Rewolucja francuska i rewolucja polska

Początek roku 1794 to okres kiedy od stycznia w Wandei piekielne kolumny przeprowadzają planową eksterminację powstańców i ludności, do maja wyrzynając, topiąc bądź w inny sposób zabijając do maja tegoż roku około 50 tysięcy ludzi. W centrum rewolucyjnej Francji, Ludwik XVI nie żyje od ponad roku, szaleje tzw. wielki terror Robespierrea i Saint-Justa oraz kontynuowana jest wielka kampania ateizacyjna oraz antykościelna – z mordami sądowymi i zwykłymi mordami. Jej ofiarą padają nie tylko wierne Kościołowi duchowieństwo i zakonnicy np. karmelitanki z Compiegne (lipiec 1794 roku), ale i “księża patrioci” (np. zgilotynowany w kwietniu 1794 abp Gobel) oraz “ojcowie” rewolucji (np., dzień po bitwie pod Racławicami – G. Danton). W październiku 1793 roku wprowadzono nowy republikański kalendarz, zrywający z 7-dniowym tygodniem z niedzielą, tradycyjnymi świętami oraz rachubą lat od narodzenia Chrystusa. W listopadzie katedrę Notre Dame przejęto na świątynię “bogini Rozumu”, wkrótce kolejne powstały w całym kraju w dotychczasowych, zbezczeszczonych kościołach. Deifikowano Marata a wzgórze Montmartre – męczenników Kościoła przezwano Mont Marat. W listopadzie też rozpoczęły się “deportacje pionowe” – masowe egzekucje księży i wiernych w barkach na Loarze, koło Nantes.  Na bardziej regularnym teatrze działań – na wiosnę roku 1794 ulega nasileniu kampania sił rewolucyjnych we Flandrii przeciw koalicji złożonej z Holandii, Świętego Cesarstwa Rzymskiego, Prus i Wielkiej Brytanii. I wówczas wybucha, przedstawiana jako ostatni zryw I Rzeczypospolitej, tak zwana Insurekcja Kościuszkowska.

Jej główny bohater, po przystąpieniu króla Stanisława Augusta, pod koniec lipca 1792 roku – kiedy wojska rosyjskie przekroczyły Bug, którego bronił i zbliżały się do Warszawy – do Konfederacji Targowickiej, złożył rezygnację z armii i w listopadzie roku 1792 wyjechał z kraju. Przybył do Saksonii, do Lipska, gdzie siedział od września Hugon Kołłątaj (który dotarł tam przez Wrocław i kurort śląski w Cieplicach pod Jelenią Górą), gromadzili się inni emigranci jak Ignacy Potocki czy Piattoli i gdzie czekał go przyznany przez francuskie zgromadzenie narodowe tytuł honorowy obywatela Francji. Jak pisze Aleksander Kraushar w pracy Barss, palestrant warszawski: jego misya polityczna we Francji 1793-1800towarzystwo owo zbierało się w domu agenta republikańskiej Francji i sekretarza Ignacego Potockiego – Pierre Parandiera. “Obywatel Kościuszko” nie zagrzał w Lipsku długo miejsca. 8 stycznia 1793 roku tak Kołłątaj pisał w jednym z listów: “Tadeusz Kościuszko już od nas odjechał. Dałem mu w towarzystwo mego synowca, spodziewam się ich widzieć na powrót w marcu. Przyczyniło mi to kosztu, ale cóż czynić?” 19 lutego 1793 roku Kołłątaj już nieco wyraźniej pisze do barona Strassera: “Pytasz się W. Pan, gdzie jest Kościuszko, musiał więc źle się wytłumaczyć Mirosławski, któremu jak kazałem powiedzieć, gdzie i z czem pojechał, posłałem z nim Eustachego, mego synowca. Jest teraz w Paryżu, będzie w Anglii i w Szwecji, powróci tu na końcu marca lud w kwietniu. Ten poczciwy człowiek bardzo jest swej ojczyźnie pożyteczny. Proszę się reszty domyśleć, bo moje wnioski nie są płoche, choć ich teraz trudno zrozumieć.” Szczegółów misji Kościuszki w gorącym okresie ścięcia Ludwika XVI jednak w listach Kołłątaja nie znajdziemy. Instrukcja dana wówczas Kościuszce wskazuje jednakże iż już wtedy miał czynić przygotowania do powstania oraz nawiązać bliskie relacje z rewolucyjnymi władzami w Paryżu. A. Kraushar cytuje list polecający wspomnianego Parandiera do ministra spraw wewnętrznych republiki “obywatela Rolanda” z 16 stycznia 1793 roku związany z misją Kościuszki, w którym agent pisał: “Obywatelu Ministrze! Cała nadzieja patriotów polskich, tutaj przebywających, polega na Twojej pieczołowitości dla losu Narodu, tak okrutnie gnębionego… Wybór, jaki uczynili w osobie Kościuszki, by stał się wobec Ciebie ich przedstawicielem, może być Ci tylko przyjemnym. Gdy Europa cała jęczała pod brzmieniem przemocy, Kościuszko, jako jeszcze młodzieniec, wzdychał za wolnością i uczył się w Ameryce tego, co czynić należy, dla jej wywalczenia.” Jak dodawał, Kościuszko wiózł ze sobą dwa memoriały do władz rewolucyjnych. Równolegle Parandier informował Paryż że w środowiskach Polaków na emigracji rozszerza się poparcie dla zaprowadzenia republiki: “Zapytałem jednego z nich: cóż w tym razie uczynią z królem? Na to mi odpowiedział, że uczucia jego w obecnej chwili są niezależne, i że już nie jest z nim związany (…) Mostowski i ksiądz Piattoli są owymi republikanami chwili ostatniej.” List zawierał również zapowiedź dalszej, szyfrowanej korespondencji. Dwa dni później Parandier tak pisał do Paryża, do ministra spraw zagranicznych Lebruna: “pismo niniejsze, Obywatelu Ministrze, niewątpliwie dojdzie rąk Twoich przed listem przesłanym Tobie za pośrednictwem obywatela generała Kościuszki. Posiada on bezgraniczne zaufanie całego narodu polskiego, zasłuży i na Twoje.” I dalej “czuję się w obowiązku zakomunikować Ci instrukcje, jakie otrzymał od patriotów lipskich. Starałem się o wierne zachowanie ich brzmienia.” W instrukcjach tych, podanych przez Parandiera, znalazły się m.in. punkty następujące: “z rozmaitych notatek, wręczonych Obywatelowi Kościuszce (…) bądź o obecnym ucisku w Polsce, lub też o sposobach wywołania powstania narodowego, Minister spraw zagranicznych będzie miał możność przekonać się, że ostatni ten punkt nie może być urzeczywistnionym inaczej, tylko drogą wypowiedzenia Rosji wojny…” Gdyby Francja oraz sugerowane Szwecja i Turcja nie były pewne czy podejmą zbrojne wystąpienie “Obywatel Kościuszko zaproponuje środek ugruntowania zarządzeń powstańczych ze strony Polaków, drogą zaniepokojenia Rosji przez deklarację konwencji narodowej o następstwach pogwałcenia przez to państwo prawa narodów, w osobie przedstawicieli Francji w Polsce. (…) Jeżeli Rzplita francuska uznaje za swój obowiązek pohamować swoje zapędy i zaprzestać wojny z tyranami, byłoby to odpowiednim dla jej godności i potęgi – zażądać od tych ostatnich uszanowania nietykalności i niezależności Polski. (…) Obywatel Kościuszko przedstawi Ministrowi życzenia podpisanych, zapewni go że są one zgodne z życzeniami narodu jego republikańskim nastrojem, zgodnym z konstytucją francuską.”

1 lutego 1793 Parandier pisał tak “dziś dopiero słyszymy tutaj o losie, postanowionym przez suwerena względem Ludwika Kapeta. Jeżeli się zdecydował na wielki akt sprawiedliwości, orzekając śmierć tyrana, widzę już z góry majestat równości, rozciągający się na wszystkie kraje Europy, i to w chwili, gdy despoci zamyślają o nowych gwałtach. Głowa ich padnie niewątpliwie pod mieczem wolności; wszelkie ich wysiłki będą bezowocnymi. Są to tylko dzieci, szamoczące się bezsilnie. Wojna na wiosnę będzie krwawa, straszna lecz krótka (…) Sądzę, iż byłoby pożądanym, gdyby powstanie (w Polsce), które jest nieuniknione, wybuchło na wiosnę, a deklaracja pruska [Fryderyka Wilhelma II z 16 stycznia 1793 dotycząca wkroczenia wojsk pruskich do Polski przed II rozbiorem, m.in. z uwagi na szerzenie się w Polsce zasad jakobińskich – przyp. wł.], może je uczynić tylko skuteczniejszym. Kościuszko jest już zapewne przy tobie. Jest to mąż, którego Polsce potrzeba. (…) Nie mogę dosyć nastawać na to, że tylko przez zdradę króla udało się wojskom rosyjskim usadowić w Polsce.” Dalej następują komplementy pod adresem pozostałych lipskich spiskowców: Potockiego – “zacność jego, skojarzona z wielkimi talentami”, Barssa – jednego “z najpierwszych mówców w Polsce” oraz Kołłątaja. Ów “był pierwszy, który przemówił do księży w imię tolerancji, a do szlachty, w imię równości”. Jak podsumowuje: “Ich życzenia, pragnienia i nadzieje zwracają się ku wspaniałomyślności wielkiego narodu. Byliby już dawno udali się do Francji, gdyby nie względy, o których szerzej opowie ci generał Kościuszko. Lecz cóż możemy uczynić dla nich? Oto – dostarczyć im broni, Obywatelu Ministrze, by mogli wspólnie z nami walczyć przeciw tyranom (…)”

Misja Kościuszki przewija się również w cytowanym przez Kraushara liście obywatela ministra Pierre’a Henriego Hélène Marie Lebruna, który pisał  do obywatela ministra do spraw wojny Jeana Nicholasa Pache’a o “zacnym Potockim i cnotliwym Kołłątaju” oraz Kościuszce, przybyłym do Paryża “w przekonaniu, że usługi jego będą bardzo życzliwie przyjęte przez naród, który umie oceniać i wynagradzać istotne zasługi”, z uwagi na “względy polityczne obchodzące patriotów polskich”, zalecając troskliwości” Pache’a “walecznego Sarmatę.” Francuzi, jak wzmiankował Parandier, powinni wykorzystać wkroczenie Prusaków do Wielkopolski, do wzmożenia nastrojów powstańczych w Polsce. Skoordynowanie takiej akcji zbrojnej z działaniami wojsk republikańskich stanowiłoby dywersję przeciw jednemu z państw występujących po stronie antyfrancuskiej koalicji. W liście z 23 lutego Parandier informował Lebruna że spiskowe koła lipskie zamierzają na wiosnę przybyć do Paryża. Ostrzegał przed “intrygantem” Piattolim, wskazując iż “byłoby potworne wprowadzać do środków naszego oddziaływania na Polskę, płaskie intrygi tego, który przyspieszył nikczemnie jej upadek”. Środkami oddziaływania na Polskę” pozostało zatem środowisko Kościuszki i Kołłątaja.

28 lutego Lebrun pisał do Parandiera “jestem bardzo zadowolony ze szczegółów listów Twoich (…) Możesz upewnić patriotów lipskich, że Republika francuska  gorliwie się krząta wokół przygotowania środków wyzwolenia owego sympatycznego narodu spod gniotącego go jarzma.” Jak dalej wskazywał “odbyliśmy wiele narad z dzielnym generałem Kościuszką i innymi Polakami, bawiącymi w Paryżu (…) W celu nadania zgromadzeniu patriotów polskich charakteru autentyczności, cechującej jego byt polityczny, byłoby konieczne, aby owo zgromadzenie ukonstytuowało się w Komitet rewolucyjny, środowisko wszystkich patriotów (…), które by stanowiło ognisko centralne rewolucji. (…) Możesz też zapewnić cnotliwych wodzów: Małachowskiego, Potockiego i Kołłątaja, że Republika przyjdzie im z pomocą, dostarczeniem tymczasowo funduszów, jakich będą potrzebowali, dla zaspokojenia różnych wydatków Komitetu (…) Nie odległy już czas, gdy eskadry Republiki, ukazując się jednocześnie na Bałtyku i na Archipelagu, w połączeniu z siłami Szwecji, Porty Ottomańskiej i dzielnych Polaków, zmienią stan rzeczy na Północy i wywołają pożądaną dywersję (…) Mogę więc tylko zachęcić Komitet rewolucyjny do przygotowania wewnątrz Polski wszelkich ruchów, mających wybuchnąć na pierwsze hasło. Wzywam go również o objaśnienie mnie o istotnych usposobieniach Polaków, o duchu publicznym, jaki ich ożywia i o środkach już przygotowanych dla wywołania, gdy czas nadejdzie owej zbawiennej rewolucji.” 16 marca, w związku z aresztowaniami agentury francuskiej w Warszawie, Parandier wyjechał do stolicy Polski.

Tymczasem Lebrun nakazał infiltrację nie związanych z Kościuszką i Kołłątajem środowisk polskich przebywających we Francji czy odznaczają się odpowiednim zapałem wobec republiki. Odpowiedź agenta La Roche z 19 kwietnia 1793 roku była uspokajająca i zawierała radę że “komuna paryska winna, w interesie współobywateli, przyciągać raczej słodką gościnnością niż odpychać surowym prześladowaniem nieszczęśliwych cudzoziemców, którzy widząc wolność wygnaną z ich ojczyzny, przybyli do Paryża, by w spokoju zażywać swych dochodów, pod cieniem drzewa, zaszczepionego na cześć bogini swobody.”

Pod owym cieniem, w rewolucyjnym Paryżu Kościuszko spędził tymczasem na rozmowach kilka miesięcy, jak pisał w późniejszym raporcie La Roche, by zyskać zasoby “niezbędne do wdrożenia w życie tego co przygotowano”. Nie uzyskał konkretnych gwarancji i powrócił do Saksonii. 25 maja Kościuszko pisał (cała korespondencja “francuska” za A. Krausharem) do La Roche’a w odpowiedzi na jego list o trwałym postanowieniu wywołania  powstania, ponownie wystosowując oczekiwanie dywersji ze strony floty francuskiej. Jak wynika z późniejszej korespondencji Parandiera z La Rochem list ów miał charakter oględny, a szczegóły Kościuszko miał podać w dodatkowej, tajnej korespondencji. Odtąd miał przygotowywać wraz z Ignacym Potockim i Hugonem Kołłątajem, w łączności z konspiratorami w kraju, insurekcyjny zryw. Koncepcja oparcia się na powstałych z umiarkowanych jakobinów żyrondystów, którzy optowali za rozszerzeniem “dobrodziejstw” rewolucji na całą Europę, doprowadzając do wypowiedzenia w kwietniu 1792 roku wojny Austrii, a z którymi głównie Kościuszko prowadził paryskie rozmowy, jednak rychło zawiodła.

