziej właściwym mahometanom niż ludziom określającym siebie jako chrześcijanie, Filip II i papież czynili wszystko co w ich mocy aby zebrać Sobór w Trydencie oraz wprowadzić prawdziwą reformę nadużyć, których dotyczyły biadania heretyków. Pierwsi delegaci oczekiwali niecierpliwie na miejscu już od kwietnia. Jednak nadal nie pozwolono biskupom Francji, Anglii czy Szkocji na pojawienie się w Trydencie. Wszystkie siły protestanckich wpływów w Paryżu i Londynie zostały rzucone przeciw Soborowi. Jak napisał Suriano do doży 15 sierpnia: ” podczas gdy Biskupi, prowadzeni przez Ducha Świętego, zajmują się reformą własnych i cudzych uchybień, heretycy, kierowani całkiem odmiennym duchem pobudzają złe namiętności we wszystkich częściach królestwa.” W Gaskonii i Langwedocji, jeszcze przed spotkaniem w Poissy, zaczęli plądrować domy biskupów i kościoły, niszczyć ołtarze oraz wizerunki Chrystusa i świętych oraz pozbawiać katolików broni.

W kolejnych tygodniach po dyspucie nawałnica nienawiści, która zbierała się przez tak długi okres, wybuchła z całą swą furią. Niemal jednocześnie, jak na uzgodniony sygnał, dobrze zorganizowane bandy kalwinistów rzuciły się na katolickie kościoły, konwenty, szkoły i biblioteki. W Montpellier splądrowali wszystkie 60 kościołów i klasztorów, zabijając 150 księży i zakonników. W Nimes zgromadzili przed katedrą wielki stos z figur oraz relikwii i tańczyli wokół niego, podczas gdy płonął, krzycząc że nie będzie już więcej Mszy i idolatrów, a potem rzucili się do niszczenia i grabieży kościołów. W Montauban wywlekli z konwentu ubogie siostry św. Klary, wystawili je pół-nagie na szyderstwa opłaconego tłumu, obrzucali je obelgami i radzili by wyszły za mąż. W grudniu, w  Castres, Reformowany Konsystorz czy też Sanhedryn nakazał by urzędnicy miejscy zaprowadzili każdego kogo znajdą na ulicach, na hugenockie nauki. Księży odrywano od ołtarzy, klaryski wychłostano, chłopów pędzono biczem aby słuchali jak kaznodzieje o osobliwej nosowej intonacji grzmią przeciw Mszy, Spowiedzi i papieżowi. Pola i winnice przy katolickich wioskach, które odmówiły słuchania tych nauk, były palone lub wycinane. W ciągu roku kalwiniści, według jednego z ich własnych szacunków, zamordowali cztery tysiące księży, zakonników i zakonnic, przegnali lub sponiewierali 12 tysiące mniszek, splądrowali 20 tysięcy kościołów i zniszczyli dwa tysiące klasztorów z bezcennymi bibliotekami i dziełami sztuki. Przepadł nieodwracalnie unikalny zbiór manuskryptów pradawnego opactwa w Cluny, podobnie jak wiele innych. Święte naczynia z kościołów przetapiano aby opłacić niemieckich najemników, których wzywano aby nie okazywali litości.

W wielu z tych potworności czynny udział wziął Coligny. Okazywał, zwłaszcza wobec księży i zakonnic, tak chłodne i mściwe okrucieństwo, że katolicy zaczęli nazywać go Holofernesem. W niektórych miejscach ofiarom wypruwano wnętrzności, wypychano sianem i dawano jako pokarm koniom hugenockich żołnierzy. Setki miast i wsi zostało spalonych. Lyon i jego dochodowy handel legły w ruinie. Owa starożytna furia, starannie pielęgnowana, nie oszczędzała nawet umarłych. Nie tylko zniszczono nagrobek Wilhelma Zdobywcy, lecz obdarzone czcią ciała świętych mężów i niewiast, którzy spędzili swe życie w służbie Bogu i ubogim zostały wywleczone z grobów, podeptane, spalone i wrzucone do rzeki. Motłoch zrzucił figurę świętej Joanny z mostu w Orleanie. Inni jeszcze fanatycy rzucili do Loary szczątki świętych Ireneusza i Marcina z Tours. W Poitiers zniszczyli relikwie świętego Hilarego oraz cenne księgi spisane jego ręką. Po otwarciu grobu świętego Franciszka z Paoli w Plessis-les-Tours, odkryto że ciało jest całe i uniknęło zepsucia, mimo iż minęło ponad pół wieku. Zamiast zadziwić się nad tą osobliwością, przywiązano je do sznura i wleczono przez ulice, a następnie spalono. Resztki kości świętego zostały następnie znalezione przez katolików i umieszczone w różnych kościołach zakonu minimitów.

Nie tylko ci, którzy oddali swe życie za Chrystusa, lecz również sam Chrystus, wydawał się szczególnym obiektem nienawiści owych ludzi, którzy nazywali siebie chrześcijanami i nauczali potępienia niemowląt oraz predestynacji wielu dusz do piekła. Podobnie jak podczas wszystkich rewolucji antychrześcijańskich pluto na posągi Zbawiciela, obalano je i niszczono. Często obiektem ataku i urągania stawało się Ciało Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. W Nimes, Paryżu i innych miejscach, włamywano się do tabernakulów, wyrzucano z nich i deptano Hostie – stopami ludzkimi i końskimi kopytami. Choć wszystkich tych okropieństw dokonywała nieliczna mniejszość w przeważająco katolickim kraju, wszystkie siły centralnej i miejscowej administracji wydawały się sparaliżowane i pełne niemocy. Hugenoci uzyskali większość w Stanach Generalnych i zwolenników w parlamencie paryskim. Wydawali się że zajmują wszystkie ważne pozycje aby czuć się bezpiecznie i skierować na boczny tor wszelkie próby ich ukarania.

Za namową l’Hopitala Katarzyna wydała w styczniu 1562 roku edykt przyznający kalwinistom prawo do kultu poza murami miast, pod warunkiem że kościoły zostaną zwrócone, zaś obie strony powstrzymają się od przemocy. Miało to ułagodzić hugenotów, lecz nie odniosło takiego skutku. Uznając powyższe słusznie za kapitulację, hugenoci uradowali się na wieść o pierwszym przełamaniu jedności Kościoła z Państwem we Francji. Tuż potem zniszczyli katedrę w mieście Bezy, wyrzucając całe duchowieństwo.