Najpierw, na początku kwietnia, na stronę antyrepublikańskiej koalicji przeszedł jeden z rozmówców Kościuszki –  generał Dumouriez, którego przekonało do tego zgładzenie Ludwika XVI oraz wezwanie przed Konwent. Równocześnie aresztowano rewolucyjnego generała, byłego konfederata barskiego,  Józefa Miączyńskiego, który 22 maja po procesie został zgilotynowany. Na przełomie maja i czerwca roku 1793 żyrondyści zostali zmiecieni z republikańskiej sceny politycznej przez zamach jakobinów, wspartych przez sankiulotów, których przypuszczalnie Kościuszko się obawiał i się z nimi nie utożsamiał. Można zakładać że te doświadczenia francuskie zaważyły następnie na wizji sprzysiężenia i powstania w Polsce. Także jej niespójności – między innymi z uwagi na wolę porozumienia z jakobińską Francją czasów Robespierre’a. W każdym razie Kościuszko w fazie przygotowawczej, w Lipsku  i Dreźnie wszedł w porozumienie z polskimi jakobinami takimi jak Kołłątaj czy Zajączek, który przed samym wybuchem insurekcji koordynował przygotowania w Warszawie. Tymczasem rewolucja w rewolucji we Francji oraz zabójstwo Marata (13 lipca) i przejęcie władzy w Komitecie Ocalenia Publicznego przez Robespierre’a i Saint-Justa oddaliły perspektywę zwycięskich żagli francuskich na Bałtyku. Sytuację wykorzystały Prusy i Moskwa, przeprowadzając, obradujący od 17 czerwca sejm grodzieński, który miał przypieczętować II rozbiór Polski. Burzliwość obrad sprawiła że nastąpiło to w wypadku Rosji – 22 lipca, zaś Prus – pod koniec września 1793 roku.

Sytuacja ta wymagała podtrzymania rewolucyjnego bębenka. 18 lipca przebywający w Karlsbadzie (Karlovych Varach) Kołłątaj pisał do Kościuszki, wśród litanii pochlebstw, “król pruski pragnie Cię mieć w swym wojsku, wolni obywatele chcieli Ci powierzyć swą obronę, Ojczyzna jeszcze w Tobie ufa”, oczekując że nawiąże z nim znowu bezpośredni kontakt. We Francji Komitet Ocalenia Publicznego monitorował przebieg zdarzeń i zażądał od La Rocha raportów o nastrojach Polaków, z których pierwszy przedstawił 20 sierpnia, wskazując na “gniew i nadzieje.” We wrześniu La Roche wskazywał między innymi na konieczność zapewnienia stałej korespondencji między Komitetem Ocalenia Publicznego a lipskimi spiskowcami, w październiku na konieczność mianowania instruktorów przyszłych oddziałów polskich, w listopadzie – na faworyzowanie kwestii powstania w Polsce. 3 listopada 1793 roku protegowany Dantona, François Louis Michel Chemin Deforgues, który po upadku żyrondystów, zastąpił Lebruna jako odpowiedzialny za sprawy zagraniczne przesłał niestrudzonemu Parandierowi do Saksonii list z wyrażeniem życzenia Republiki by powstanie w Polsce wybuchło jak najprędzej, jednakże bez zapewnień stanowczej pomocy ze strony Francji. Parandier zauważył że “nie chodzi tu bynajmniej o podniecanie ducha Polaków i o podsycanie go obietnicami. Główni działacze domagają się gwarancji stanowczych i szybkich, aby wiedzieli, czego się trzymać mają. Sprawa redukuje się do tego: czy mamy stracić wszelkie korzyści, jakie nam zapewnia powstanie rzeczywiście narodowe w Polsce (…) czy też, natomiast, przyjmując wobec tego powstania rolę czynną, wzmocnić je imponująco i trwale skojarzyć z innymi czynnikami politycznymi, przygotowującymi się obecnie, utworzyć zeń wreszcie ognisko na Północy, podatne do rozkrzewiania wielkich zasad i rozprzężenia sił wrogich Francji.” Dalej, cynicznie zauważał: “każde powstanie, robione przez sankiulotów, może w swoim przebiegu wystarczać samo sobie, lecz dla podtrzymania go – potrzeba zasobów, zwłaszcza, jeżeli się chce mieć je na ogólnym, na wielkiej przestrzeni” oraz stawiał “obywatelowi Ministrowi” pytanie: czy Francja chce się obyć w wojnie przeciw koalicji bez dywersji na tyłach, “bez Polski, bez zwulkanizowania owej masy godnej do zbratania się z nami”. Nalegał by minister rychło podesłał “obywatela La Roche” z “12 milionów liwrów, żądanych przez tych, którzy kierują powstaniem”, “by wszystko, na całej przestrzeni Polski, było gotowe do połowy lutego przyszłego”, jako “terminu ostatecznego”, gdyż, w przeciwnym razie “nie warto już o tym myśleć dalej” i zostanie utracona “chwila, która już nie wróci więcej.” Sekundował mu La Roche w swoich sprawozdaniach, podkreślając że żyrondyści już podczas zimowo-wiosennej misji Kościuszki nie potrafili “wyciągnąć jak największej korzyści z zarządzeń jakie Kościuszko planował”, czemu, jednak Francja jakobińska nie powinna się dziwić, lecz ich błędy naprawić. Zapewniał że osobiście ręczy za skuteczność środka w postaci insurekcji w Polsce. 17 grudnia, występując do Deforguesa ponownie wskazywał na konieczność zaangażowania się Francji w akcję w Polsce.

W Paryżu miał tymczasem działać od końca stycznia 1794 roku specjalny delegat Kościuszki i Kościuszki, citoyen Franciszek Barss, wysłany z zamiarem uzyskania od Robespierre’a i kolegów konkretnej pomocy finansowej, dyplomatycznej i politycznej. W liście z 18 grudnia 1793 roku do Deforguesa Parandier zapowiedział jego przybycie. Tuż przed ową misją, 6 grudnia 1793 roku Kołłątaj pisał do przebywającego wówczas w Warszawie Barssa z Drezna w obszernym liście: “Francuzi, co w swojem pojęciu nazywali demokracyą, posunęli teraz aż do zniszczenia miast sławniejszych. Lyon do tego czasu rujnują i w nim obalają domy, posunęli się aż do wytępienia nie tylko religii katolickiej i chrześcijańskiej, ale nadto do wytępienia teizmu (…) Kościoły ich są poświęcone nowego gatunku bałwochwalstwa. Kościół św. Genowefy obrócony na Panteon poświęcony jest wszystkim bogom, albo ubóstwieniu tych, którym Konwencja przyzna honor pogrzebu w kościele Panteonu. Kościół katedralny de Notre-Dame w Paryżu poświęcony jest rozumowi (…) Wiele sekcyj w Paryżu i innych miastach, wiele municypalności po wsiach powyrzucali z ołtarzów obrazy katolickie, a na ich miejsce umieścili albo statuę wolności, albo Marata, albo Pelletier i tym podobne. Z cyboryów powyrzucali puszki, a powkładali na to miejsce nową konstytucyę. (…) Z jednej strony pokonany głos rozsądku i prawdy zupełnie umilkł, z drugiej zemsta i łupiestwo przytłumiło chęć opozycyi (…) Niezmierne bogactwa z kościołów, z konfiskat, tak pomnożyły skarb publiczny, że assygnaty francuzkie nie tylko wewnątrz ale i obcych równają się prawie z pieniędzmi gotowymi.” W Wigilię Bożego Narodzenia tego roku generał Franciszek Józef Westermann w następujących słowach  donosił Komitetowi Ocalenia Publicznego o sytuacji na powierzonym mu odcinku walki o rewolucję: “Nie ma już Wandei, obywatele republikanie. Umarła pod naszą wolną szablą, wraz ze swoimi kobietami i dziećmi. W myśl rozkazów, jakie mi przekazaliście, zmiażdżyłem te dzieci pod końskimi kopytami, wybiłem kobiety, które – przynajmniej te – nie będą już rodzić bandytów. Nie mam sobie do zarzucenia ani jednego wziętego więźnia. Zgładziłem wszystkich.”

Z takimi o to wymarzonymi przez spiskowców aliantami miał się układać Barss, przybyły do Drezna 10 stycznia po końcowe wskazówki przed misją paryską, w sprawie współdziałania i pomocy dla powstania. Do Drezna przybył też Parandier aby razem z Barssem wyjechać do Paryża, który właśnie prowadził kampanię przeciw koalicji i rozprawiał się ludobójczo z Wandeą.

Kandydatura Kościuszki na dyktatora – naczelnika powstania była tymczasem przygotowywana propagandowo. Podkreślano jego walory dowódcze, nawet w przegranej faktycznie przez Kościuszkę bitwie pod Dubienką w wojnie roku 1792, przy której wojskom polskim nie udało się zatrzymać Rosjan na linii Bugu. I tak przykładowo Jędrzej Kitowicz, oskarżał księcia Pepiego o ówczesne niepowodzenia, że to rzekomo nie potrafił odpowiednio Kościuszki, “co nie lubił żartować z Moskwą”, wesprzeć w jego bojach. Snuto pogłoski o jego związkach z familią Czartoryskich. W trakcie trwającego nieco ponad pół roku powstania a i po klęsce szerzono jego kult jako bohatera narodowego. Pomijano też często, bądź marginalizowano, wizytę w Paryżu w roku poprzedzającym insurekcję.

Tymczasem, obok Barssa, bezpośrednio przed wybuchem powstania, na początku roku 1794 znalazła się liczna grupa wojskowych polskich, jak pisze A. Kraushar “ludzi, którzy w powstaniu Kościuszkowskim wybitną odegrali rolę.” Znalazł się wśród nich i generał Zajączek. 6 lutego Parandier, przybyły do Paryża wraz z Barssem, przedstawił obywatelowi ministrowi Desforgues’owi raport o sytuacji w Polsce, w tym stanie przygotowania do powstania. Przedstawiono również memoriał Barssa, którego treść ponownie przekazuje Kraushar: “Ujawniają się obecnie w Polsce objawy i zarządzenia rewolucyjne bardzo wyraźne, których wybuch zdaje się być nieunikniony i bardzo bliski (…) Rewolucja, przygotowująca się w Polsce, jest zupełnie innej natury, aniżeli te, które miały miejsce w owym nieszczęsnym kraju. Nie chodzi obecnie o konfederacje szlachty (…), nie chodzi tu o przywrócenie konstytucji ugruntowanej na śmiesznych zasadach królewskości (…) lecz o (…) skruszenie pęt niewoli, o przywrócenie ludowi jego praw i niezależności i nadanie mu samorządu. Właśnie w celu urzeczywistnienia tego zamiaru, patrioci polscy, mający zaufanie ludu, postanowili stworzyć armię rewolucyjną (…) Opinia narodowa już wybrała kierownika ruchu rewolucyjnego w osobie Kościuszki. Posiada on również zaufanie armii rewolucyjnej (…) W chwili, gdy powstanie wybuchnie, ustanowionym będzie rząd tymczasowy rewolucyjny, który uorganizuje i pokieruje siłami ludowymi w duchu prawdziwej rewolucji, zachowując dla narodu, faktycznie wolnego, konstytucję ostateczną, jaką sobie nadać zechce. Przerwa ta posłuży do przygotowania opinii publicznej i skierowania jej na drogę zasad konstytucji, istotnie republikańskiej.” Spiskowcy wrzucali zatem do kosza, całkiem niedawno uchwaloną Konstytucję 3 Maja i mieli czynić rozpoznanie oraz przygotowaniem bojem do zaprowadzenia w Polsce republiki.

Memoriał zawierał też rady praktyczne na pierwszy etap rewolucji “w początkach trzeba się będzie uciec do pomocy proboszczów miast i wsi. Pomoc ta jest uwarunkowaną stanem ciemnoty, przesądami i wszelkimi dolegliwościami jakie sprowadza niewola (…) Proboszczowie ci, należący po większej części do klasy nieszlachty, są zasadnie rozżalenie przeciw biskupom, których jarzmo podwójnie odczuwają, bądź jako kapłanów Kościoła, bądź jako senatorów państwa. Wielka liczba tych proboszczów zajmuje się w chwili obecnej z powodzeniem działaniami, mającymi na celu oświecenie ducha publicznego.” Jak wskazywano dalej “gdy powstanie wybuchnie (…) by je uczynić pewnym i stanowczym, nikczemnicy, spiskowcy i zdrajcy, którzy kraj sprzedali (…) poniosą przede wszystkim zasłużoną za swe zbrodnie karę. (…) Wyszczególnione środki rewolucyjne, winny żywo obchodzić wszystkich przyjaciół wolności.” Jak dodawano, celem uniknięcia wszelkich wątpliwości – oczywiście z jakobińską Francją na czele. Jednocześnie Parandier w raporcie z 9 lutego uspakajał jakobinów że Kościuszko jest wystarczająco radykalny, gdyż pojawiły się wątpliwości związane z jego pobytem na terenie Saksonii a “bez wątpienia, rząd saski jest potwornym, ponieważ ma elektora, dwór i szlachtę”.Obywatel Kościuszko (…) będzie kierował ruchem powstańczym, przygotowującym się w Polsce. Ci, którzy się ruchem owym interesują, mogą żywić do niego ufność zupełną (…) Obywatel Desforgues, minister spraw zagranicznych, uważa go jako podejrzanego (…) Tak jest, Saksonia ma rząd z konieczności nieprzyjazny temu, co obecnie przygotowuje się w Polsce, a Obywatel Kościuszko, wódz rewolucyjny, nie miałżeby obaw, by tam pozostać! Gdyby ten wzgląd miałby być powodem do podejrzeń, Obywatel Parandier winien być w równiej mierze podejrzanym, on, który jest Francuzem, znanym ze swych przekonań, a który, mimo to, zamieszkiwał tam około półtora roku. (…) Obywatel Parandier wyznaje, że nie zna nikogo w Polsce, który by, tak jak Kościuszko mógł z taką łatwością kierować zarządzeniami rewolucyjnymi swoich współrodaków ku wolności i równości.”

19 lutego Desforguesowi przedstawiono podpisany przez Barrsa memoriał, zauważający że “wszystko, cokolwiek tu przytoczę, obchodzi w większej mierze Francję, aniżeli Polskę samą, a raczej, że posłuży Polsce dopiero wtedy, gdy się Francji pomocnym okaże.” W kwestii insurekcji wskazywał “Nie byłaby ta dywersja olbrzymiej dla Francji doniosłości? A ile to oszczędzi się krwi waszych dzielnych republikanów, jeżeli Prusacy ujrzą się wziętymi we dwa ognie, ze strony dwóch narodów, walczących o swoją wolność?” Byłaby to, jak podnosił “dywersja przeciw królowi pruskiemu i, powtarzam, zaoszczędzenie krwi francuskiej” oraz “pozbawienie króla pruskiego tej pomocy, jaką mu obecnie świadczy Rosja”, a także oddziaływanie “ruchy rewolucyjnego” na Polaków w Galicji, “wreszcie przyspieszy się tym sposobem pogrom despotów i wzmocnienie Rzplitej francuskiej.” Zapowiadał jednak że Polska nie wprowadzi niezwłocznie ustroju republikańskiego, a dopiero wtedy, gdy wywalczy wolność i odrodzenie, zauważając iż “ten, kto by chciał ustanowić rząd prawdziwie republikański w Polsce, przed wypędzeniem satelitów przemocy, przyczyniłby się do nieszczęść wojny domowej i do zwiększenia liczby niewolników obcych, poprzez dodanie do nich arystokratów, fanatyków, rojalistów, umiarkowanych i całej owej wstrętnej kliki, która, za przykładem tych, jacy nękają Francję, tamowałaby jedynie pochód patriotów ku niezawisłości narodowej (…), do ustanowienia konstytucji iście republikańskiej.” Jak dodawał na koniec “przekonany o słuszności sprawy, bronionej przez naród francuski, przekonany, że ustalenie się Republiki stanowi szczęście rodu ludzkiego, a tym samym i mojej ojczyzny, winienem (…) życzyć dobra Francji i uważam powstanie dobrze uorganizowane, dobrze prowadzone przez patriotów polskich, jako środek najskuteczniejszy, do tego wiodący celu.” Można powiedzieć, ot dyplomacja i jej konwenanse, wypada jednak zauważyć że czynione wtedy kiedy przez Wandeę maszerowały “piekielne kolumny”, prowadząc ludobójstwo na wrogach tej Republiki, u której klamki wisieli od dłuższego czasu polscy insurgenci. Republiki, którą właśnie, w ramach kolejnej rewolucji w rewolucji, miał  zawładnąć triumwirat Robespierre’a, Saint-Justa i Couthona. Tymczasem, czas naglił – 21 lutego 1794 roku Rada Nieustająca na żądanie Osipa Igelströma uchwaliła redukcję wojska Rzeczypospolitej oraz werbunek żołnierzy, których ona dotyczyła, do wojska rosyjskiego i pruskiego.