W pewnym rejonie Gaskonii, w promieniu 40 mil nie można było znaleźć księdza. Coraz więcej zakonnic wywlekano z konwentów, coraz więcej tabernakulów otwierano i profanowano. W lutym, tuż po otwarciu Soboru w Trydencie (na który dzięki determinacji ich przywódcy – kardynała Lotaryngii przybyli także przedstawiciele Francji) siedemdziesięciu kalwińskich kaznodziejów spotkało się na uroczystym synodzie w Nimes, przyjmując plan zniszczenia wszystkich kościołów katolickich w mieście i diecezji. Szybko zaczęli go wdrażać w życie, paląc katedrę i wypędzając wszystkich księży. Rządy terroru nie były wynikiem emocjonalnego, nieprzemyślanego działania bezmyślnego motłochu, lecz starannie opracowanym programem grabieży, destrukcji i zabijania.

Wielu katolików, którzy wspierali stronnictwo Coligny’ego z politycznych powodów, na przykład sporu z Gwizjuszami, wycofało teraz swoje poparcie. Konstabl Anne de Montmorency opuścił Politiques, przenosząc się do frakcji katolickiej. Antoni z Nawarry wrócił do Wiary, przyłączył się do księcia Franciszka i zaproponował powołanie Inkwizycji by zaleczyć rany Francji. Jednak było już za późno na tak pokojowe środki. W marcu widzimy jak Tomasz Gresham, dobrze poinformowany przez swoich agentów, pisze do Cecila z Antwerpii, iż „nadeszły tu wieści, że książę Kondeusz rządzi Królestwem oraz że monseigneur Chatillon jest wielkim panem Francji (…) zaś Mons Dandelot jest głównym kapitanem całej francuskiej jazdy.” Kardynał Lotaryngii oraz inni członkowie parlamentu paryskiego uciekli. W Niderlandach spodziewają się zwycięstwa Kondeusza i Gresham wyraża radosną nadzieję że tak będzie.

Gwizjusz wyruszył teraz pod namową Antoniego z Nawarry do Paryża, biorąc ze sobą, pod zbrojną eskortą swe dzieci oraz swą chorą małżonkę, piękną córkę Renaty francuskiej i księcia Herkulesa d’Este z Ferrary, o których Ronsard śpiewał: Venus la sainte en ses grâces habìte[1]. Pod Vassy kawalkada natknęła się na partię sześciuset, może siedmiuset kalwinistów, w większości uzbrojonych, którzy odbywali zebranie w stodole. Między częścią ludzi Gwizjusza oraz hugenotami wywiązała się sprzeczka. Gdy książę pojawił się by usunąć problem, jeden z kalwinistów zranił go. Grupa jego ludzi, wściekła, runęła na heretyków, zabijając dwunastu na miejscu i raniąc czterdziestu tak bardzo, że wkrótce zmarli.

Beza i inni hałaśliwi propagandziści kalwinizmu wykorzystali owo nieszczęsne wydarzenie, które przypuszczalnie było nieuniknione, zważywszy na prowokację jaką stanowiły kalwińskie rządy terroru, aby okrzyknąć je „Masakrą w Vassy”, aż w końcu zostało ono wyolbrzymione do rozmiarów dokonanej z zimną krwią rzezi setek szlachetnych i bezbronnych hugenotów. Co zwraca jeszcze większą uwagę – tak wielu obecnych historyków datuje wojny hugenockie od tego zdarzenia, zamiast od tumultu w Amboise. Beza ogłosił krucjatę przeciw katolikom. Kondeusz podjął kolejną próbę pojmania młodego króla – nieudaną. Tymczasem Gwizjusz wmaszerował do Paryża, gdzie został przyjęty radosnym entuzjazmem mieszkańców. Kupcy ofiarowali mu dwa miliony liwrów na obronę Wiary i przywrócenie spokoju w mieście. Książę odmówił, oświadczając, że przybył by oddać się do dyspozycji króla. Ze wszystkich głównych postaci pierwszej z ośmiu krwawych wojen hugenockich, ów człowiek widocznie się wyróżnia – spokojem, odwagą, lojalnością, patriotyzmem i oddaniem, heroiczna osobowość, z pewnością jedna z najwspanialszych w dziejach Francji.

Katarzyna Medycejska, obecnie – do głębi przerażona, skierowała rozpaczliwe apele do Filipa II i papieża. (…) Papież Pius IV zgodził się pomóc Katarzynie pod warunkiem dymisji l’Hopitala. Gdy to uczyniła, przesłał jej 25 tysięcy skudów, które pożyczył na dziesięć procent. List l’Hopitala do papieża, z protestem, że jest dobrym katolikiem, jak się wydaje nie zmienił opinii Ojca Świętego o jego polityce. Chatillonowie zawarli już wcześniej dość satysfakcjonujące porozumienie z inną kobietą o królewskiej godności – Elżbietą i człowiekiem odpowiadającym za jej interesy – Cecilem. Kardynał Chatillon przeprowadził wstępne negocjacje, zaś jego brat – admirał Coligny wysłał przedstawicieli by podpisali niesławny traktat z Hampton Court, z 12 września 1562 roku, w którym zdradził swój kraj aby uzyskać korzyści dla sekty hugenockiej. W zamian za zapłatę 100 tysięcy złotych koron, które miały być wypłacone we Frankfurcie lub Strasburgu oraz posiłki wojskowe, zgodził się na zwrot Anglikom Calais. Jako zabezpieczenie powyższego wydał port Havre de Grace, który Anglicy skwapliwie obsadzili.

Francuscy protestanci mieli podobne międzynarodowe nastawienie jak angielscy protestanci, którzy wydali Calais w ręce zwyczajowego wroga swego kraju. W każdym z tych wypadków protestanci byli gotowi do poświęcenia swego kraju na ołtarzu międzynarodowej sekty, czy też mówiąc bardziej ściśle – międzynarodowej nienawiści wobec Kościoła katolickiego i katolików, albowiem powyższe łączyło wszystkie różne frakcje dysydenckie. Dla kogoś przyzwyczajonego do lektury zwyczajowych komunałów o patriotyzmie protestantów i podporządkowaniu katolików politycznym interesom Rzymu oraz nonsensu przypisującego Reformację „nacjonalizmowi”, może niemal wydawać się szokiem odkrycie, że, patrząc ogólnie, to katolicy byli aż nazbyt skłonni przedkładać patriotyzm nad swe obowiązki wobec Kościoła, podczas gdy protestanci, od samego początki, byli zjednoczeni międzynarodowym politycznym sojuszem, który rzadko opierał się wszelkiego rodzaju zdradom interesów narodowych, stając na krawędzi rezygnacji z władzy narodowej nad współrodakami. A jednak to Coligny staje się bohaterem w popularnych dziełach historycznych i biograficznych, zaś o Gwizjuszach zawsze wspomina się z rodzajem niechęci.