3 marca Barss przedstawił Desforguesowi szczegółowy raport o działalności spiskowej, począwszy od sierpnia roku 1793, podkreślając że, mimo działań rozbiorowych roku 1793, “dotąd nie nastręczyła się przeszkoda do wprowadzenia w czyn planowanego powstania” a “w interesie Francji leży zajęcie się tą sprawą” – zwłaszcza w formie pomocy pieniężnej, a to “dla zapewnienia niezależności patriotów sankiulotów od zasobów, jakie by mogły zależeć od kilku bogatszych obywateli”, udzielonej, jak sugerował, Barss – za pośrednictwem jakiegoś niemieckiego agenta Francji, aby nie ustalono jej źródła we Francji. Relacja Barssa obejmuje między innymi wizytę Kościuszki na Podgórzu pod Krakowem 11 września 1793 roku, gdzie omówiono plan powstania, lecz nie zdecydowano się go wdrożyć w życie i Kościuszko wyjechał do Włoch. 9 marca, według kalendarza gregoriańskiego, którego Barss oczywiście nie użył, wystosował on bezpośrednią odezwę do Komitetu Ocalenia Publicznego, z żądaniem zajęcia się sprawą insurekcji w Polsce, zapewniając że zwróci się do spiskowców w kraju “Powstańcie! Naród francuski dopomoże Wam do zrzucenia jarzma despotów!”

Jakobini francuscy, dostrzegając korzyści z rewolucji w Polsce, nie chcieli się jednak angażować otwarcie w jej wywołanie i pomoc. “Anakreont gilotyny”, członek Komitetu Ocalenia Publicznego obywatel Bertrand Barère, który jako przewodniczący Konwencji doprowadził do śmierci Ludwika XVI, został ostrzeżony przed Parandierem i “Barschem”, a także Potockim jako ludziom “oddanym PrusomJak dodał informator Barera, obywatel Mehee de la Touche, Barss “głosi, że kocha wolność, lecz nie mówi, że kocha pieniądze”, co jest pewniejsze, zaś Parandier chwalił “szatańską Konstytucję 3 Maja”. La Roche’a zidentyfikowano jako prusko-angielskiego agenta wpływu, który nienawidzi Rosjan. Barrs, Parandier i La Roche przeniknęli, zdaniem informatora Barera do kordelierów i jakobinów, uzyskując o nich bieżącą wiedzę o sytuacji w Paryżu, zapewne w celach agenturalnych. Jak dodawał “łatwo przekonać się o potrzebie rozciągnięcia nad tym kółkiem bacznej czujności.” Opisywał następnie swoje z Barssem i La Rochem rozmowy oraz brak szczerego radykalizmu rewolucyjnego po stronie interlokutorów, którzy nie mieli zamiaru “zabezpieczenia wolności ludu”, ich słowa odnośnie pożytków dla Francji płynących z zaangażowania w insurekcję, określając jako “pokusy.” Jak podsumował: “sądzę, obywatelu, iż nie masz obecnie wątpliwości co do tego, że ci ludzie są agentami Potockiego, a tym samym – Prus i Anglii.”

Wybuch rewolucji czy też, jak kto woli, insurekcji w Polsce, utrudniał zaborcom działania wojskowe, natomiast ułatwiał propagandowe – już na początku roku 1793 dyplomacja pruska i rosyjska uzasadniały potrzebę drugiego rozbioru Polski “niebezpieczną trucizną jakobińską”, szerzącą się w Warszawie. Na ile obawa przed kolejnym rewolucyjnym frontem była obłudą zaborców, zwłaszcza Prus, które najpierw Polaków do zerwania kurateli carycy Katarzyny podpuściły, a potem Polską się z Moskwą podzieliły i chciały II rozbiór przypieczętować oraz doprowadzić do trzeciego, zaś na ile realną obawą – do końca nie wiadomo. Sytuacja była natomiast przewidywalna. Jeszcze przed porozumieniem prusko-rosyjskim, przypieczętowanym II rozbiorem, 14 listopada 1792 roku rezydent angielski w Warszawie William Gardiner pisał do brytyjskiego sekretarza stanu iż wielu Polaków jest skłonna zaprowadzić system francuski bądź przynajmniej zawrzeć z Francją porozumienie, “mówią nawet iż w tej mierze rozpoczęto już korespondencję z niektórymi członkami Konwencji. Jeżeli to jest prawdą (…) jedno tylko zostanie do wyboru trzem sąsiednim potencjom, to jest zupełny podział tego kraju, niepodobna bowiem przypuścić, aby widząc wśród siebie zagnieżdżający się systemat tak groźny zasadom swoich rządów, nie przedsięwzięły kroków najskuteczniejszych wykorzenienia go stąd na zawsze.” (cyt. za Przegląd Polski 1876, t. 3, zeszyt 7).

Po II rozbiorze jego architekt Jakub Sievers, w listopadzie roku 1793 wymógł na Sejmie, po burzliwej dyskusji przyjęcie praw antyjakobińskich, które rozszerzył uniwersał Stanisława Augusta o stawianiu osób utrzymujących kontakty z Francją lub szerzących jakobinizm przed sądami sejmowymi. Konfiskowano wydawnictwa francuskie, rozpoczęto aresztowania i internowania – 7 grudnia w areszcie domowym zatrzymano Tadeusza Mostowskiego, który w roku 1793 roku, w związku z klęską żyrondystów wrócił z Francji, a którego wypuszczono dopiero po tym jak podpisał oświadczenie potępiające jakobinizm i zawierające zapewnienie zachowania spokoju. Aresztowano także przebywających w Warszawie Francuzów, których następnie deportowano. Pozostało ich jednak tyle że wzięli udział w nadchodzącej insurekcji i to tak widocznie, że, jak wskazuje W. Tokarz, “np. Deputacja indagacyjna (…)robi wrażenie jak gdyby wytworu czysto francuskiego.” Owe akcje antyjakobińskie przyspieszyły zresztą wybuch powstania, o którym na tyle jawnie rozmawiano, że spotkało się to nawet z krytyką spiskowców drezdeńskich. Spiskowcy warszawscy mieli też pretensje do Kościuszki i Kołłątaja że do powstania nie przystąpiono już we wrześniu 1793 roku, to jest przed wspomnianą akcją antyjakobińską, z czego zresztą, w marcu 1794 roku musiał tłumaczyć się Barss w Paryżu brakiem pieniędzy i obawą przed aresztowaniem Kościuszki. Wspomniane wyżej elementy “francuskie” mogły być wykorzystane przez Prusy, zwłaszcza gdyby pojawiły się dowody otwartego porozumienia między Francją a insurgentami w postaci pomocy czy to zbrojnej, czy materialnej, do użycia wobec carycy Katarzyny by kwestię polską ostatecznie domknąć.

Jak wiemy powstanie wybuchło przedwcześnie akcją Madalińskiego, stacjonującego z brygadą przy granicy pruskiej. 24 marca kiedy Kościuszko ogłaszał się naczelnikiem w Krakowie i proklamował początek powstania, w Paryżu Robespierre’a rozprawiał się gilotyną z członkami stronnictwa Heberta. Na wieść o wydarzeniach w Polsce l’Incorruptible zastrzegł wyraźnie: “powstanie polskie nie było ani przygotowane, ani zapowiedziane przez naszych agentów, lub posłów. Zawisło ono w zupełności od przypadku okoliczności.” Francja znalazła się w doskonałej pozycji – mogła je użyć oczywiście do swoich celów, bez otwartego mieszania się w jego przebieg, zwłaszcza że Polacy na Francuzów zbytnio się nie pogniewali.  Memoriał przygotowany dla Komitetu Ocalenia Publicznego w związku z początkiem powstania, rozważa między innymi czy insurekcja nie jest prowokacją, nawet nie pruską, tylko rosyjską by Moskwa samodzielnie zabrała ziemie polskie pozostałe po II rozbiorze. Wskazano w nim m.in. iż korzystne jest otwarcie insurekcji w Krakowie, wówczas przy granicy austriackiej po I rozbiorze, co powinno zaabsorbować Austrię jako aktywnego członka antyrepublikańskiej koalicji. Propozycje dotyczące możliwości wykorzystania powstania rozpoczynają się od zdania: “byłoby przedwczesnym uczynić najlżejszy krok jawny.” Proponowano zatem wysłanie agentury by śledziła rozwój wypadków oraz dbała o linię ideologiczną insurekcji, natomiast Robespierre zaoponował przeciw wysłaniu funduszy. Sugerował by zachować kontakty z Barssem ale z nim się “nie układać” i “nic nie obiecywać.” Sprzeciwił się również propozycji odpuszczenia walki ideologicznej i skupieniu na haśle niezawisłości Polski, dopisując: “słusznym jest dawać rady powstańcom polskim. Doświadczenie nasze uczyniło nas ich mistrzami w sprawie powstania.” W zakresie działań zbrojnych – ustalono by, grając sytuacją w Polsce, skłonić Turków do wojny z Rosją i Austrią. Na próżno Barss zaostrzył ton wystąpień (20 kwietnia), wskazując na niesłuszne uprzedzenia wywołane przez próżniaczych arystokratów i kładąc nacisk że wybuch powstania dowodzi czynami wspólności sprawy polskiej i rewolucyjnej francuskiej. Cóż jeszcze Kościuszko mógłby uczynić by przekonać francuskich jakobinów?

Korespondencja spiskowców, nie tylko Kołłątaja, z okresu poprzedzającego powstanie tchnie zapewnieniami o przewagach francuskich i pewności rewolucji w innych częściach Europy. W zwycięstwach francuskich upatrywano i w kraju szanse na powodzenie – także w środowiskach “umiarkowanych”, na przykład związanych z Działyńskim. Zwycięstwa te i tym razem miały nadejść, dzięki Polsce, choć bez korzyści dla Polski. J. Madelin w swoich dziejach rewolucji francuskiej z dumą napisał “w marcu roku 1794 Polska pod wodzą Kościuszki wszczęła powstanie, zaś w międzyczasie Carnot rzucił swe armie wschodnie do Niderlandów. (…) 18 maja Austriacy zostali pobici pod Tourcoing. Król Prus, skierował na Warszawę posiłki, które powinny pójść pod Brukselę a cesarz obawiał się że znów zostanie oszukany w sprawie polskiej, więc skreślił suchą notę do swego kanclerza: “powinniśmy nie uczestniczyć w rozbiorze!”  Jourdan skorzystał z tych nieporozumień. (…) 26 czerwca armia została zaatakowana pod Fleurus i całkowicie rozbiła swych przeciwników. Było to wspaniałe zwycięstwo i, po Wattignies, największy triumf militarny Rewolucji. Jego skutki wkrótce stały się widoczne: 6 lipca sprzymierzeni wycofali się z Brukseli i 11 tego miesiąca Jourdan wkroczył do miasta. 23 lipca Pichegru, spychając przed sobą Anglików, zajął Antwerpię. Od tej chwili Belgia była nasza. Tymczasem Armia Alp zagroziła Turynowi. Koalicja, podkopana przez sprawę polską, zaczęła słabnąć.” Rewolucja została ocalona. Miały się spełnić również wkrótce nadzieje Hugona Kołłątaja, które tak opisywał w liście do Franciszka Barssa z 16 listopada 1792 roku “zdaje się być rzeczą widoczniej pewną, że Francuzi zaszczepią ogień rewolucyjny w Niderlandzie, w Niemczech i w Włoszech.” Polska jednak do tej chwili nie dotrwała.

Ze strony polskiej tak opisywał wybuch insurekcji i relacje z Francuzami ks. Jędrzej Kitowicz:

“Sławny Tadeusz Kościuszko, ukrywając się tu i ówdzie po kraju, wzdychając do okazji powstania narodu, namawiał, kogo mógł, z obywatelów, z wojskowych, generałów i innej starszyzny, aby jeszcze raz spróbowali szczęścia wojennego. Drugi Niemcewicz, poseł przeszłego sejmu warszawskiego, biegał do Paryża, przekładał Francuzom, iż ich interesem jest poratowanie Polski, dwiema potencjami obarczonej. Francuzi, mający sami wojnę wielką z cesarzem, królem pruskim, królem hiszpańskim, sardyńskim, Rzeszą niemiecką, holenderską, a na ostatku z królem angielskim, nie mogli Polakom dodać posiłków w wojsku; ale obiecali dopomóc pieniędzmi, obiecali także podburzyć Turka i Szweda przeciw Moskwie, skoroby się tylko Polacy wzięli, lecz nic z tego nie wyświadczyli. Tymi nadziejami ułudzeni żołnierze polscy dali się namówić Kościuszce, że umówili między sobą rokosz generalny, który miał dopiero zewsząd wybuchnąć razem 19 marca; ale gorący Madaliński nie mógł do tego dnia wytrzymać, będąc ściśniony między Narwią, Bugiem i Wisłą dwiema wojskami, to jest pruskim i moskiewskim, od którego spodziewał się co dzień być przymuszonym do rozbrojenia i rozsypania swojej komendy. Uderzył tedy na Prusaków, którzy mu się wydawali słabszymi, i przerżnął się przez ich rozmaite stanowiska, jako się wyżej opisało. Za czym i Kościuszko z swoim powstaniem musiał się pospieszyć.”

Po ogłoszeniu insurekcji na krakowskim rynku, w której, rzecz szczególna, nie wspomniano nawet o Konstytucji 3 Maja, przyszła pora na Warszawę. Spiskowcy zawiązani w maju 1793 roku, w związek rewolucyjny składali się z osób mających być przywódcami różnych środowisk – wojsko reprezentowali m.in. major Michał Chomętowski, były adiutant księcia Pepi, który po przystąpieniu Stanisława Augusta do konfederacji targowickiej złożył dymisję z wojska udał się do Paryża, major Wojciech Greffen, sztabskapitan Grzegorz Ropp czy kapitan Erazm Mycielski, sfery finansowe – mieszkający od roku 1780 w Warszawie cudzoziemiec Andrzej Kapostas, podczas Sejmu Czteroletniego pomysłodawca utworzenia częściowo prywatnego “banku narodowego”, Francuzów – Franciszek Eliasz d’Aloy, zaś tak zwany lud – radny Warszawy, szewc z profesji – Jan Kiliński. Pod koniec marca 1794 roku pojawiły się wieści że Igelstroem zamierza uwięzić Kapostasa, który jednak zbiegł, a także innych spiskowców. Na początku kwietnia zatrzymano usiłującego się przedostać do Galicji Działyńskiego.

Jak pisał adiutant Kościuszki, Julian Ursyn Niemcewicz w swoich pamiętnikach, “ułożono iż rewolucja siedemnastego kwietnia o północy zacząć się miała.” W dzień ten przypadał Wielki Czwartek owego roku. Rozpowszechniano pogłoski że oddziały moskiewskie przygotowywały atak na arsenał – według Niemcewicza  – w samą Niedzielę Wielkanocną, podczas rezurekcji, według Kilińskiego – w Wielką Sobotę, według Wojdy podczas Mszy w Wielki Piątek – i zamierzały pod przebraniem polskich żołnierzy zaskoczyć i zamknąć ludzi w kościołach. Według Kilińskiego i spiskowców pomysł ten podał Igelstroemowi sam biskup Kossakowski.  Igelstroem odpowiadał oskarżeniami o próbę “wszczęcia jakowej rewolucji na zasadach tej, która niszczy Francję, a u całej Europie jest w ohydzie.” Alarmowały też środowiska związane z królem Stanisławem Augustem, wskazując iż naród francuski “odważył się nawet powstać jawnie i zuchwale przeciw wierze chrześcijańskiej, na której obronę prawowierny nasz naród wszystko zawsze poświęcał. Już to zacni Obywatele nie tylko o Was samych, ale o wasze dzieci idzie: już to wszelkiemi siłami i sposobami powinniście niszczyć ten jad, który w postaci obłudnej i zwodniczej, dogadzając wyuzdanym chuciom i samym tylko namiętnościom człowieka, gdy zarazi potomstwo wasze – w ostatnią je przepaść pogrążyć może” oraz przestrzegając iż “Będziecie wzywani… do ulepszenia niby losu waszego i do odzyskania całości granic waszych… Francya, która ginie nierządem, stara się omamić nas, że powstaniemy z nierządu… Intryga obca”  (Gazeta Krajowa, cyt. za W. Tokarz: Warszawa przed wybuchem powstania 17 kwietnia 1794 roku, Kraków 1911). Z drugiej strony, jak pisze W. Tokarz, odbiór społeczny wydarzeń we Francji okresu Wielkiego Terroru nie był specjalnie negatywny: “terror tłumaczono sobie dość łatwo porównaniem z stosunków polskich, podstawiono mianowicie zamiast wyrazów ‘rojaliści i moderaci’ wyraz ‘Targowiczanie’ i nie czyniono już z niego specjalnych zarzutów Francuzom.”

Walki z garnizonem Osipa Andriejewicza Igelstroema, które rozpoczęły się 17 kwietnia, trwały dwa dni. Postacią, która z nich trafiła do mitu narodowego jest głównie wspomniany już Kiliński, którego pamiętniki wypełnione są przechwałkami w stylu “więc ja ośmieliłem się i zaraz mówiłem do prezydenta i kolegów moich, abyśmy starali się obmyślić dla Kościuszki jakieśkolwiek posiłki, alić ja za to od prezydenta i swoich kolegów wielką odebrałem burę”, “przyszedł do mnie ksiądz Mejer, który mnie prosił, abym ja z nim poszedł między jego przyjaciół (…) zaraz mnie prosili, abym ja się przyłączył do ich zamysłów.” Tak opisuje on rozmowę u Igelstroema przed wybuchem insurekcji w Warszawie po spotkaniu z “przyjaciółmi księdza Mejera”: “swoje miałem na myśli, że gdy mnie każde brać do aresztu, tak zaraz o nim wprzód, a potem o sobie rozmyślałem, albo też natychmiast rewolucyą zrobić, gdyby mi się tak było udało, abym się żywy od niego wymknął”. Przed oskarżeniem o bunt miał bronić się następująco: “dnia wczorajszego w wieczór poszedłem w to miejsce, gdzie się znajdowali tacy, którzy o buncie gadali i gdym ja do nich wszedł, to i mnie do niego namawiali, więc ja jakżem im miał odpowiedzieć, jak tylko udać przed niemi, że chcę z niemi do buntu należeć, bobym się od nich niczego nie dowiedział. Mówiłem więc do nich te słowa, któremi tu przed panem oskarżonym jestem (…), bo gdybym im odpowiedział, że ja nie chcę do nich wraz z niemi należeć, toby mnie byli zaraz od siebie wypchnęli, a możeby gdzie w kącie zabili (…) Wszystkie te słowa do nich mówiłem, chcąc od nich wyczerpać, co oni zamyślają. Więc gdyby ten szpieg o nich panu nie był doniósł, to ja już u siebie zacząłem ich pisać, aby potem prezydentowi ich imiona i przezwiska spisane podać, aby on ich panu podał do aresztowania, ale że tych oficerów wszystkich nie znałem, więc ich prosiłem do siebie, a potem byłbym posłał po miejską wartę i byłbym ich wszystkich na ratusz jako buntowników zapakował i zaraz prezydentowi o nich doniósł. (…) Gdy to usłyszał ode mnie (…) oświadczył mi, że przyjmuje moją exkuzę i zaraz mnie przepraszał za to, że mnie tak mocno zdyfamował, więc kazał przynieść likieru i traktował mnie za to i odtąd już nie burczał, ale już mi mówił: WPan (…) Powtórnie pytał mnie, abym mu powiedział, jak wiele narodu na moje żądanie może stanąć? ja jemu odpowiedziałem: że jeżeli mi pozwoli, to w jednej godzinie postawię 30.000 samych tylko rzemieślników tych, którzy mnie z pomiędzy siebie na radnego wybrali, więc temi słowami nie małom mu śmiechu oraz z bojaźnią narobił, bo mi czem prędzej kazał pójść do siebie (…) powiadam, żem tak mocno był kontent, jakbym się na świat narodził, żem się przecież tak jemu gładko wykręcił tą moją exkuzą (…) mnie Bóg na to jeszcze zostawił, abym jemu dał poznać moich przyjaciół, których chciał widzieć a przy tem abym mu się dał dobrze we znaki, aby pamiętał, co to jeden szewc polski może zrobić (…)” Następuje potem podobna w tonie relacja jak to on sam ocalił powstanie, gdyż od znajomego oficera moskiewskiego, znajomego od wódki, dowiedział się o zamiarach otoczenia kościołów podczas nabożeństwa wojskiem oraz armatami i przeprowadzenia przez Rosjan rzezi na ludności polskiej oraz że “ten sposób podał Igelstromowi biskup Kossakowski względem kościołów”. Dalej, z podobną “skromnością” opisuje Kiliński swą rolę w walkach: “tak tedy, ja biedny, nie miałem nikogo, coby stanął od pospólstwa na czele, więc przyszło mi do tego, że mnie oficerowie przymusili, żem się musiał rezolwować i być powodem całej rewolucyi.”

19 kwietnia, w Wielką Sobotę, władzę w Warszawie, w której nadal, na zamku przebywał król, objęła Rada Zastępcza Tymczasowa. W jej skład weszli m.in. Kiliński (jako radca  w Wydziale Skarbowym), który, jak wskazywał K. Wojda w Pamiętnikach o rewolucji polskiej, “zaledwo czytać a jeszcze mniej pisać umiał” oraz uczestnicy Targowicy – brat generała Józefa Zajączka Ignacy, sekretarz Targowicy – Antoni Bazyli Dzieduszycki, członek sądu asesorskiego powołany przez konfederację targowicką – Piotr Potocki, osoba z tzw. listy Jakowa Bułhakowa i członek Targowicy – Szymon Kazimierz Szydłowski, szambelan Stanisława Augusta –  generał Stanisław Mokronowski, który pozostał w służbie po przystąpieniu króla do Targowicy, francuski mason mieszkający w Polsce – Franciszek Eliasz d’Aloy, “francuski” łącznik, który od października 1792 do listopada 1793 roku przebywał w rewolucyjnym Paryżu – Tadeusz Mostowski, uczestnik saksońskich przygotowań do insurekcji, wspólnie z Ignacym Potockim, Hugonem Kołłątajem i Tadeuszem Kościuszką – Józef Wybicki. Przystąpiono do uwięzienia przeznaczonych do “odstrzału” targowiczan, którzy okryli się niesławą zwłaszcza podczas rozbiorowego sejmu grodzieńskiego 1793  – wśród nich biskupa inflanckiego Józefa Kossakowskiego, Józefa Ankwicza, Piotra Ożarowskiego i Józefa Zabiełłę.

Po wybuchu powstania, warszawski klub jakobinów, zwanych u nas “hugonistami” – od Kołłątaja ujawnił się pod szyldem inicjatywy “Obywatele Ofiarujący Pomoc i Posługę Magistraturom Narodowym w celu dobra Ojczyzny”. Jeszcze podczas demonstracji 21 kwietnia nie posiadali oni przewagi, gdyż z tego dnia pochodzą “projekta i prośby” mieszkańców Warszawy do Rady Zastępczej Tymczasowej m.in. o zarządzenie przez prymasa Poniatowskiego 40-godzinnego nabożeństwa dziękczynnego, co tenże na koniec kwietnia uczynił. Prymas Poniatowski i biskup chełmski Skarszewski wydali też listy pasterskie patriotyczne do swych diecezji. W patriotycznych zbiórkach wziął udział nawet biskup Massalski.

Tymczasem wpływy jakobińskie rosły, także za sprawą “księży patriotów”, “apostołów kołłątajowskiej Kuźnicy” oraz zarazem agitatorów ludowych  takich jak Florian Jelski, który współzałożył klub i uczestniczył w walkach kwietniowych, a potem, pod presją lewicy został dopuszczony do kazań w kościele O. Kapucynów na Miodowej, gdzie atakował m.in. rodzinę królewską czy Józef Mejer, tak iż 6 maja prymas Poniatowski zapowiedział cenzurę ich kazań. W swoim tekście Warszawa za rządów Rady Zastępczej Tymczasowej W. Tokarz, tak pisze o ówczesnej działalności jakobinów: “o klubach tych albo ‘schadzkach’, jak je wtedy czasami nazywano, wiemy bardzo niewiele i to przeważnie ze świadectw ich przeciwników (…) ze świadectw pamiętnikarskich wiemy, że należeli do nich (…) dawni spiskowcy odłamu radykalnego (…) Takim był Tomasz Maruszewski, podobno właściwy organizator zwycięstwa warszawskiego, który 5 maja przybył znowu do stolicy z rozkazami Naczelnika i stał się głównym sprawcą wieszań 9 maja, takimi jak inteligentny i rzutki Jan Dembowski, ks. Meier, ks. Jelski i Konopka, posiadający znaczny wpływ na ludność stolicy, takimi wreszcie [jak] dość liczni oficerowie radykalni w rodzaju dzielnego Chomentowskiego. W deputacyach powstańczych przewijają się już i nazwiska młodszych członków klubu: Karola Eisbacha, Bartłomieja Szuleckiego, Alojzego Orchowskiego, Kalasantego Szaniawskiego i in., którzy potem wytworzyli stronnictwo t. zw. jakobinów polskich. (…) Z dużym prawdopodobieństwem przypuszczać można, że terroryzm nie był dla nich wszystkiem, że były one przede wszystkiem rzecznikami zaciętej, rewolucyjnej walki, jaką zapowiedział Akt Krakowski, następnie naśladowania przykładu Francyi (…) Tematu do dyskusyi klubowych dostarczało jednak głównie postępowanie Rady z królem i sprawa teroru rewolucyjnego. (…) Dzięki ich agitacyi, Rada została zmuszona do przeprowadzenia formalnej rewizji w zamku i ciągłego dozorowania króla.” W ramach propagandy rewolucyjnej przeciw królowi i prymasowi oraz dotychczasowemu ustrojowi, wznoszono chwytliwe hasła ostatecznej rozprawy z targowiczanami. Jakobini skarżyli się przebywającemu przy Kościuszce Kołłątajowi że Sąd Kryminalny Księstwa Mazowieckiego doprowadzi do tego “że wszyscy kryminaliści będą uznani niewinnymi.” Jak zauważa W. Tokarz w Kołłątaju i Kościuszce znaleźli przychylne ucho – stąd nakaz aresztowania m.in. biskupa Skarszewskiego i Massalskiego, dozór nad królem i osobami wyjeżdżającymi ze stolicy. Rada Zastępcza Tymczasowa musiała ustąpić także w kwestii zwrotu przez rewolucjonistów broni do arsenału. Jednocześnie wydawała rozpaczliwe proklamacje w kwestii “zachowania spokojności” “wspaniałej rewolucji”. Dalszego paliwa dostarczyły wydarzenia w Wilnie, gdzie za sprawą jakobina pułkownika Jakuba Jasińskiego, który jeszcze w sierpniu 1792 roku przysięgał wierność Targowicy i jego towarzyszy, po wszczęciu powstania, 25 kwietnia powieszono hetmana wielkiego litewskiego Szymona Kossakowskiego.

1 maja doszło do zorganizowanej przez jakobinów demonstracji z żądaniami wspomnianych już aresztowań, między innymi Massalskiego i Skarszewskiego, czemu towarzyszył nakaz Kościuszki. Jakobini nabrali wiatru w żagle, a 4 maja Zakrzewski pisał do Kościuszki, że chciałby “się pozbyć tych oratorów, którzy brzmiącymi deklamacjami lud mamią.” Dzień wcześniej, pismem z 3 maja, z obozu pod Winiarami Kościuszko wezwał utworzone komisje do przejmowania dóbr kościelnych i zakonnych “na teraźniejszą Rzplitej potrzebę (…) wyjąwszy to, co za uznaniem komisji na nieuchronną potrzebę św. religii obrządków zostać ma.” Dawało to jakobinom nadzieje na zaostrzenie konfliktu z duchowieństwem i podburzania nastrojów. 5 maja w liście Stanisław August prosił Kościuszkę o zamknięcie klubu w obawie przed “najfatalniejszymi skutkami.”

Wydarzenia w Warszawie z aprobatą odnotowywała prasa francuska. 13 maja 1794 roku Le Batave – le Sansculotte chwalił zryw warszawski, jednocześnie wzywając naród polski do zadania wrogom “śmiertelnego ciosu.” Był to okres kiedy Kościuszko ponowił naciski na Robespierre’a i kolegów w celu uzyskania pomocy. 26 kwietnia w Paryżu pojawił się, wysłany 15 kwietnia przez Kościuszkę, specjalny posłaniec z bieżącymi informacjami i szerokimi upoważnieniami dla Barssa, co ten zaraz zakomunikował “reprezentantom ludu francuskiego”, podpisując się “pełnomocnik rządu rewolucyjnego tymczasowego Polski.” 30 kwietnia Barss podkreślał że za powstaniem stoi “wola ludu” i “nie jest to wojna kasty o zachowanie swych przywilejów” a “energią ludu polskiego plan rewolucyjny się zorganizował i wszedł w wykonanie.” Dalej, po ponownym wymienieniu korzyści dla Francji z powstania, następowała prośba o interwencję dyplomatyczną w Konstantynopolu, w Danii i Szwecji oraz pożyczkę pieniężną, której istniała pilna potrzeba, pod zastaw “dóbr narodowych”. 12 maja, wobec czujności prasy jakobińskiej, Barss musiał tłumaczyć się z pogłosek o zwróceniu się przez Kościuszkę o pomoc także do europejskich królestw, przedstawiając dokumenty z “postępu rewolucji” w Polsce.

8 maja doszło do starcia dwóch przywódców powstańczych w Warszawie – Michał Chomentowski rzucił się z bronią na Kilińskiego, zarzucając mu zbytnią zachowawczość i został aresztowany. Nazajutrz, 9 maja, obawiając się nastrojów ulicy sam Kiliński przyłączył się do ludu idącego wieszać zdrajców, w tym biskupa Kossowskiego. Dzień 8 maja stanowił do tego przygotowanie. Jak pisze K. Wojda w swoich Pamiętnikach o rewolucji polskiej: “Dzień 8 Maja jako dzień imienin króla i święto świętego Stanisława opiekuna Polski był zwykle uroczyście obchodzonym. Tego roku ledwie pamiętano, że to był dzień świąteczny, nikt prawie nie winszował królowi, nikogo nie mianowano kawalerem orderu św. Stanisława (…) W przeciwnych stronach miasta rozszerzono wiadomość, że Rosjanie i Prusacy zbliżają się do miasta. (…) Poruszenie w mieście było tak gwałtowne, że go trudno opisać, wszyscy z szańców i Pragi powrócili do miasta, niewiasty spieszyły do domu, a niespokojność nagle wzrastała. Gdy tak wszyscy się uzbrajali, dowiedziano się nagle w starym mieście, że król na Pragę pojechał. Zaraz wpadano na myśl, że król był sprawcą tego poruszenia aby swoją ucieczkę ukryć. (…) Mniemano że pewno uciekł. Kto więc mógł konia dosiadł aby za królem gonić. (…) Około zbrojowni było jeszcze pełno ludzi, wytoczono i ponabijano armaty, kanonierzy pozapalali lonty. Pospólstwo uzbrojone nabijało broń.”