W każdym razie, Anglicy zajęli Hawr i brali teraz aktywny udział w wojnie francuskiej. Cztery tysiące przyłączyło się przed końcem 1562 roku do buntowników Kondeusza w Orleanie. Inni obsadzili Rouen oraz Dieppe. Przez nadchodzące lata miasta hugenockie były bardziej lojalne wobec Elżbiety niż własnego kraju. Kondeusz zwrócił się z apelem do niemieckich protestantów, którzy zaczęli mu wysyłać żołnierzy. Książę Franciszek Gwizjusz z trzema tysiącami jazdy, trzema tysiącami wybornej piechoty, dwunastoma tysiącami piechoty francuskiej oraz sześcioma tysiącami Szwajcarów ruszył by podjąć oblężenie Kondeusza i Coligny’ego w Orleanie. 19 grudnia armia katolicka, podobnie jak kiedyś święta Joanna, przekroczyła rzekę. Gwizjusz znajdował się na czele z Hiszpanami i Gaskończykami.  Za nimi podążały francuska piechota i jazda.

Nieprzyjaciel oczekiwał ich, w szyku bojowym, w rejonie Dreux. Ostrzał katolickiej artylerii był nieskuteczny i hugenoci, mimo braku kawalerii, zaatakowali tak zaciekle, że zmusili do odwrotu Szwajcarów i jazdę konstabla Montmorency’ego. Wiktoria wydawała się w zasięgu ręki. Zaczęli nawet śpiewać triumfalne pieśni, gdy hiszpańska piechota przypuściła kontr-uderzenie z tak wielkim skutkiem, że szale zostały odwrócone i zwycięstwo ocalone, choć nie bez ciężkich strat. Wśród poległych znalazł się marszałek de Saint Andre. Wsparcie Filipa II okazało się decydujące.

Na wieść o tym zwycięstwie papież Pius IV odprawił 3 stycznia roku 1563 uroczystą Mszę dziękczynną w kościele San Spirito oraz napisał do francuskich katolików, wzywając ich aby wykorzystali swoje powodzenie. Książę Franciszek postanowił tak uczynić, oblegając Orlean. Niechybnie zająłby tę główną twierdzę hugenocką i zakończył wojnę, gdyby nie zdradziecki postrzał zatrutą kulą z arkebuza kalwinisty na służbie pana de Soubize – niejakiego Pultrota de Mere, który w powyższym celu wstąpił do katolickiej armii.

Pełne żalu lamenty rozległy się w Paryżu i innych miastach katolickich. Przywódcy i kaznodzieje hugenoccy głośno pochwalili zbrodnię. Pultrota pojmano i zaprowadzono do jego ofiary. Książę przebaczył mu i powiedział, że modli się do Boga aby również mu wybaczył. Morderca wyjawił że został zaangażowany przez admirała Coligny’ego, Teodora Bezę i de Soubize’a i otrzymał za zabójstwo sto koron. Przywołał wypowiedź fanatycznego Bezy że królowa, król, jego bracia, wszyscy Gwizjusze i papiescy legaci muszą zginąć. Gwizjusz zmarł niedługo potem (27 lutego 1562 roku) „jak dobry chrześcijanin, wspaniały książę i wielki dowódca” – napisał Barbaro Wenecjanom, przyjąwszy wszystkie sakramenty, „ufny w miłosierdzie Boże i nie lękający się śmierci.”

Owa niegodziwa zbrodnia zniszczyła całe dzieło Gwizjuszy i ich przyjaciół, pozostawiając stronnictwo katolickie bez przywódcy. Brat księcia, kardynał Lotaryngii był uzdolniony, odważny i o nieposzlakowanej opinii, lecz przebywał na Soborze w Trydencie. Montmorency był więźniem. Antoni Nawarski i marszałek de Saint Andre polegli. L’Hopital, człowiek kompromisów, powrócił z wygnania do stronnictwa Katarzyny Medycejskiej. Przestraszona królowa złożyła kolejną upokarzającą kapitulację wobec hugenotów, przyznając im, w traktacie z Amboise (marzec 1563) amnestię i wolność wyznania. (…) Dzięki sztuczkom damy dworu Kondeusz został pozyskany przez stronnictwo Politiques.

Kardynał Chatillon wrócił na dwór ze swym bratem admirałem. Michela l’Hopitala, ponownie w łaskach, widziano na Mszy każdego ranka. Konstabl, który miał w zwyczaju odmawianie Różańca, gdy rozmawiał lub wydawał rozkazy swoim żołnierzom lub koniowi, został zwolniony. Zapanowała cisza w trakcie burzy i wszystko pozornie wydawało się pełne zgody. Jednak katolicy wciąż powtarzali na kształt litanii: „od wykałaczki admirała, paciorków konstabla, Mszy kanclerza, czerwonego kapelusza Chatillona, libera nos, Domine[2]! Albowiem rujnowali nas i będą rujnować.” (…)

przypisy:

[1] fr. Wenus święta żyje w jej wdziękach

[2] łac. wybaw nas, Panie!

fragmenty książki: T. Walsh: Phillip II, tłum. wł.

Rewolucyjny Kulturkampf: procesje minione i obecne

Obraz Julesa Bretona – Błogosławieństwo w Artois

Jak podkreśla historyk Paul d’Hollander (Paul d’Hollander: The Church in the Street in Nineteenth-Century France, http://quod.lib.umich.edu/w/wsfh/0642292.0032.011/–church-in-the-street-in-nineteenth-century-france?rgn=main;view=fulltext ) we Francji następująca „forma uobecnienia Kościoła w przestrzeni miejskiej była znacząca w XIX wieku, nawet aż do lat 60-tych XX wieku: procesja religijna.” Zanim przyjrzymy się bliżej owemu odrodzeniu praktyk procesji po latach rewolucji, zauważmy, iż ocena świeckiego profesora historii współczesnej z uniwersytetu w Limoges, pokrywa się z diagnozą opisaną przez znanego francuskiego duchownego 2 połowy XX wieku – abp Marcela Lefebvre, który w „Liście otwartym do zagubionych katolików” tak pisał o powszechnej na drogach Francji tradycji, która zanikła w latach 60-tych XX wieku:

„Czytelnicy, którzy pamiętają lata przedwojenne, z pewnością przypomną sobie żarliwość procesji Bożego Ciała z ich licznymi ołtarzami, pieśniami, kadzielnicami, lśniącą w słońcu monstrancją niesioną przez kapłana pod złocistym baldachimem. Sztandary, kwiaty, dzwonki. (…) Czy słyszę jak ktoś mówi o koniecznej ewolucji i nowym stylu życia? Jednak problemy z ruchem drogowym nie powstrzymują ulicznych demonstracji, zaś demonstrujący nie powstrzymują się przed wyrażaniem ich politycznych opinii czy żądań, słusznych czy nie. (…) Prawie całkowity zanik procesji we Francji nie jest spowodowany brakiem zainteresowania ze strony wiernych. Jest wpisany w nową teorię duszpasterstwa, która jednakże bezustannie wzywa do ‚aktywnego uczestnictwa ludu Bożego’. W roku 1969 proboszcz w departamencie Oise został usunięty przez swojego biskupa, który zakazał organizacji tradycyjnej procesji Bożego Ciała. Procesja mimo to miała miejsce i przyciągnęła dziesięć razy więcej ludzi niż liczba mieszkańców wioski.”

Jednak, wróćmy do początku XIX wieku, kiedy to konkordat zawarty w lipcu Roku Pańskiego 1801 (26 messidora Roku Rewolucji 9) między Stolicą Apostolską a Republiką otworzył ponownie możliwość publicznego kultu religii katolickiej we Francji. Kodeks karny z roku 1810 nakładał sankcje na osoby, które zakłócały kult czy to w kościele czy w innym miejscu używanym do tego celu, choćby tymczasowo. Przepisy zastrzegały też możliwość wprowadzenia ograniczeń ze strony państwa z uwagi na „porządek publiczny”, zaś w roku 1802 – poza konkordatem – dodano ograniczenie z uwagi na istnienie w danej miejscowości świątyń innej religii. Następujący okres konfliktu między Napoleonem, który najechał w roku 1808 ziemie Państwa Papieskiego oraz Piusem VII, który rok później ekskomunikował „cesarza Francuzów” i został przez niego uwięziony, doprowadził w roku 1811 do jednostronnego zerwania przez Napoleona konkordatu, nie sprzyjając rozwojowi kultu katolickiego. Upadek Napoleona i restauracja lat 1814-1830 przywróciła Kościołowi katolickiemu swobody i status głównej religii w państwie. Stan ten skończyła rewolucja lipcowa. W okresie monarchii lipcowej przestali się pojawiać na procesjach urzędnicy – merowie, prefekci, sędziowie, wiara katolicka utraciła status religii państwowej, pojawiały się również coraz częściej próby blokowania czy ataków na procesje przez radykałów. Idąc z flagami republiki i śpiewając rewolucyjne pieśni, stawali oni na drodze procesji, zatrzymując ją, lub organizowali własne „rewolucyjne” procesje. Powodowało to, zwłaszcza na początku lat 30-tych XIX wieku, ograniczanie procesji, zwłaszcza na terenie miast.

Powyższe zmieniło się ponownie za rządów Napoleona III. Ilość procesji się zwiększyła, jak również ich charakter stał się znów bardziej oficjalny, m.in. poprzez udział wspomnianych funkcjonariuszy publicznych, a także uroczysty udział wojska, jak również okazałe dekorowanie ulic. Jak podaje wspomniany już Paul d’Hollander, w Limoges w roku 1784, w okresie sześciomiesięcznym około 100 procesji przemierzyło miasto, podczas, gdy prawie 100 lat później liczba ta wynosiła zaledwie 22 w takim samym okresie czasu, co miało związek m.in. ze zmniejszeniem ilości parafii. Trasy procesji religijnych stały się jednak dłuższe, a uroczystości przyciągały coraz więcej uczestników, między innymi z uwagi na powstające i rozwijające się katolickie szkoły, grupy świeckich, kongregacje czy konfraternie. Jak podaje Paul d’Hollander w roku 1869 procesja w Limoges, na której tradycyjnie niesiono relikwie świętych przyciągnęła 80 tysięcy uczestników.

Opisane wyżej odrodzenie publicznych ceremonii religijnych we Francji spotkało się z krytyką rewolucjonistów, którzy szydzili ze splendoru „chorej religii” (E. Zola) oraz z… kolegów liberałów, którzy w jej uroczystościach uczestniczyli. Pojawiły się oczywiście i dziś liczne głosy protestujące przeciw narzucaniu ateistom czy też masonom konieczności oglądania katolickich procesji przemieszczających się przez ulice miast. Prasa republikańska pisała: „obecnie, skoro wolnomyślicielstwo jest rozpowszechnione w społeczeństwie, istnieje jeden podstawowy obowiązek, który się narzuca: obowiązek szanowania wolności sumienia. Jest słusznym by każda religia była praktykowana za zamkniętymi drzwiami, zaś manifestacje zewnętrzne zostały zakazane aby się nie narzucać sumieniom innych.”

Krytyka przeciwników procesji wybuchła otwarcie po upadku Napoleona III. Wtedy też bardziej aktywni, sprzyjający rewolucji merowie rozpoczęli wprowadzanie zakazów procesji, pod pozorem zapewniania porządku publicznego. Wykorzystywano do tego pojawiające się prowokacje. D’Hollander pisze o procesji Bożego Ciała w czerwcu 1882 roku, w Perigeux, którą mer zakazał po prowokacji na terenie jednej z parafii. Gdy procesja zatrzymała się przy jednym z ołtarzy, błogosławieństwo przerwali rewolucyjni „muzycy”, grając na operetkową nutę. Wywiązało się zamieszanie i kłótnia między uczestnikami procesji a ich przeciwnikami, którzy wznosili okrzyki „precz z klerykałami, niech żyje Republika!”. Prowokacje rewolucyjne działały jednak determinująco na drugą stronę – procesje stały się okazją do wyrażenia poparcia dla uwięzionego w Watykanie przez rewolucjonistów włoskich, którzy wkroczyli do Rzymu po upadku Napoleona III, papieża Piusa IX. Odzywała się w nich stara tradycja kraju Franków jako „najstarszej córy Kościoła”, która, począwszy od Karola Wielkiego, spieszyła na pomoc, znajdującym się w opresji następcom Piotrowym, a z nią sentyment za monarchią, który objawiał się królewskimi liliami na procesyjnych chorągwiach. Zakazywano też procesji coraz częściej – jak wskazuje d’Hollander – miało to miejsce również w Limoges, gdzie zakazano wzmiankowanej wyżej, tradycyjnej procesji z relikwiami. W roku 1897 ówczesny mer Limoges, będący socjalistą, odpowiedział na petycję w sprawie zniesienia zakazu, iż uczyni to, gdy władze centralne pozwolą socjalistom na marsze pod ich sztandarami. Na zarzuty naruszania porządku publicznego przez procesję, katolicy argumentowali, że konkordat zapewnia im prawo do kultu publicznego i nie oni naruszają porządek publiczny, lecz ci którzy procesjom przeszkadzają, zaś władze powinny przed powyższym chronić. W odpowiedzi władze Trzeciej Republiki zmieniły interpretację postanowień konkordatu. W roku 1879 minister do spraw wewnętrznych i religii Karol Filip Lepère, wspierając merów, którzy zaczęli wprowadzać zakazy procesji, wskazał że zakazy te nie naruszają prawa do publicznego kultu, który katolicy mogą sprawować w swoich świątyniach.