W nocy z 8 maja na 9 maja, przed północą na ulicach – pod ratuszem, na Krakowskim Przedmieściu i przed kościołem Bernardynów pojawiły się szubienice, których pilnowały zbrojne gromady ludu. Umieszczono na nich napisy: “kara dla zdrajców ojczyzny”, co zapowiadało przebieg wydarzeń nazajutrz. Jak pisze W. Tokarz “do ludu wysłano Kilińskiego, który (…) faktycznie przyłączył się do ruchu i poparł swą popularnością żądania klubistów”. Ów znaczący epizod w wydanych potem pamiętnikach szewca o wysokiej samoocenie następnie pominięto. Nastroje tłumu tego ranka podgrzewał, przemawiając do kilkutysięcznego zgromadzenia sekretarz Kołłątaja z czasów jego podkanclerstwa, 25-letni Kazimierz Konopka, prawnik z wykształcenia, wzywając do powieszenia zdrajców. Przedstawiciele ludu przekazali swe oczekiwania w formie deputacji prezydentowi miasta Zakrzewskiemu. Jedynie nieliczni członkowie Rady, w tym Wulfers, oponowali. Pod naciskiem tłumu, który wdzierał się do ratusza, Rada Zastępcza Tymczasowa postanowiła spełnić jego żądania, lecz nadać nieuniknionemu, jak się wydawało, pozory legalności, to jest, według słów Zakrzewskiego: “żeby supplicium nie było ante judicium”. Rada przekazała zatem wymienioną wyżej czwórkę aresztowanych do dyspozycji zebranego doraźnie w ratuszu Sądu Kryminalnego, którego kompetencje doraźnie rozszerzono. Ten w ciągu 3-4 godzin przeprowadził przewód i wydał wyroki śmierci na Kossakowskiego, Zabiełłę, Ożarowskiego i Ankwicza, oczywiście bez możliwości apelacji. Skazani zostali jednak nie za sam udział w Targowicy, bo przecież sam Kołłątaj w lipcu 1792 roku poparł akces króla do tej konfederacji. Jak zanotował Niemcewicz: “lud w obawie, by zdrajcy nie uszli, naglił na Sąd Kryminalny, by ich co prędzej sądził.” Podczas owego politycznego procesu lud doglądał przez okna czy sprawnie się on odbywa oraz doglądał szubienice.

Trzem świeckim umożliwiono spowiedź i powieszono, Kossakowskiego powieziono najpierw do kościoła Bernardynów, jak pisze Niemcewicz, “by wprzód zdjąć z niego namaszczenie kapłańskie”. Zwrócono się z tym do nuncjusza, który oczywiście odmówił. W drodze na szubienicę ciżba szarpała go, szydziła, uderzała, pluła, zrywała odzienie – tak iż, jak pisze Wojda, biskup “prawie tylko w koszuli powieszony został.” Tłum przy wieszaniu kolejnych osób wznosił okrzyki: niech żyje rewolucja! Jak zapisał ks. Jędrzej Kitowicz: “Ciała powieszonych były na szubienicach do godziny 8 wieczornej, po której odcięte zostały i pod szubienicą w polu za Nalewkami wystawioną pochowane.” Jak zauważył Wojda wskutek takich “poruszeń” ludu “rewolucja mogła doznać zniszczenia przez najwięcej ją wspierających.” Zauważał jednak problem gdyż “pospólstwo było uzbrojone i nie tak łatwo byłoby broń oddało.” Mimo to Rada poszła z prądem i pisała do Kościuszki że podczas procesu “z dobrowolnego ustnego zeznania tych łotrów bardzo ważne nam się odkryły rzeczy, przez których dalsze wyśledzenie więcej się jeszcze robót zdradzieckich przeciw Ojczyźnie odkryje. Żeby jednakowoż miejsca łotrów nie wakowały, na miejsce ubyłych Ostroróg, Tęgoborski, Staniszewski i Cerner osadzeni zostali.” Triumfowały środowiska jakobińskie. Jak pisała Gazeta Wolna Warszawska “już tedy życzenia wszystkich dobrze Ojczyźnie życzących obywateli są uskutecznione, już kilku zdrajców, którzy ją zaprzedawali łącząc bezczelność z szyderstwem, odebrało karę… Odrodni synowie Ojczyzny niech się dowiedzą, że teraz w Polsce zbrodnie dumnych magnatów nie ujdą bezkarnie…” (cyt. za W. Tokarzem)

Wypadki w Warszawie z 8 i 9 maja niecałe dwa tygodnie później odnotowano w Paryżu, gdzie 22 maja sporządzono dla Komitetu Ocalenia Publicznego raport dotyczący sytuacji w Polsce, zawierający m.in. plany wysłania do obozu Kościuszki, Warszawy, Krakowa i Kamieńca specjalnych agentów. Zastanawiano się w nim szczególnie nad planami ustrojowymi wodzów powstania na przyszłość oraz “usposobieniem mas ludowych“. Podkreślano niespójne informacje co do pozycji króla, konstatując że “na szczęście, konieczność oddała losy rewolucji polskiej w ręce ludu”. Postulowano by “kierować powstaniem w taki sposób (…) aby w rezultacie stało się iście ludowym”, rozpowszechniać “zasady konstytucji ludowej”, ale na razie nie eskalować konfliktów pośród powstańców dotyczących kwestii przyszłej polityki wewnętrznej. Na działalność agentów planowano przeznaczyć milion franków, z czego samemu Kościuszce miano przekazać 300 tysięcy. Raport kończył się propozycjami personalnymi wymienionych agentów, przy czym Parandiera i La Roche’a sugerowano wysłać do Krakowa. Innej pomocy na razie nie zakładano, a wezwanie Barssa z 10 czerwca 1794 roku wskazuje że do tej chwili nie wyekspediowano nawet agentów z zasiłkami. W memoriale tym wołał do jakobinów, w okresie kiedy gilotyny pracowały nieustannie: “to na nas godzą despoci. Jeżeli zdołają nas poróżnić – bezowocną będzie ofiara krwi naszej… Nie sądźcie by ci zdrajcy nie byli w stanie wytworzyć zdrajców lub głupców w Polsce. Znaleźli już ich oni we Francji. Siła wasza wewnętrzna, moralna, zdołała zdemaskować jednych, unicestwić drugich. Czyż i my usiłować będziemy im się oprzeć? Tak jest. (…) Oparłszy nadzieję pomocy jedynej (…) na stosunkach z Francją, nadzieję, podsycaną przez Waszych ministrów i agentów, aż do chwili mego przybycia do Paryża, (…) zdecydowawszy się złożyć w wasze ręce kierownictwo sprężynami naszych akcji politycznych, w tym wszystkim, co może zapewnić korzyści obupólne, poświęciwszy zasadom waszym – następstwa naszego pochodu rewolucyjnego, jakiż rachunek możemy zdać o tym Ojczyźnie naszej?”  Co do Kościuszki i władz powstańczych zaznaczał: “otwartość ich działań wobec rządu rewolucyjnego francuskiego, uprawnia ich do żądania wzajemności.”  Francja swoje korzyści wojskowe ze sprawy polskiej wyciągnęła, natomiast oczekiwania rewolucjonistów francuskich w sferze ideologicznej wobec Polski były jednoznaczne – dopuszczenie do wiodącej roli w powstaniu kierowanych przez agitatorów sankiulotów, którzy, może zachowując odrębność zwyczajów miejscowych w zakresie narzędzi (szubienice zamiast gilotyny), podejmą właściwe, jedynie słuszne działania. Posiadająca wciąż urzędujących króla i katolickiego prymasa Polska nie brzydziła się pertraktować z antychrześcijańskimi i bezbożnymi inżynierami Wielkiego Terroru, natomiast, jak się wydaje, bezbożna i ludobójcza Francja brzydziła się wsparcia Polski właśnie z uwagi na jej chrześcijańskość i brak jednoznacznej woli rozprawienia się z monarchią.

Tymczasem, w Warszawie, wypadki z 8 i 9 maja zwiastowały kres rządów Rady Zastępczej Tymczasowej. Kościuszko powołał Radę Najwyższą Narodową, do której weszli m.in. Hugon Kołłątaj (odpowiadał za skarb) i Ignacy Potocki (sprawy zagraniczne). Pod koniec maja Kołłątaj i Potocki przybyli do Warszawy, witani entuzjastycznie. Ten pierwszy, przywódca polskich jakobinów, siedział w powozie obok Kilińskiego.  Jakiejkolwiek swojej roli w wieszaniach z 9 maja się wypierał. Twierdził że nastąpiły one za przyczyną tajemniczego “kuriera z Wilna” Hadźkiewicza, który podburzył lud warszawski do naśladowania przykładu danego przez Jasińskiego i towarzyszy, natomiast “ludzie słuszniejsi” postarali się “o formalność tej roboty, aby przestępcy za wyrokiem sądu karani zostali”, natomiast on sam – Kołłątaj nie wiedział o ich planach i dowiedział się post factum w obozie pod Połańcem. Aleksander Linowski (List do przyjaciela odkrywający wszystkie czynności Kołłątaja w ciągu Insurekcji, pisany roku 1795)zarzucał jednak Kołłątajowi że to on zorganizował owe wydarzenia, wysyłając do Warszawy specjalnego kuriera z obozu Kościuszki, zaś same wydarzenia przyjęto w obozie z zadowoleniem jako przejaw zemsty ludowej. Linowski określał Kołłątaja jako człowieka, który “kształcił się w szkole zwodniczej hipokryzji (…) szkole panowania nad ludźmi przez opinią, w szkole przewrotności, mającej za cel swych igrzysk: ciemność i prostotę rodzaju ludzkiego”, zaś jego popularność powszechnym w upadającej Rzeczypospolitej pragnieniem, by odnalazł się “wielki człowiek”, zbawca ojczyzny. Wypominał mu, że namawiając króla do Targowicy i zamierzając do niej przystąpić, potem był “na cnotliwego przeznaczony emigranta.” Według Linowskiego Kołłątaj sam oświadczył mu że on był podżegaczem wydarzeń warszawskich z 9 maja. Sytuacja w mieście nie uspokoiła się. 28 maja prymas Poniatowski wydał obwieszczenie zezwalające na użycie sreber i dzwonów kościelnych na potrzeby powstania, przekazał również osobiście na potrzeby powstania cenną zastawę stołową. To również nie pomogło.

Wkrótce, 6 czerwca nadeszła porażka Kościuszki pod Szczekocinami, dwa dni później – Zajączka pod Chełmem. Wydarzenia te oznaczały koniec inicjatywy wojsk powstańczych. Radykałowie wciąż zyskiwali. 10 czerwca prymas Poniatowski odprawił Mszę w intencji Rady Najwyższej Narodowej. Kazanie podczas niej wygłosił ksiądz Ignacy Witoszyński, zmieniając je w pean na cześć zdobyczy rewolucji w skąpanej wówczas we krwi Francji. 15 czerwca wojska pruskie zajęły Kraków. Narastało przerażenie wywołane tak wieściami o klęskach, jak i zatajaniem przez władze powstańcze szczegółowego przebiegu kampanii. W Warszawie ćwiczono ochotników i sypano okopy. Wzrastała agitacja jakobińska – krążyły pamflety, piosenki z gilotyną i szubienicą w tle, na przykład: “my krakowiacy, nosim guz u pasa, powiesim sobie króla i prymasa.” Powtarzał się scenariusz francuski – rozpowszechniano znów pogłoski o planie ucieczki Stanisława Augusta, co wzmagało rewolucyjną czujność. Jak zanotował Niemcewicz: “W czasach rewolucyjnych, gdzie (…) rząd, dzieło mnóstwa, mnóstwu ulegać, a nieraz pochlebiać musi, gwałtownych popędliwości od ludu tego spodziewać się zawsze należy. Skoro więc wieść o poddaniu się Krakowa nadeszła, zapalczywym gniewem zajął się lud warszawski; owoż, mówiono, skutki lękliwej powolności rządu naszego, co się stało w Krakowie, i u nas się stanie, wieleż to oczywistych przekonanych zdrajców, pobłażaniem i długimi formalnościami kryminalnego trybunału, żyje dotąd bezkarnie, kiedy się sąd waha, niech sam lud sprawiedliwość z nich uczyni.” Niemcewicz przyznał przy tym że ludowi tę popędliwość nadaje agitacja, która była prowadzona w Warszawie intensywnie. “Odbijcie więzienia, wywleczcie przedajnych zdrajców, powieście ich. Niech przykład ten trwogą podobnych im napełni” – wołano.

Wprawdzie jeszcze 26 czerwca “Korespondent Narodowy i Zagraniczny” zamieścił informację o przekazanych na rzecz powstania przez prymasa 900 grzywnach srebra, ale w nocy z 27 na 28 czerwca, na ulicach Warszawy rozpoczęto ponownie stawianie szubienic, których postawiono, wedle niektórych relacji – nawet kilkunastu. Wziął w nim udział Jan Dembowski, który już wcześniej, w korespondencji z Ignacym Potockim, określał Stanisława Augusta Poniatowskiego jako “darmojada”, zaś prymasa Poniatowskiego jako “trutnia”, a jeszcze w grudniu 1793 roku, pisząc do Potockiego, obawiał się aresztowania w ramach rozprawy Rosjan i stronnictwa królewskiego z “Francuzami”. Wcześniejsze przygotowanie agitacyjne przeprowadził ponownie Konopka, którego Linowski w Liście do przyjaciela określa jako “wściekłego mówcę ludu” oraz “kreaturę Kołłątaja”. Wedle niego, na widok szubienicy pod swoim domem “polski Robespierre” oświadczył w jego obecności tłumowi: “jak mogliście się ważyć stawiać szubienice przed mojemi oknami, a nie wiecie to, że ja byłem i jestem zawsze waszym obrońcą i przyjacielem ludu?” Przy szubienicach pojawił się ks. Mejer ze stułą na szyi i z pistoletem w ręce. Młodsi towarzysze, tacy jak Kalasanty Szaniawski, przynosili belki do budowy szubienic.  Miejsce ich ustawienia jakobini wybrali nieprzypadkowo – jedna z nich stanęła na Placu Zamkowym, inna – przed pałacem prymasa.

Prymas Poniatowski, podobnie jak mentor Konopki Kołłątaj, opowiedział się podczas narady 23 lipca 1792 roku za przystąpieniem króla do Targowicy, lecz później się od niej zdystansował, nie zaprzysięgając aktu Konfederacji Targowickiej, podobnie jak wcześniej nie zaprzysiągł Konstytucji 3 Maja. Symbolizował jednak dotychczasowy porządek, w którego obronie występował. W styczniu 1793 roku, kiedy to do Warszawy dotarły wieści o straceniu we Francji “obywatela Kapeta” – Ludwika XVI, wydał odezwę pasterską zalecającą modlitwy za zabitego króla oraz “List do kapłanów z okoliczności okropnego zejścia z tego świata Ludwika XV.” W marcu 1793 roku, podczas Mszy za króla Francji potępił owo królobójstwo. Jeszcze przed egzekucją Ludwika pisał do biskupa wileńskiego Ignacego Massalskiego, który miał stać się, chcąc nie chcąc, jedną z głównych postaci warszawskich wydarzeń czerwcowych (list z 16.01.1793 r.): “Gdy z czułością patrzam na zdespektowane w Europie trony i ołtarze, gdy najsilniejsze mocarstwa widzę wpędzone w ustawiczną trwogę, równie jak najspokojniejsze krainy (…) a gdy wszelako jeszcze nie dopatruję skutecznych środków do przytłumienia mamiących nauk równości, którymi zarażeni zostali liczni świata mieszkańcy, niecierpliwie znoszący potrzebną do utrzymania onego zwierzchność, niezmierna mnie przeraża trwoga nad niebezpieczeństwem, w któreśmy się nierozmyślnie podali.” O władzach Targowicy i możliwych jej skutkach pisał natomiast z przestrogą: “Im silniej dzisiejsza konfederacja nagania zapędy, które wszytko odmieniać usiłowały, tym pilniej też sama wystrzegać się powinna wszelkiego naśladowania ganionych kroków i nieszczęśliwego ducha nowości, którym Francyja nie tylko siebie do najnieprzewidziańszych przyprowadziła ostateczności, ale umysły świata całego zaraziła i gwałcić usiłuje. Wszakże, jak ulegając zbytnio choremu, uleczyć go trwale nie można, tak też ustawnie go łając, gorączka do takiego stopnia pomnożyć się może, iż nareszcie żadne nie pomoże lekarstwo i sam chory w rozpaczy dobijać się gotów.”