Jak pisze d’Hollander, zintensyfikowanie zakazów procesji miało miejsce w dwóch falach: na początku lat 80-tych XIX wieku, a następnie – w okresie intensywnej, zorganizowanej akcji laicyzacji i likwidacji samodzielności finansowej Kościoła, jaka miała miejsce na początku XX wieku. Podczas tej drugiej fali, nie kłopotano się już uzasadnianiem zakazów procesji porządkiem publicznym, lecz używano wprost retoryki antyklerykalnej. Przykładowo, jak podaje d’Hollander rada miejska w Saint-Denis-les-Murs, w roku 1901 ogłosiła że procesje są „obrazą dla zdrowego rozsądku i rozumu”. Również w innych częściach Francji środowiska wolnomularskie i antyklerykalne organizowały akcje zmierzające do uzyskania od władz lokalnych zakazów katolickich procesji. Jeśli mer odmawiał, „wolnomyśliciele” ogłaszali, że mają takie same prawo do ulicy jak katolicy, zapowiadając prowokacyjne demonstracje na tej samej trasie, którą miała iść procesja, oczywiście w tym samym czasie. Był to oczywiście środek nacisku by mer skłonił się do ich żądań i procesji zakazał, jeśli nie w imię walki z „ciemnotą”, to wspomnianego wyżej „porządku publicznego”. Jeśli nie ustępował, dochodziło do prowokacyjnych pochodów organizowanych przez „wolnomyślicieli” wzdłuż trasy procesji, które kończyły się nierzadko wymianą rękoczynów między obiema stronami. Czasami sprawę rozwiązywano poprzez zezwolenie na antykatolicką manifestację, która mogła iść w określonej odległości za procesją.

Ze strony katolików, z kolei próbowano walczyć z zakazami procesji, nie naruszając ich, na przykład organizując procesję wewnątrz kościoła, lecz błogosławieństwo, przed kościołem, na jego stopniach, przed zgromadzonym tłumem, albo też, przeprowadzając procesję, na gruntach prywatnych, po ich granicy, to jest na publicznym widoku. Organizowano też w formie protestu pochody bez symboli i pieśni religijnych, za to podążające tradycyjną drogą procesji. Występowały również sytuacji otwartego występowania przeciw rewolucyjnym zakazom, co kończyło się zwykle starciami z policją i gorliwie ją wspierającymi antyklerykałami.  W Boże Ciało roku 1903 dochodziło do regularnych zaczepek procesji katolickich przez socjalistów śpiewających Międzynarodówkę.

W roku 1905 doszło do sławetnego „rozdziału Kościoła od państwa” czyli ostatecznego zerwania konkordatu z roku 1801. Działania rządu Francji potępił papież Pius X w encyklice Vehementer nos z roku 1906, tak opisując to, co się wydarzyło:

„(…) Rozmiar krzywdy wyrządzonej Stolicy Apostolskiej przez jednostronne zerwanie konkordatu stał się tym gorszy ze względu na sposób, w jaki państwo dokonało tego aktu. Jest zasadą niebudzącą wątpliwości i powszechnie przestrzeganą przez wszystkie narody, że zerwanie traktatu powinno być wcześniej dokładnie zapowiedziane, w sposób jasny i wyraźny, drugiej stronie przez tą, która zamierza położyć kres ugodzie. Lecz w tym przypadku nie tylko że nie przedstawiono Stolicy Apostolskiej żadnego zawiadomienia tego rodzaju, to ponadto nie dano najmniejszego znaku, który mógłby zapowiadać taki czyn. (…) Prawo rozdziału (…) wyznacza administrację i nadzór nad publicznym kultem nie hierarchicznemu ciału w boski sposób ustanowionemu przez naszego Zbawiciela, lecz stowarzyszeniu ustanowionemu przez świeckich. Stowarzyszeniu temu przyznane zostały specjalne formy i osobowość prawna. Uznaje się je wyłącznie za mające prawa i ponoszące odpowiedzialność w oczach prawa we wszystkich kwestiach odnoszących się do kultu religijnego. To stowarzyszenie zarządza kościołami i nieruchomościami, ma w posiadaniu kościelną własność, rzeczywiście i osobowo, ma do swej dyspozycji (choć tylko tymczasowo) rezydencje biskupów i księży, a także seminaria; jest administratorem kościelnego mienia, kontroluje finanse, odbiera daniny i donacje uczynione na rzecz kultu religijnego. (…) Te stowarzyszenia ds. kultu [religijnego] są zatem tak zależne od władz świeckich, że, rzecz oczywista, władze duchowne nie będą miały nad nimi żadnej mocy. (…) Prawo to przypisało władzy państwa najwyższą jurysdykcję nad tymi stowarzyszeniami i poddało je całej serii postanowień nie zawartych w prawie ogólnym, utrudniając tym samym ich tworzenie i czyniąc jeszcze trudniejszym ich istnienie; tak też po ogłoszeniu wolności kultu publicznego przystąpiono do ograniczania ich działalności poprzez niezliczoną liczbę utrudnień; tak też ograbiło Kościół z wewnętrznych regulacji kościelnych, by funkcje te przyznać państwu (…) Na przekór wszelkiej sprawiedliwości, prawo to odebrało Kościołowi wielką część ofiarowanych mu donacji, które należały doń na mocy zarazem licznych, jak i świętych praw; prawo to zakazało i anulowało wszystkie świątobliwe fundacje poświęcone, z doskonałą legalnością, boskiemu kultowi i wstawiennictwu za zmarłych. Dobra doczesne podarowane przez szczodrobliwych katolików dla utrzymania katolickich szkół i dorobek przeróżnych dzieł miłosierdzia związanych z działalnością religijną został przekazany świeckim stowarzyszeniom, w których byłoby rzeczą próżną szukać najmniejszych śladów religii. W kwestii tej naruszono nie tylko prawa Kościoła, lecz także oficjalną i wyraźną wolę donatorów i testatorów. To także jest dla Nas przedmiotem głębokiego żalu, że prawo, w pogardzie dla wszystkich praw, ogłasza jako własność państwa, departamentów i gmin, kościelne budowle pochodzące jeszcze sprzed czasów konkordatu. To prawda, prawo o rozdziale państwa od Kościoła przyznaje łaskawie, na czas nieokreślony, użytkowanie tych budowli przez stowarzyszenia ds. kultu religijnego, lecz obwarowało to ustępstwo tak licznymi i poważnymi obostrzeniami, że w rzeczywistości to władze publiczne dysponują nimi w zupełności. (…)”

Inicjatorem zerwania konkordatu i projektu powyższego prawa był Emile Combes, antykatolicki premier Republiki i mason. Jego następca Maurice Rouvier, również mason, który objął funkcję premiera w styczniu roku 1905 doprowadził proces do końca. Artykuł 27 ustawy, który regulował między innymi procesje i bicie w dzwony dozwalał, na kontynuacje tradycji procesji na zasadach ustalonych w roku 1884, to jest, z utrzymaniem możliwości wprowadzenia ich zakazu przez lokalnych merów. Po przetoczeniu się antyklerykalnej fali tradycja procesji Bożego Ciała wciąż trwała, wspierana zwłaszcza w okresie intensywnej działalności Akcji Katolickiej, choć nie ustały też próby jej powstrzymania.

Jak wskazuje Michelle C. Wing w: Notre-Dame on the Move: Catholic Processions and Politics in Post-Liberation France ( http://quod.lib.umich.edu/w/wsfh/0642292.0037.020/–notre-dame-on-the-move-catholic-processions-and-politics?rgn=main;view=fulltext ) także w okresie po II wojnie światowej dochodziło do sytuacji zakazu publicznych wydarzeń religijnych w poszczególnych miejscowościach. 11 marca 1946 trzy tysiące wiernych przy kościele Notre-Dame de Nazareth w Vitry-sur-Seine, na przedmieściach Paryża, uczestniczyło w przejęciu figury Notre-Dame de Boulogne z rąk sił policyjnych, które pojawiły się tam aby uniemożliwić publiczną, tradycyjną procesję. Uformowaną na nowo procesję prowadził były więzień niemieckiego obozu narodowo-socjalistycznego w Dachau, w swoim obozowym uniformie. Policja próbowała zatrzymać ową procesję blokadami, jednak wiernym udało się je ominąć.  Dziesięć osób po stronie katolickiej zostało zatrzymanych, kilku policjantów w starciach odniosło rany. Zaczynała się kolejna już na drodze rewolucji, czwarta republika, a uwidoczniający się wyraźnie w kwestii publicznych procesji niemożliwy do usunięcia konflikt o istnienie wiary w sferze publicznej, wciąż nie ustawał. Jego elementem była wielka peregrynacja figur Notre-Dame de Boulogne – podobna peregrynacji obrazu Matki Boskiej Jasnogórskiej, z którą tak walczono w Polsce. Peregrynacja owa trwała w latach 1943-1948 i była związana z orędziem fatimskim, którego kolejna przepowiednia – wielka wojna zapowiedziana przez czerwień na niebie zdała się spełnić. Francję przemierzały w publicznych procesjach cztery kopie figury, niosąc wezwanie do nawrócenia się, pokuty i powrotu do Boga oraz Kościoła. Uczestniczyli w owych procesjach także urzędnicy przyznający się do religii katolickiej, czasem nawet uroczyście, składając przed figurą Madonny, klucze do miasteczka. Przyłączały się do nich setki i tysiące wiernych, idąc, często boso, i śpiewając tradycyjne pieśni, czy recytując tradycyjne modlitwy, takie jak Różaniec. Jednym słowem, w oczach „wolnomyślicieli” wypełzły w przestrzeń publiczną mroczne upiory zacofania i przeszłości, fundamentalizm i fanatyzm. Rewolucja i jej zdobycze wymagały obrony.

Rozpoczęta na nowo wojna kulturowa zarzucała członkom hierarchii kościelnej sympatyzowanie z reżimem w Vichy czy wręcz faszyzm, na co katolicy odpowiadali, powołując się na swój udział w ruchu oporu oraz na sytuacje, w których Niemcy rozpędzali procesje podczas okupacji. Peregrynacja figur Notre-Dame napotykała, organizowane przez socjalistów, komunistów i wolnomularzy protesty i prowokacje, które przybierały nierzadko pełny przemocy charakter. Jak pisze Michelle C. Wing „w roku 1947, w Lot-et-Garonne na ulicach rozsypano szkło i gwoździe w tych miejscach, przez które mieli przechodzić bosi pielgrzymi. W Chambéry, w dwóch kaplicach – jednej, która tuż przedtem przyjęła Grand Retour oraz kolejnej, która miała przyjąć następnego dnia – wybuchły bomby”. W manifestacjach antykatolickich brali udział socjalistyczni, komunistyczni i „wolnomyślący” urzędnicy, a pochodzący z takich środowisk merowie zakazywali procesji, pod pozorem zachowania „porządku publicznego” i w obronie świeckości republiki. Obawiano się również, że publiczne procesje mogą przekonać wahających się Francuzów i mieć wpływ na wyniki kolejnych wyborów. Media rewolucyjne grzmiały przeciw „maskaradom, które hańbią swoją epokę”, a Marii Pannie przeciwstawiano alegorię republiki – Mariannę we frygijskiej czapce rewolucji. W październiku 1245 prefektura policji w Paryżu zabroniła procesji Grand Retour na terenie miasta. Figura Notre Dame była ładowana do policyjnej furgonetki i przewożona do kolejnego kościoła. Na początku 1946 katolicy podjęli otwarty protest, którego częścią były opisane wyżej wydarzenia 11 marca w Vitry-sur-Seine. Zaledwie trzy dni wcześniej setka policjantów zablokowała grupę kilku tysięcy katolików próbujących sformować procesję w Ivry-sur-Seine. Media katolickie doniosły że wydarzeniom towarzyszyła manifestacja kilkudziesięciu komunistów śpiewających Międzynarodówkę, którą wierni zagłuszyli gromkim, lurdzkim Ave Maria. 9 marca zebrały się już dwie setki komunistów intonujących Międzynarodówkę i podążających za katolikami, próbując ich sprowokować. Komunistyczny mer Ivry twierdził że śpiewano jedynie „niegroźną”  Marsyliankę. 11 marca doszło do starć w Vitry i sąsiednim Thiais. Na lokalnym zgromadzeniu samorządowym w Paryżu socjaliści i komuniści krytykowali Wielką Pielgrzymkę, powołując się nawet na rzekomą przychylność władz niemieckich dla niej podczas okupacji, co miało być dowodem kolaboracji jej organizatorów oraz zarzucając katolikom próbę rozbicia jedności francuskiego ludu.