28 czerwca prymasa Poniatowskiego ostatecznie nie powieszono, mimo to dzień ów był brzemienny w wydarzenia. Jak pisał w swoim Liście do przyjaciela Linowski był to “dzień, w którym los całej rewolucji i skutek jej zdradliwych nasion pokazały się widocznie.” Lud zadowolił się innymi ofiarami – więźniami wcześniej aresztowanymi przez władze powstańcze, lecz dotychczas nie skazanymi, w tym korespondentem prymasa sprzed roku – Ignacym Massalskim. Już z samego rana deputacja ludowa pojawiła się pod mieszkaniem prezydenta miasta Zakrzewskiego, domagając się kary, nie spotykając jednak z aprobatą by proces odbył się, podobnie jak 9 maja, niezwłocznie. Wywleczono zatem z więzień wytypowane ofiary bez wyroku, siłą.

Zawisły zatem na szubienicach 28 czerwca poddane samosądowi osoby – między innymi były poseł do Turcji Karol Boscamp-Lassopolski, który schronił się w poselstwie saskim, były marszałek Targowicy Antoni Czerwertyński, oskarżany o szpiegowanie agitator Marceli Piętka, a nawet członek Rady Zastępczej Tymczasowej – aresztowany 18 maja za rzekome spiskowanie z Boscampem prawnik Michał Wulfers. Oddajmy znów głos ks. Kitowiczowi: “Na szóstej [szubienicy], przed pałacem Bryllowskim, toż samo pospólstwo i tymże sposobem, bez dekretu i mistrza, wywleczonego z aresztu książęcia Massalskiego, biskupa wileńskiego, powiesiło na lejcu konopnym, chłopu przejeżdżającemu porwanym.  Był wtenczas ciągniony do kompanii z Massalskim Skarszewski, biskup chełmski, ocalał przecie w areszcie za marną dwuzłotówkę wetkniętą w rękę jednemu z tych oprawców, lokajowi, znać wiele w tej zgrai znaczącemu, który zawołał: „Ho! temu dajmy pokój, bo to dobry pan, ale tego szelmę prowadźmy (mówiąc o Massalskim), co ludziom swoim służącym każe dawać po sto rózg.” Do tej szubienicy wyprowadzono także Moszyńskiego, marszałka w. koronnego, który bronił się i mocował z pospólstwem, ile miał sił w sobie, nie dopuszczając stryczka na szyję, ku czemu gdy go obalono i leżącemu zakładano postronek, szczęściem osobliwszym przybył Zakrzewski, prezydent warszawski, a położywszy się na nim, wołał: „Mnie zabijcie, a niewinnego uwolnijcie!” Ułagodził przecie tym sposobem rozjuszoną kupę, z której rozsądniej się do tego mu pomogli i wyrwawszy z rąk zawziętych zmęczonego Moszyńskiego, nieśli na ręku wpół żywego, wpół umarłego, a wsadziwszy w karetę nadarzoną, odprowadzili do domu. Połowa jednak tej bandy, poskoczywszy do pałacu Branickiego, porwała i wywlekła na ulicę książęcia Czetwertyńskiego, kasztelana; ten nie miał siły ani serca bronienia się jak Moszyński, udał się w pokorę; upadał oprawcom do nóg, całował ich w ręce, prosił z płaczem o miłosierdzie; ledwo tyle wskórał, że mu kilka minut do uczynienia spowiedzi przed przystawionym w skoki dominikanem pozwolili, i tej długo czynić nie pozwoliwszy, na biczu furmańskim obwiesili. (…)Ci wszyscy, winni i niewinni, pochowani w polu pod szubienicami, jeden tylko Wulfers z dyspozycji prezydenta warszawskiego Zakrzewskiego pochowany u bernardynów na cmentarzu, ale prywatnie i w nocy dla tumultu; znać, że był niewinny, gdy mu tę przysługę duchowną Zakrzewski uczynić kazał, której innym nie uczyni”. Jak pisał o wydarzeniach warszawskich z końca czerwca w swych Pamiętnikach o rewolucji polskiej K. Wojda: “O gdybym mógł dzień 28 Czerwca wydrzeć z dziennika tej rewolucji, gdybym mógł milczeniem mojem pogrzebać wspominanie jego (…) Beze mnie atoli jest on już całej Europie znajomym; nieprzyjaciele rewolucji porywali go chciwie; najsromotniejsze odcienia powyjmowali z niego, poprzeistaczali, popowiększali, i tą układnością polityki starali się polski naród w najszkaradniejszym wystawić świetle.” Pojawiająca się w “pamiętnikach” rewolucjonistów mniej radykalnego etapu narracja, iż owe wydarzenia stanowiły jakiś wybryk czy eksces, tak jak tzw. Wielki Terror – w ocenie Francuzów był wypadkiem w ramach wspaniałej rewolucji praw człowieka i obywatela, przebiła się jednak wówczas głównie do rodzimej, formowanej świadomości narodowej. Pozostał w niej zły agitator Konopka i dobry, oświecony ksiądz Hugon Kołłątaj, któremu, nawet, na dalszym etapie rewolucji, w PRLu, poświęcano szkoły i ulice. Zły radykał Dembowski, który jak pisze Niemcewicz, “z urodzenia Żyd, ochrzczony,  z wrodzoną narodowi żydowskiemu przebiegłością, wykrzesawszy się i nabrawszy nieco nauki, dostał się za kopistę do marszałka Potockiego; próżny, niespokojny, napojony jakobińskimi prawidłami, przekonany, iż rewolucje na tym zawisły, by ostatni ściek towarzystwa czyste źródło jego zamącał, przybywszy do Warszawy porzucił marszałka i stał się ciemnego motłochu dowódcą. Równie mało jak i on znany Konopka, wieszając się przy Kołłątaju, przesadził w tym miesiącu życzenia pryncypała swego.” I dobry generał od Mazurka Jan Henryk Dąbrowski, który zresztą latem 1794 dowodził częścią obrony Warszawy (w rejonie Czerniakowa i Wilanowa) a który przyjął oboje – Konopkę i Dembowskiego na adiutantów w Legionach podczas kampanii we Włoszech. Dobry Kościuszko, który kazał ukarać sprawców wydarzeń czerwcowych, tak iż główni agitatorzy wyszli bez uszczerbku.

13 lipca 1794 roku Barss uzyskał wreszcie po swych apelach posłuchanie w Komitecie Ocalenia Publicznego. Zapowiedziano mu jednoznacznie że “rząd francuski nie udzieli ani szeląga, nie wyśle ani jednego żołnierza dla podtrzymania rewolucji, której celem byłoby utrzymanie rządów arystokracji lub monarchii i, która będąc nominalną rewolucją, byłaby jedynie zmianą rządu, nie opartego na zasadach, stanowiących podwalinę konstytucji iście republikańskiej.” W swojej kolejnej nocie z 17 lipca, na kilka dni przed 9-tym Thermidorem, Barss wziął te uwagi za dobrą monetę, oświadczając m.in. jakobinom “winienem was zapewnić, że we wszystkich moich listach pisanych do Polski, nie ustawałem w dążeniach do wyjaśnienia owych pożytecznych dla mojego narodu pojęć, nie udzielając ich w rodzaju prostych uwag nad kwestiami, jakoby moim współziomkom nie znanymi, lecz zachętę do zastosowania tych, jakie stanowią zasadę ich działania rewolucyjnego, w dążeniu do celu wyrażonego przez powstanie narodowe.”

Wieszania w Warszawie i jej okolicach pomniejszych rzekomych szpiegów i buntowników trwały i później, w lipcu, i, jakimś dziwnym trafem, przygasły pod koniec miesiąca, kiedy w rewolucyjnej Francji aresztowano i zgilotynowano Robespierre’a. W lipcu władze powstańcze zdecydowały się na aresztowanie największych agitatorów, najwięksi jednak uniknęli stryczka. Jan Dembowski został skazany na pół roku więzienia, jednakże został uwolniony z innymi wskutek interwencji Kościuszki z 28 lipca. Jak pisze ks. Kitowicz, Kołłątaj   wybronił Konopkę o tyle, że posłano go na banicję czyli wówczas – emigrację. Linowski pisał w swym Liście o tym tak: “podwójność Kołłątaja w tym widziałem razie, kiedy mnie samemu najwyraźniej mówił, iż trzeba koniecznie, aby Konopka wisiał (…) A tymczasem całe jego na to były obrócone starania, aby od kary śmierci ocalić Konopkę, potem, aby więzienie jego zwolnić; na resztę, aby go wydobyć zupełnie z niego.” Konopka dał się do Paryża i wypłynął ponownie jako major Legionów Polskich i adiutant Jana Henryka Dąbrowskiego. W analogicznych rolach znajdujemy tam też Jana Dembowskiego, który za czasów napoleońskich dosłużył się awansu na generała i godności wielkiego dozorcy włoskiego Wielkiego Wschodu. Kołłątaj i tym razem wybronił siebie od udziału w wydarzeniach, zaś winę za nie przypisywał “niezgrabności” i “nienawiści” do siebie komendanta Warszawy – Józefa Orłowskiego i prezydenta Zakrzewskiego oraz… pruskim agentom. Związków z Konopką się wypierał, twierdząc że się z nim rozstał w roku 1792. On sam, jak twierdził, ostrzegał i zalecał zbadać sprawy więźniów, zwłaszcza Wulfersa, aby, w braku dowodów, wypuścić go na wolność. O szubienicach dowiedział się, gdy już stanęły, z notki jaką przesłał mu w nocy z 27 na 28 czerwca Stanisław August. Notkę tę opublikował W. Tokarz w Ostatnich latach Hugona Kołłątaja. Zawiadamiała ona m.in. iż “JPan Konopka animował lud do stawiania znowu szubienic i do wieszania kilku osób, między któremu ma się znajdować i biskup” i wzywała Kołłątaja aby “powagą swoją odwrócił ludu umysły od tej tak szkodliwej imprezy.” Kołłątaj zrzucił sprawę na Kochanowskiego z wydziału bezpieczeństwa i prezydenta Zakrzewskiego, powiadamiając króla że oni zapobiegną rozruchom. Ks. Jelski zeznawał potem w śledztwie że instrumentem wydarzeń był jeden z “ludzi wielkich”, który przygotował listę więźniów do egzekucji jednak oświadczył że nazwiska tej osoby wyjawić nie może z powodu przysięgi. Nazwisko nie padło, jednak, jak konkluduje W. Tokarz “zdaje się nie ulegać kwestii, że Konopkę, Mayera, Dembowskiego, Jelskiego i innych – uwolniono od kary za sprawą Kołłątaja.”

Tymczasem stan zdrowia prymasa Poniatowskiego stale się pogarszał. Zmarł w nocy z 11 na 12 sierpnia, zaś jego przeciwnicy rozpowszechnili pogłoski o jego samobójstwie ze strachu przed sprawiedliwością ludu. W tym samym dniu padło Wilno. W Warszawie rewolucja znów odłożyła na bok swą łagodniejszą twarz. Pod koniec sierpnia powołano Sąd Kryminalny Wojskowy pod późniejszym namiestnikiem Kongresówki – wolnomularzem, gen. Józefem Zajączkiem, do którego należał m.in. brat Hugona – Rafał Kołłątaj. We wrześniu Hugon Kołłątaj słał rozpaczliwą prośbę do wspomnianego już delegata Barssa w Paryżu aby Francja przekazała zapowiedziane subwencje pieniężne i skłoniła inne kraje do poparcia insurekcji. 2 września w “Korespondencie Narodowym i Zagranicznym” wskazywano na przykład jaki daje Polsce rewolucyjna Francja, “prowadząc wojnę z całą prawie Europą.”  11 września sąd Zajączka skazał na powieszenie biskupa chełmskiego Wojciecha Skarszewskiego, którego, po interwencji nuncjusza papieskiego Litty, Kościuszko przed szubienicą ocalił. Jak zauważył Niemcewicz “za cara Aleksandra Skarszewski postąpił na prymasostwo: a co się tylko w krajach rewolucjom podległych zdarzać może, tenże Zajączek, co go na szubienicę sądził, siada koło niego u stołu carskiego, odwiedza go i przyjmuje u siebie.” Krajobraz ten możemy szybko uzupełnić, choćby postacią insurgenta Berka Joselewicza, który w Warszawie stał po stronie tych, którzy wieszali biskupa Massalskiego, jego dawnego pryncypała, którego wcześniej był faktorem i plenipotentem, podróżując w jego interesach na zachód Europy, gdzie zaraził się rewolucją francuską. Jak pisze świecka hagiografia na jego temat “używany do rozjazdów przez swego pana, zawadził Berek o Brukselę i Paryż, ocierał się o wykwintne komnaty (…), polerował, nasłuchiwał, ogarnął szeroki świat, nauczył sie po francuzku i przedziergnął z zaściankowego pośrednika w ogładzonego człowieka. Burzliwe czasy, przesycone zapachem rewolucyjnego prochu, mogły podziałać na niego rozbudzająco i pobudzająco, uświadomić i do dojrzałości doprowadzić drzemiące na dnie duszy porywy. (…) Skrystalizowały się i stężały w nim wszystkie pożądania poniesienia haraczu krwi dziemi rodzinnej po tragicznej dacie 28 czerwca 1794 r., gdy jego pan, wielmoża, wileński władyka, zawisł na szubienicy (…) Ex-oficjalista żyd poszedł rozpalać znicz narodowych uczuć na grobie przeniewiercy-biskupa.” (E. Łuniński: Berek Joselewicz i jego syn. Zarys historyczny, Warszawa 1909). Potem odnajdujemy go w legionach Dąbrowskiego i w masońskiej loży “Bracia Polacy zjednoczeni”, wreszcie w potyczce pod Kockiem, za czasów napoleońskiego Księstwa Warszawskiego.

Wracamy tu do postawionego pytania – na ile wydarzenia warszawskie, od których Naczelnik starał się dystansować, a jednocześnie starał się ich głównych sprawców surowo nie karać, stanowiły niespodziany wypadek przy pracy, siłę wyższą, nagły skutek działań radykalnych agitatorów, a na ile zostały wpisane w scenariusz powstania, jak to twierdziła, wykorzystująca je propaganda mocarstw, które wkrótce postanowiły zamknąć wieko trumny nad Polską. Insurekcję określano w końcu jako “Rewolucję Kościuszki”.