„Wiosna” lat 60-tych i „duch” Soboru Watykańskiego II stłumiły zapał katolików w staraniach o procesje i inne ceremonie religijne w miejscach publicznych. Obecnie, gdzieniegdzie Francuzi podejmują próby odświeżenia dawnej, żywej tradycji, o którą latami walczono z komunistami, socjalistami i masonami. Próby te napotykają atmosferę nieco tylko różniącą się od tej, opisanej wyżej. Nieco, bo do czynnika wojującego antykatolicyzmu doszedł do głosu i rośnie w siłę czynnik islamski. Oto opis z roku 2008, z jednego z blogów internetowych na temat procesji Bożego Ciała zorganizowanej w Paryżu:

Staje się coraz trudniejsze podtrzymywanie tych procesji w Paryżu, gdyż niektórzy ludzie ośmielają się pluć z balkonów na procesję i wylewać wodę oraz inne nieznane płyny… Do tego dużo obelg i wieże stereo pogłośnione do maksimum. Ale procesja przeszła, jest takie arabskie powiedzenie: psy szczekają, lecz karawana idzie dalej czy także: deszcz nie zatrzymuje pielgrzyma.” (http://www.newliturgicalmovement.org/2008/05/corpus-christi-in-saint-eugne-paris.html )

Boże Narodzenie we Francji 2016: Paray-le-Monial

Paray-le-Monial – stare miasteczko kluniackie, potem miejsce pielgrzymkowe związane z objawieniami Małgorzaty Marii Alacoque. Dziś miejsce Kulturkampfu toczonego przez miejscowe NGO zwanego szumnie Francuską Ligą Obrony Praw Człowieka i Obywatela, która wystąpiła w obronie ludu i obywateli Francji oraz ich praw w związku z przemianą miejscowego merostwa w „miejsce kultu” poprzez umieszczenie tamże betlejemskiego żłóbka. Żłóbek został na podstawie orzeczenia sądu wydanego z inicjatywy powyższej instytucji usunięty:
Tu stał żłóbek – źródło http://lesalonbeige.blogs.com/

Sąd w Dijonie, uznając żłóbek za sprzeczny z „zasadą neutralności” światopoglądowej, nakazał również gminie zapłatę kwoty 1000 EUR na rzecz wspomnianej wyżej organizacji stojącej na straży człowieczeństwa i obywatelstwa ludu francuskiego. Merowi Paray-le-Monial, Jeanowi-Markowi Nesme nie pomogło nawet powołanie się na neutralną światopoglądowo umowę o kulturalnej wymianie zawartą z miasteczkiem Betlejem w ziemi judzkiej w roku 2003. Mer zadeklarował że kwotę 1000 EUR wyłoży z własnych pieniędzy. I jeszcze komentarz ze strony christianophobie.fr :

Jest absurdalne że umieszczenie bożonarodzeniowego żłóbka w danym miejscu zamienia je ipso facto w ‚miejsce kultu’! Czy zatem powinniśmy usunąć wszystkie przedstawiające Narodzenie malowidła z naszych publicznych muzeów z tej przyczyny, że obecność owych dzieł może powodować przemianę owych muzeów w miejsca kultu (…) Identyczne żłóbki są sprzedawane z przeznaczeniem zysku na rzecz stowarzyszenia [pomocy] w miejskim muzeum i nikt nie widzi w tym nic zdrożnego”

http://www.christianophobie.fr/breves/scandale-a-paray-monial-creche-quitter-mairie

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Umieszczenie relikwii, relikwiarzy, naczyń liturgicznych, sztuki sakralnej w muzeach zamierzchłej przeszłości jako dzieł sztuki minionej nikomu nie przeszkadza, tak jak, dajmy na to, budowniczym Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, nie przeszkadzali zamknięci w rezerwatach Indianie. Czym innym jest jednak zaistnienie symboli w przestrzeni publicznej związanej z teraźniejszością. Bo jak, już zauważył Konfucjusz, to nie prawa, lecz znaki i symbole rządzą ową przestrzenią. Podchwycili tę jego zasadę rewolucjoniści, czuwając by żadne znaki i symbole minionej cywilizacji nie zakłócały postępów nowoczesności. Choćby tak incydentalne i obecne jedynie przez oznaczony, krótki czas jak betlejemski żłóbek.

A dzisiejszym Francuzom brak choćby werwy tych, którzy w 2 połowie XIX wieku, po okresie triumfów rewolucji, potrafili wprowadzić w przestrzeń publiczną bazylikę Sacre Coeur, lyońską Notre-Dame de Fourvière czy 16-metrową figurę Maryi na wzgórzach Le Puy-en-Velay.

 

Wolność, równość, braterstwo albo śmierć

„Nie ma już Wandei, obywatele republikanie. Umarła pod naszą wolną szablą, wraz ze swoimi kobietami i dziećmi. W myśl rozkazów, jakie mi przekazaliście, zmiażdżyłem te dzieci pod końskim kopytami, wybiłem kobiety, które – przynajmniej te – nie będą już rodzić bandytów. Nie mam sobie do zarzucenia ani jednego wziętego więźnia. Zgładziłem wszystkich” (rewolucyjny generał Westermann do Komitetu Ocalenia Publicznego)