W czasach powstania, w Warszawie, w Drukarni Korpusu Kadetów, kierowanej przez francuskiego wolnomularza Piotra Dufoura, ściągniętego do Warszawy 20 lat wcześniej przez księcia Adama Kazimierza Czartoryskiego, ukazała się obszerna książka członka francuskiego Zgromadzenia Narodowego Constantina Volneya “Les ruines ou meditations sur les revolutions des empires“, która w polskim tłumaczeniu otrzymała tytuł “Rozwaliny, czyli uwagi nad rewolucjami narodów (…) w roku 1792 w Paryżu wydane a dla dobra Ludu Polskiego na ojczysty język wyłożone”. Autor uważał Jezusa Chrystusa za mit i zrównywał go z indyjskim Kriszną zaś sama książka traktowała m.in. o “wielkiej zawadzie poprawie rodu ludzkiego opierającej się“, o której pisał autor tak: “Każdy Naród przyjmował lub utwarzał sobie opinie Religii, które opiniom innych wbrew się sprzeciwiały, a każda z nich przywłaszczając samej sobie z wyłączeniem innych, twierdzi, iż wszystkie inne w błędzie zostają. Gdy więc, jak jest istocie, w takiej niezgodności, wielki tłum błądzi (…) jakież więc zostają środki do oświecenia onego? Jakim sposobem zwalić przesąd, który pierwiastkowo ducha jego opanował i jak nade wszystko zedrzeć z niego zasłonę, kiedy pierwszy artykuł każdej wiary, pierwsza nauka wszelkiej Religii, na zupełnym wywołaniu powątpiewania, na zakazaniu wszelkiego badania i na wyrzeczeniu się własnego zawisły (…) Tym przeto sposobem Człowiek w zaślepieniu swoim, własne kajdany sam na sobie nitując, wystawił się na zawsze bez obrony na igrzysko nieświadomości i namiętności swoich. Na starganie więc tak obmierzłych pętów trzeba by zbiegu nadzwyczajnego szczęśliwych wydarzeń. Trzeba by, aby cały Naród od szaleństwa zabobonności uleczony, na wszelkie natchnienia fanatyzmu był głuchy, i od narzutu fałszywcy nauki oswobodzony, żeby sobie tenże Lud nauki prawdziwej moralności i rozumu sam naznaczył (…), żeby się znaleźli Naczelnicy na swój zysk nieoglądający się i sprawiedliwi…” Tu polski tłumacz umieścił przypis: “takim jest Tadeusz Kościuszko.” Kolejny rozdział zawiera dialog między przedstawicielami władzy królewskiej, duchowieństwem a “ludem”. “Chcecie wy żyć bez Bogów i bez Królów” – mówią księża, “My chcemy żyć bez Tyranów” – odpowiada lud. Kolejny rozdział “Lud wolny i prawodawczy” wskazywał że po uwolnieniu się od owych tyranów i ich sług “trzeba jeszcze zapobiec żeby na nowo nie powstali.” W kolejnym rozdziale “Tyrani Świeccy i Duchowni ludów, uknowali związek powszechny a pociągnąwszy za sobą tłum ludzi przymuszonych, lub zwiedzionych, posunęli nieprzyjazną swą siłę przeciwko Narodowi Wolnemu (…) Ale wolny Naród (…) zachował milczenie, a zebrawszy się cały stanął pod bronią w strasznej i szanownej postawie.” Dalej padają propozycje zwołania “zgromadzenia powszechnego ludów.” Takie to dzieła, napisane przed wybuchem rewolucji we Francji, serwowano warszawiakom w czasie insurekcji.

Jeżeli uznamy, za Bronisławem Szwarcem, autorem wydanej w roku 1894, w Krakowie książki Warszawa w 1794 roku, że Kościuszko był ogniwem łączącym przeszłość Polski z jej przyszłością, to przypuszczalnie głównym kowalem owego ogniwa były stowarzyszenia wolnomularskie. A jeśli stwierdzimy za Francuzem Julesem Micheletem, że Kościuszko to ostatni rycerz i pierwszy obywatel wschodu Europy, to musimy przyznać że za owym wschodnim pejzażem i wschodem na nim nowej epoki stał utworzony w roku 1773 Wielki Wschód.

W swoim artykule opublikowanym w roku 1947 Adept Hirama Adam Doboszyński zwraca uwagę na rolę tajnych stowarzyszeń w przygotowywaniu przewrotów końca XVIII wieku oraz na używanie przez Naczelnika, w początkowej fazie Insurekcji, symboliki zdecydowanie masońskiej w postaci pieczęci świątyni Hirama, którą potem zastąpił Orłem i Pogonią. Doboszyński przypomina w szczególności iluminatów Spartakusa-Weisshaupta, który w latach 80-tych XVIII wieku rozesłał swych uczniów z Bawarii, nie tylko do Francji ale i na wschód, w trosce o “oświecenie” lóż w Polsce. W liście ze stycznia roku 1783 apelował o utworzenie konfederacji lóż wolnomularskich w Polsce. Zabiegi w tej kwestii miały podjąć m.in. loże saskie przy pomocy Filona-barona Knigge. Doboszyński uważa że rewolucja francuska roku 1789 i rozpoczęty w Polsce, w roku 1788 Sejm Czteroletni mają wspólny pień, który należy szukać właśnie w tajnych stowarzyszeniach. W jego tezie Polska miała stanowić “ognisko wrzenia na Wschodzie Europy”, osłaniające właściwe ognisko rewolucji nad Sekwaną przed skuteczną interwencją zaalarmowanych monarchii, flirtujących na swą zgubę od dłuższego czasu z wolnomularskimi kręgami.

W hipotezie tej nie można pominąć podwójnej roli Prus, które z jednej strony uczestniczyły w działaniach antyfrancuskich, z drugiej “wypuściły” Polaków, prowokując ich do zrzucenia protektoratu moskiewskiego, w wyniku czego, w II rozbiorze przypadły im Gdańsk i Wielkopolska, zaś w trzecim także Warszawa.  I tu znów powstaje pytanie o rolę jaką odegrała w tym masońska i różokrzyżowa inicjacja Fryderyka Wilhelma II jeszcze jako kronprinza, który już w roku 1772 został przyjęty do loży Trzy Szpady, zaś w roku 1782 otrzymał najwyższy stopień wtajemniczenia różokrzyżowców jako tzw. biały mistrz.

Z drugiej strony więzy tajnych stowarzyszeń obejmowały polskich reformatorów. Doboszyński niepoślednią rolę przypisuje tu sekretarzowi króla Stanisława Augusta, nauczycielowi dzieci rodziny Potockich i bliskiemu znajomemu Niemcewicza oraz Ignacego Potockiego, wolnomularzowi Scypionowi Piattoliemu. Posługiwał się on tytułem księdza, choć nie było pewne czy posiadał święcenia kapłańskie. Do Polski przybył w roku 1782, na dwa lata przed wybuchem rewolucji znalazł się w Paryżu, gdzie przebywał w rezydencji rodu Lubomirskich, gdzie m.in. uczył księcia Adama Jerzego Czartoryskiego. W listopadzie 1789 ponownie przybył do Polski, gdzie został sekretarzem Stanisława Augusta. Brał następnie udział w inicjatywach Sejmu Czteroletniego i przygotowaniu projektu Konstytucji 3 Maja. Opuścił Polskę gdy wybuchła wojna z Moskwą w obronie tejże konstytucji. Przebywał w Dreźnie, gdzie wraz z Kościuszką, Kołłątajem i Potockim, przygotowywał wybuch insurekcji. Powyższa działalność sprawiła że w roku 1794 wydalono go z Saksonii, zaś w lipcu 1794 roku został zatrzymany przez władze austriackie i więziony przez sześć lat, między innymi dlatego że Rosjanie uważali go za szczególnie groźnego rewolucjonistę.

Konstytucję Trzeciego Maja Doboszyński opisuje jako akt mniejszości, zamach stanu, akt, który nigdy nie został wcielony w życie a skutkował II rozbiorem. Rozbiór ów poprzedziła wojna z Moskwą, która odciągnęła część sił z kampanii  francuskiej. Doboszyński powołuje się również na Pamiętniki o dziejach jakobinizmu ojca jezuity Augustyna Barruela, w których opisuje on sprawozdanie członka francuskiego Konwentu Piotra Józefa Cambona, który przyznał że wsparcie braci w Warszawie kosztowało rewolucyjną Francję sześćdziesiąt milionów liwrów. Jak pisze dalej Barruel nadzieje “sekty” “zdawało się że zostały uwieńczone sukcesem: Kościuszko wzniecił rewoltę w Warszawie, Wilnie i Lublinie. (…) Na próżno nieszczęsny Poniatowski próbował uspokajać dzikość rewolucji. Polska szybko zmierzała do swego końca i skończyła, tracąc zarówno swego króla, jak i swą niepodległość.” Jak zastrzega się dalej ojciec Barruel, nie zamierza on tu osądzać mocarstw, które podzieliły między siebie ów kraj, “lecz podkreślić powszechność spisku Sekty.”

Jak wskazuje w konsekwencji Doboszyński “w pogodny marcowy poranek 1794 roku Naród zaskoczono powstaniem, zorganizowanym za obce pieniądze i pod obca inspiracją, podobnie jak zaskoczono go, o trzy lata wcześniej, Konstytucją majową. Reżyseria była ta sama i aktorzy w dużej mierze ci sami, tyle że już śmielej sobie poczynający, exemplum Świątynia Hirama na pieczęci ubranego w kuse francuskie ubranko Naczelnika.” Kościuszko złożył “deistyczną” w formule (tj. nietrynitarną) przysięgę na Rynku krakowskim, wygłosił “jakobińską mowę” na ratuszu, zaś koncepcja powstania została “narzucona Kościuszce z zagranicy.” Według Doboszyńskiego “kosynierzy” czyli Paradebauerzy racławiccy zostali zebrani ad hoc przez tamtejszego dziedzica, masona Śląskiego, dlatego później nie odegrali żadnej roli w kampanii. Wydarzenia warszawskie Doboszyński identyfikuje jako “ścisłą kopię jakobińskiego Paryża. (…) Bez względu na wartość moralną powieszonych wówczas osób (biskupa Massalskiego, kasztelana Czetwertyńskiego i innych, winnych i niewinnych) epizod ten jest dziwnie niestrawny dla Polaków, toteż bywa przemilczany przez masońską szkołę historyczną”. W konsekwencji “insurekcja ponownie pomogła Francji uniknąć interwencji wojskowej zagranicy i stała się bezpośrednim powodem trzeciego rozbioru, który znów — jak przed tym rozbiór drugi — nie byłby nastąpił bez takiego z naszej strony bodźca. Kościuszko, przy najszczerszych i niekwestionowanych przez nikogo dobrych chęciach i wielkim idealizmie, wbił ostatni gwóźdź do trumny Ojczyzny.”

Na pewno Kościuszko i Kołłątaj mieli świadomość z kim pertraktują, kogo na sojusznika wybierają i o pomoc usilnie proszą – że była to rewolucyjna Francja najmroczniejszych czasów bezczeszczenia kościołów, mordowania duchownych i świeckich, Francja, której Komitet Ocalenia Publicznego odpowiadał 8 lutego 1794 roku, to jest, na początku misji Barssa w Paryżu, generałowi Turreau w Wandei “niszcz tych bandytów aż do ostatniego, oto twój obowiązek.” (wszystkie cytaty za: R. Secher: Ludobójstwo francusko-francuskie. Wandea – Departament Zemsty, Wydanie polskie 2015)  Której generał Beaufort wypowiadał się o przeciwnikach:  „trzeba całkowicie oczyścić ziemię wolności od tej przeklętej rasy”. Której obywatele obnażali i rąbali trupy jak “baranie mięso przed nasoleniem”, “w ciała ofiar wkładali ładunki prochowe i podkładali ogień”, przynosili w darze głowy rewolucyjnym generałom, topili nagie ofiary związane razem w “republikańskie małżeństwa”, robili “pionową deportację w narodowej wannie” i “patriotyczny chrzest” księżom w Loarze, palili kobiety i dzieci w piecach, gdyż “w ten sposób republika chce piec swój chleb”, nieśli na bagnetach wydobyte z kołysek dzieci dzieci, gwałcili zbiorowo młode dziewczęta, które potem wieszali na drzewach, miażdżyli i rozpruwali ciężarne kobiety, wyciągając dzieci z łona. Ówczesny Związek Sowiecki Stalina, III Rzesza Hitlera. Ludobójcza republika z piekła rodem. Wpatrzeni w tego molocha, z rozbudzonymi przez jego powodzenia obłędnymi nadziejami,  z jego świadomymi bądź półświadomymi pomocnikami na czele, odprowadzani z uśmiechem przez zacierających ręce Prusaków, poszli Polacy w długą drogę rewolucji, która już na samym początku przyniosła im III rozbiór i wymazanie z mapy Europy.

Reklamy

Paryż wart Mszy

„(…) Zagrożeni siódmą wojną hugenocką katolicy francuscy zorganizowali w roku 1576 Ligę Świętą, pod przywództwem księcia Henryka Gwizjusza. Niemal od razu stała się popularna i rozszerzyła się po całym kraju. Kiedy zmarł książę Alençon i Henryk Nawarry zgłosił roszczenie do dziedziczenia po bezdzietnym Henryku III, Liga była w stanie wystawić własnego kandydata – Karola kardynała Bourbon, któremu Filip II udzielił swego poparcia. Wojna zakończyła się triumfem katolików. Katarzyna Medycejska w układzie z Nemours zabroniła protestantyzmu i ogłosiła banicję wszystkich kalwinistów, którzy nie będą skłonni wrócić do Kościoła w ciągu sześciu miesięcy. Powyższe poprowadziło do ósmej wojny hugenockiej, nazwanej Wojną Trzech Henryków, ponieważ trzema jej głównymi postaciami byli król Henryk III, Henryk Nawarry i Henryk Gwizjusz. Henryk protestant pokonał członków Ligi pod Coutras na początku roku 1587 i wydawało się prawdopodobne, że z pomocą 36 tysięcy protestantów z Niemiec oraz innych krajów, wygra wojnę. Jednakże książę Henryk Gwizjusz, bez wątpienia najlepszy człowiek i dowódca z całej trójki, zadał kalwinistom tak miażdżącą klęskę, że Niemcy Lamarcka zostali niemal w pień wycięci. Sam Lamarck poległ.

Henryk III, który lawirował między dwoma stronnictwami lecz raczej sprzyjał protestantom, z powodu zawiści wobec Gwizjuszy, został zmuszony do pozostawania w upokarzającym odosobnieniu, w Luwrze, mając niewielu żołnierzy i nie posiadając pieniędzy. Rozkazał Gwizjuszowi by trzymał się z dala od stolicy. Jednak mieszkańcy Paryża, wśród których Gwizjusz był niesłychanie popularny, przywrócili Radę Szesnastu, reprezentującą dzielnice miasta, i zaprosili go by przyjechał. Pojawiając się zaledwie z piętnastoma jeźdźcami Henryk, przy radosnym wsparciu Paryżan, zajął Bastylię i uczynił się panem Paryża, podczas gdy król Henryk III siedział bezradny w Luwrze. Gwizjusz był teraz faktycznym władcą Francji wraz z Paryżem. Natychmiast zadeklarował wobec króla swoje posłuszeństwo i zapewnił go że przeciwstawiał się jedynie złym doradcom Jego Królewskiej Mości. Król nie miał wyjścia, jak tylko stłumić swój gniew i zawrzeć układ, który potwierdził przysięgą w katedrze, w Rouen. Układ ów wielce był korzystny dla sprawy katolickiej i wprowadzał spóźniony nakaz wdrożenia reform Soboru Trydenckiego.