„Niszcz tych bandytów aż do ostatniego, oto twój obowiązek” (Komitet Ocalenia Publicznego do generała Turreau)
„Z przyjemnością odebrałem waszą aprobatę dla środków jakie podjąłem” (generał Turreau w odpowiedzi do Komitetu)
„Zabijaj tych bandytów zamiast palić gospodarstwa, nakaż karać uciekinierów i tchórzy, i zniszcz całkowicie tę straszną Wandeę (…) Uzgodnij z generałem Turreau środki najbardziej pewne, aby zgładzić wszystko w tej bandyckiej rasie” (Komitet Ocalenia Publicznego do reprezentanta ludu p. Dembarere)
„Jeśli moje zamiary będą dobrze wykonane, za dwa tygodnie nie będzie już w Wandei ani domów, ani żywności, ani broni, ani mieszkańców” (generał Turreau do Komitetu Ocalenia Publicznego)
„Trzeba całkowicie oczyścić ziemię wolności od tej przeklętej rasy” (rewolucyjny generał Beaufort)
„Jako łup wojenny zachowywali dla siebie najbardziej dystyngowane kobiety i zakonnice. Obdzierali trupy z ubrań i układali je na wznak (…) Nazywali to ‚ułożeniem do rąbania'”
„Widziałem trupy na poboczu drogi, około setki, zupełnie nagie i poukładane jedne na drugich, porąbane szablami, niemal jak baranie mięso przed nasoleniem”
„Doszlk do tego, że w ciała ofiar wkładali kartusze (ładunki prochowe) i podkładali ogień.”
„Gdy pewien stary i ociemniały ksiądz nie mógł już dalej iść, żołnierz przebił go bagnetem i powiedział do swego kolegi: weź go na szpic. I tak nieśli go aż wydał ostatnie tchnienie.”
„Kazałem zapolować na wszystko wokół mej kwatery i nakazałem, żeby podczas naszego marszu codziennie moi myśliwi dostarczali mi dar z dwudziestu głów bandytów tylko dla mojej przyjemności. Aż dotąd regularnie otrzymywałem ten podarunek, ale ostatnio zaczyna brakować zwierzyny, której pogłowie szybko maleje (…) Ostatnia dwudziestka, jaką mi przedstawiono, została zaskoczona w środku lasu podczas odprawiania ceremonii ku czci tyranów” (rewolucyjny generał Bard)
„Mój przyjacielu, z przyjemnością donoszę ci, że ci bandyci są już likwidowani. Od ośmiu dni przyprowadzają ich tutaj w ilościach nie do policzenia (…) Ponieważ ich rozstrzeliwanie zabiera dużo czasu i zużywa się przy tym proch i kule, przyjęto pomysł, aby powsadzać pewną ich liczbę do starych statków, wypłynąć z nimi na środek rzeki, pół mili od miasta i tam zatopić te statki. Takiej operacji dokonuje się codziennie.”
„Początkowo ofiary topiono w ubraniach, ale później komitet, powodowany tyleż chciwością, ile wyrafinowanym okrucieństwem, zdzierał ubrania z tych, których chciał wydać na pastwę rozmaitych żądz, jakim ulegali jego członkowie. Trzeba wam także opowiedzieć o ‚małżeństwie republikańskim’, które polegało na tym, że przywiązywano do siebie rozebranych do naga młodego mężczyznę i młodą kobietę, wiązano ich pod pachami, i razem topiono.”
„Amey każe rozpalić w piecach i gdy są już dobrze rozpalone, wrzuca tam kobiety i dzieci. Posłaliśmy do niego delegację, odpowiedział nam, że w ten sposób republika chce piec swój chleb”
„Widziano republikańskich żołnierzy, którzy gwałcili kobiety buntowników na stercie przydrożnych kamieni, potem strzelali do ofiar albo mordowali je sztyletami, ledwo wysunęły się z ich ramion; widziano innych żołnierzy niosących na bagnetach albo pikach dzieci przebite przy matczynej piersi razem z matką”
„Widziałem palone żywcem kobiety i mężczyzn. Widziałem 150 żołnierzy gwałcących kobiety, czternasto- i piętnastoletnie dziewczęta, które potem mordowali i przerzucali z bagnetu na bagnet, pozostawiając je obok martwych matek na bruku”
„Dziewczęta, wcześniej zgwałcone, wieszano nagie na gałęziach drzew z rękami związanymi do tyłu. (…) Z jakiegoś wyrafinowanego barbarzyństwa, chyba bezprzykładnego, brzemienne kobiety rozciągano i miażdżono pod prasą do tłoczenia wina. Pewną nieszczęsną kobietę w ciąży rozpruto żywcem (…) Człowieka nazwiskiem Jean Laine (…) spalono żywcem w łóżku, bo będąc ciężko chory, nie mógł uciec. Kobieta nazwiskiem Sanson (…) podzieliła jego los, ale najpierw porąbano ją niemal całą. Krwawiące członki i małe dzieci niesiono triumfalnie na ostrzach bagnetów. Oprawcy schwytali dziewczynę z La Chapelle, którą najpierw zgwałcili, a potem powiesili na dębie głową w dół. Nogi przywiązali do osobnych gałęzi i tak szeroko rozpiętą rozpłatali szablami aż po głowę.”
„Dzieci wyjmowane z kołysek przebijano bagnetami i jeszcze drgające zwłoki niesiono na bagnetach”
„Pewna kobieta, naglona bólami porodowymi, schroniła się w zburzonym domu blisko wioski; żołnierze znaleźli ją, obcięli jej najpierw język, rozpruli brzuch i końcem bagnetu wyciągnęli dziecko. Na ćwierć mili słychać było jęki tej nieszczęsnej kobiety, która jeszcze oddychała, gdy pospieszono jej z pomocą.”
„pionowa deportacja w narodowej wannie”, „wielka szklanica klechy”, „patriotyczny chrzest” (przedstawiciel Republiki w Nantes Jean-Baptiste Carrier o topieniu księży i Wandejczyków w „rewolucyjnej rzece” Loarze)
„Niech więc nie mówią nam o humanizmie wobec tych okrutnych Wandejczyków, wszyscy zostaną wytępieni” (Carrier)
(cytaty z relacji i dokumentów współczesnych za: R. Secher: Ludobójstwo fracusko-francuskie. Wandea – Departament Zemsty, wyd. polskie 2015)

Rewolucja w Rouen – mądrość etapu 2016

W ostatnim tygodniu opinią publiczną wstrząsnęła wieść o zamordowaniu pod Rouen, w Normandii, osiemdziesięciokilkuletniego księdza w kościele, przy ołtarzu, podczas odprawianej Mszy, przez dwójkę muzułmanów. Sprawcy, którzy wg relacji wzywali przy tym imię Allacha i wygłosili jakiś rodzaj okolicznościowego kazania, zadbali zatem o najwyższy stopień dramaturgii. Kolejne wiadomości z Francji przyniosły coś w rodzaju pewnego tragicznego humoru: wedle tych wiadomości parafia owego księdza miała przekazać kilkanaście lat temu grunt pod miejscowy meczet, a kapłan miał brać aktywny udział w tzw. „dialogu międzyreligijnym”. W minioną niedzielę (wczoraj) zadbano o to by owa groteska przeważyła: w katedrze w Rouen ok. 2000 wiernych i miejscowy arcybiskup Lebrun powitało na niedzielnej Mszy św. grupę 100 muzułmanów jako „budowniczych pokoju”. Gest ten, polegający w istocie na urządzeniu z religijnego nabożeństwa wiecu w duchu rewolucyjnego humanizmu, jak skomentował jeden z islamskich gości: „komunii między Francuzami”, wg arcybiskupa Lebruna stanowi odpowiedź na bliżej nieokreślone „barbarzyństwo”. Podobne wydarzenia miały miejsce także w innych kościołach we Francji, w tym, co jest niezwykle symboliczne, w katedrze Saint-Denis, nekropolii francuskich królów, a także w katedrach i kościołach Italii. Na historyczny, nie bójmy się powiedzieć, mord na księdzu nie odpowiedziano nawet zatem plastyczną akcją społeczną”Je suis Charlie”, a raczej odpowiedziano „Je suis Mohammed”. Rozkład resztek dawnej cywilizacji postępuje. Tylko, jak w myśli przewodniej niniejszego bloga, kamienie wołają.

relacje prasowe m.in.

http://www.lemonde.fr/societe/article/2016/07/31/apres-l-assassinat-du-pere-hamel-forte-affluence-de-catholiques-et-musulmans-a-la-cathedrale-de-rouen_4976741_3224.html

http://www.huffingtonpost.com/entry/muslims-catholic-mass-france_us_579e3c67e4b0e2e15eb63576