Podczas gdy Armada majestatycznie płynęła przez Kanał, król Henryk III czekał z obawą, choć obawa ta nie przeszkadzała mu wysłać potajemną wiadomość do Turków, nalegając by zaatakowali Hiszpanię. Powodzenie Armady uczyniłoby Filipa II faktycznym zwierzchnikiem Europy i mogłoby utrwalić dominację jego przyjaciół – Gwizjuszy. I tak pobladły oraz melancholijny Henryk prowadził grę pozorów (sztukę, w której był tylko nieco mniej zręczny od Filipa II) aż nadeszły wieści że flota hiszpańska została rozproszona. Wówczas udał się do Blois na zebranie Stanów Generalnych, obecnie w przygniatającej większości złożonych z katolików, i po przyjęciu edyktu, wykluczającego książąt protestanckich (a zatem Henryka Nawarry) od sukcesji, zaprosił księcia Gwizjusza na rozmowę w swej prywatnej komnacie. Jak tylko przywódca katolików wszedł do pokoju został powalony ciosami mieczy kilku zbrojnych, którzy zaczaili się tam w tym właśnie celu. „To za me grzechy!” – zawołał człowiek, który pomścił śmierć swego ojca zabójstwem Coligny’ego i masakrą Nocy św. Bartłomieja, umierając u stóp ostatniego z zepsutych synów Katarzyny Medycejskiej. Jego brat – kardynał Gwizjusz, został powieszony na rozkaz króla dwa dni później (24 grudnia 1588 roku).

Cała Francja zawrzała gniewem przeciw sprawcom tej haniebnej zdrady. W ciągu dwóch tygodni kraj znalazł się w stanie buntu. Młodszy brat Gwizjusza – książę Mayenne stanął na czele Świętej Ligi (jako nieobecny w Blois uniknął losu swych starszych braci). Paryż powołał tymczasowy rząd i wyznaczył go na regenta aż do następnego zgromadzenia Stanów Generalnych. Orlean chwycił za broń. Siedemdziesięciu doktorów z Sorbony ogłosiło że mieszkańcy Francji zostali zwolnieni z ich posłuszeństwa wobec króla Henryka III. Papież Sykstus V zażądał zadośćuczynienia i pokuty za mord na kardynale, a kiedy Henryk odmówił, ekskomunikował go. Katarzyna Medycejska zmarła dwa tygodnie po zamordowaniu Gwizjuszy. Jej syn, bezradny bez jej makiawelicznych rad, oddał się w ramiona również ekskomunikowanego Henryka Nawarry i postanowił, z jego pomocą, zdobyć Paryż. Paryżanie, broniąc się, wznieśli barykady i wykopali okopy. Henryk dotarł do przedmieścia Saint Cloud. Tam fanatyczny dominikanin – Jacques Clemente rzucił się na niego, zadał celny cios nożem, samemu ginąc w starciu jakie się wywiązało. (…)

Henryk III na swym łożu śmierci wezwał bowiem władcę Nawarry i wyznaczył go swoim następcą. Stronnictwo kalwińskie oczywiście uznało to za triumf. Katolicy, choć stanowiący przygniatającą większość, nie byli w żadnym wypadku zjednoczeni przeciw Nawarczykowi. Liga, utrzymywana przy życiu głównie dzięki pomocy Hiszpanii, nie chciała słyszeć o żadnym kompromisie, który poświęciłby religię katolicką, lecz śmierć Gwizjusza pozostawiła ją bez silnego przywódcy, przy braku kandydata na następcę, poza sędziwym kardynałem de Bourbonem – „królem Karolem X”. Istnieli również Les Politiques, którzy przejęli polityczne teorie l’Hôpitala. Głównie z ich inicjatywy, Henryk z Bearne został skłoniony do złożenia publicznej obietnicy, że, jeśli zostanie ukoronowany na króla Francji, przejdzie na katolicyzm. Katolicy z Ligi, przekonani że każdy kompromis dotyczący chrześcijaństwa nieuchronnie prowadzi do rozkładu, nie chcieli wierzyć w szczere intencje człowieka, który wcześniej wyznawał ich religię z powodów politycznych i dokonał apostazji.

Papież Sykstus V znajdował się w niesłychanie kłopotliwym położeniu. Francuska szlachta katolicka zapewniała go że bezpieczeństwo Francji i Kościoła wymagało następstwa kardynała de Bourbona, że Henryk Nawarry był kłamcą i zniszczyłby religię katolicką, gdyby został królem Francji. Inni francuscy katolicy przypominali mu o wieku i niewielkich talentach kardynała, zapewniając go że Henryk nie był w głębi serca heretykiem i że stałby się doskonałym katolikiem, gdyby papież poparł jego sprawę. Sykstus przyjął uprzejmie wszystkich ambasadorów, nie udzielając żadnemu definitywnej odpowiedzi. W miarę upływu czasu przychylił się do stanowiska, że jedynym sposobem przywrócenia pokoju we Francji, bez poświęcania zasadniczych wartości, jest koronacja Nawarczyka. (…)

Tymczasem Henryk Nawarry przygotowywał się do marszu na Paryż z armią, w której znajdowali się niemieccy, francuscy i szkoccy protestanci, razem z wieloma francuskimi katolikami, którzy chcieli walczyć za potomka św. Ludwika po jego zapewnieniu że później zostanie katolikiem. Książę Mayenne i siły Ligi gotowały się do obrony stolicy, przy wsparciu 1800 jazdy z Flandrii pod wodzą młodego hrabiego Egmonta oraz 400 Walonów księcia Parmy. Papieski legat Gaetano zachęcał Mayenne’a do walki, ku wielkiemu niezadowoleniu papieża. Filip II włożył większy skarb w jego łakome ręce – cały milion dukatów przez zaledwie rok, które, jak Filip narzekał, Mayenne przepuścił jak wodę.

Sykstus zawiesił swą decyzję. Katolicy walczyli po obu stronach. Mówiono że papież uważa iż energiczny król Nawarry zwycięży. Henryk, powiedział Jego Świątobliwość, spędzał mniej czasu w łóżku niż Mayenne na jedzeniu. Opinię Ojca Świętego cechowała przenikliwość. Henryk Nawarry przekroczył na początku marca roku 1590 Sekwanę i ustawił swą armię w szyku bitewnym. Mayenne przyjął wyzwanie. Oba wojska zwarły się a bitwa pod Ivry przyniosła porażkę armii Ligi oraz zwycięstwo Nawarczyka. (…)

Podczas gdy Henryk z około 12 tysiącami ludzi przygotowywał atak na Paryż, Filip II postanowił że go nie dostanie i wysłał instrukcje do księcia Parmy we Flandrii aby ruszył z pełną szybkością na odsiecz miasta. Paryżanie zaraz po klęsce pod Ivry byli zniechęceni i skłonni do kapitulacji. Henryk Nawarry posiadał wśród nich wielu zwolenników, którzy byli zręcznymi w sztuce propagandy. Jednakże trend ten przezwyciężyły odważne słowa arcybiskupa Lyonu, który przypomniał że Bearne dysponuje dość niewielką armią oraz działania Bernardino de Mendozy. „Jestem tu, służąc ci jak najlepiej potrafię” – napisał ambasador Filipa – „lecz gdziekolwiek przebywam jest pewne że wybuchnie burza i biegam pod mocno zrefowanymi[1] żaglami od dziobu do rufy.” Podczas oblężenia Paryża, choć chorujący, pozbawiony pieniędzy i niemal całkowicie ślepy, ów weteran kampanii księcia Alby stanowił filar obrony, odwiedzając posterunki, nawołując żołnierzy, karmiąc głodnych i podnosząc na duchu mieszkańców. To w znacznej mierze dzięki jego wysiłkom miasto nadal się trzymało, gdy, po dwóch miesiącach oblężenia, zapasy żywności były na wyczerpaniu, zaś 13 tysięcy zmarło z wycieńczenia.

Książę Parmy niechętnie opuszczał Flandrię i poinformował o tym króla. Potrzebował pieniędzy, obawiał się buntów i bał się że, jeśli wyruszy z dużą armią, popchnie Francuzów w ramiona Henryka i utraci Niderlandy. Napisał o tym wszystkim do Filipa, który bezzwłocznie odpowiedział, wysyłając pieniądze i nakazując mu wyruszać natychmiast. „Jeśli Flandria zostanie utracona” – dodał szorstko – „spadnie to na mnie.” Parma wyruszył. Mieszkańcy Paryża rozpoczęli w sierpniu negocjacje w sprawie kapitulacji, lecz nadeszły wieści że Hiszpanie przekroczyli granice i dołączyli do Mayenne’a pod Meaux. Henryk zwinął oblężenie i skierował się naprzeciw Parmeńczykowi. Ten ostatni, osiągnąwszy swój cel – zwinięcie oblężenia i nie zamierzając ryzykować życia swych ludzi w decydującej bitwie, o ile mógł jej uniknąć, okopał się w pobliżu brzegów Marny na silnej pozycji, której Nawarczyk nie ośmielił się zaatakować.

Wykonując jeden z najbardziej mistrzowskich manewrów w swojej karierze książę Parmy ruszył ze swoją armią. Udając że wydaje bitwę pozorowaną strażą przednią i w ten sposób uwalniając resztę żołnierzy, przeprawił dwa regimenty przez most pontonowy, zdobył szturmem Lagny i posiadał teraz oba brzegi rzeki pod kontrolą. Był teraz w stanie zaopatrywać Paryż żywnością i zręcznym wypadem zajął Corbeil. Jednak zauważył że z jednej strony katoliccy politykierzy spiskują przeciw niemu, zaś z drugiej – przyjaciele Mayenne’a krytykują go że nie rozbił przeciwnika na polu walki. Mayenne obiecał swym wierzycielom zapłatę z pieniędzy Filipa II, które spodziewał się uzyskać od księcia Parmy. Parmeńczyk odpowiedział że wykonał to co rozkazał mu król i że więcej nie uczyni. W listopadzie wycofał się w doskonałym porządku do Flandrii. (…)

Na dworze hiszpańskim zapanowała wielka radość z powodu konklawe, gdyż papież Urban VII z Castagny, kardynał San Marcello, który pozyskał wielu przyjaciół w Hiszpanii, kiedy jako nuncjusz ochrzcił infantkę. (…) Po surowych dniach papieża Sykstusa V, perspektywa układania się z papieżem, dla którego pół miliona dukatów stanowiło drobnostkę było dla doradców w Madrycie i ich pana bardzo krzepiące. W dniu, w którym król Filip usłyszał o wyborze, wziął wolny dzień i udał się ze swymi dziećmi na polowanie, na króliki. Jednak Urban żył zaledwie parę dni. W październiku nastąpił po nim Grzegorz XIV, z bogatej mediolańskiej rodziny. Miało się dopiero okazać jaki punkt widzenia zajmie nowy papież. Polityka Grzegorza była dla Hiszpanii wysoce satysfakcjonująca. W marcu roku 1591 odnowił wyrok ekskomuniki przeciw Henryka Nawarry i wyłożył pieniądze na rzecz Ligi. Zmarł jednakże w tym samym roku a jego następcą został kolejny papież, który żył krótko – Innocenty IX. (…)

Był to dla Filipa krytyczny moment. Podczas gdy leżał, tak złożony podagrą, że w Londynie donoszono o jego śmierci, król Nawarry, silnie wsparty przez protestanckich żołnierzy angielskich i szkockich, wyruszył by oblec Rouen. Filip posiadał w Langwedocji niewielką armię, która pomagała tamtejszym członkom Ligi, oraz kolejną w Bretanii, która dokonała szeregu znaczących czynów. Widział że trzeba czegoś więcej aby pokonać Nawarczyka. W sierpniu 1591 rozkazał księciu Parmy by powrócił do Francji. Gdy książę Parmy dokonał odsieczy Rouen, król wykorzystał jego przewagi by zażądać od Mayenne’a zwołania Stanów Generalnych aby uznały prawa jego córki do francuskiego tronu. Znajdował się na silnej pozycji, albowiem dostarczał Lidze nie tylko pomoc wojskową, lecz olbrzymie subsydia w pieniądzu. Skarżył się, nie bez racji, że mógłby zażądać wydania w zastaw francuskich miast i fortów, jak to uczyniła wcześniej Elżbieta, uzyskując je od Coligny’ego, lecz nie chce ingerować we francuską suwerenność, zaś jego wyłącznym celem jest utrzymanie w tym kraju religii katolickiej. Faktycznie, nie naciskał na wybór Izabeli Klary Eugenii. Zaproponował ją jedynie jako najbardziej logicznego kandydata, gdyż była wnuczką Henryka II i brak było jego żyjących zstępnych płci męskiej. Podczas gdy Stany Generalne przygotowywały się do zebrania w Reims, Aleksandra Parmeńskiego, poważnie rannego podczas ataku na miasteczko Caudebec, odwożono w lektyce do Flandrii. Zmarł 2 grudnia, w wieku 46 lat jako jeden z największych dowódców Europy na przestrzeni wieków (…) Jak tylko Mayenne dowiedział się o śmierci Parmeńczyka, przeniósł zebranie Stanów do Paryża, gdzie był bardziej niezależny od wpływów hiszpańskich. (…)

Papież Klemens VIII okazał się jednym z najbardziej świątobliwych papieży szesnastego stulecia. Jego długie panowanie (przeżył Filipa o siedem lat) należało do najbardziej chwalebnych w dziejach Kościoła. Spowiadał się każdego dnia, pościł dwa razy w tygodniu, nosił włosiennicę oraz ukazał pogodny i pokorny sposób bycia, co stanowiło wyraźny kontrast z tytaniczną osobowością Sykstusa V. Każdy polityk, który poszukiwał pod miękką mową Klemensa jakiejkolwiek bojaźliwości bądź jakiegokolwiek egoizmu za jego łagodnym i opanowanym spojrzeniem, był skazany na niemiłą niespodziankę. (…)

Klemens wprowadził na papieskim dworze rygorystyczne reformy, rozpoczął program tego co miało zostać teraz nazwane „Ulga dla gospodarstw”, aby wyzwolić chłopów spod nadmiernego opodatkowania, ograniczył miejsce zamieszkania żydowskich lichwiarzy do Rzymu i Ankony aby chronić przed nimi całą ludność chrześcijańską, zbudował Kolegium Klementyńskie, sprokurował temat dla Shelleya, każąc stracić Beatrycze Cenci za zabójstwo jej ojca, zmiażdżył bandytów i samowolnych rzymskich szlachciców, tak surowo jak uczynił to Sykstus, oraz spowodował spalenie dominikańskiego apostaty  Giordano Bruno, drwiącego ze wszystkich religii, tak z chrześcijańskiego, jak z żydowskiego objawienia, oraz nauczającego pogańskiej filozofii, która, jeśliby została przyjęta, zniszczyłaby społeczeństwo. Gdy książę Sesy poinformował nowego papieża, ze swą zwykłą zadziornością, że Filip II uznałby za śmiertelną obrazę, gdyby papież pozwolił aby książę Nevers przybył do Rzymu w interesach Henryka Nawarry, Klemens spokojnie go uciszył, mówiąc że pozwoli księciu Nevers aby przyjechał jako osoba indywidualna, nie jako ambasador, oraz wysłucha tego co ma do powiedzenia. Udzielił księciu Nevers pięciu audiencji. Jednakże nie chciał być narzędziem Henryka Nawarry, podobnie jak Filipa II, i przez jakiś czas odmawiał zatwierdzenia pojednania dokonanego przez biskupów francuskich.

Córka Filipa już utraciła koronę Francji. Choć bardzo niewielu katolików wierzyło w szczerość Henryka, podobnie jak papież Klemens, stało się jasne dla francuskich rojalistów na zgromadzeniu Stanów Generalnych, że wybór któregokolwiek z kandydatów Hiszpanii spowoduje iż wojny hugenockie będą się ciągnęły w nieskończoność. Z drugiej strony, Henryka wspierali kalwiniści i katoliccy politiques. Pochodził z królewskiego rodu i był Francuzem, zaś najważniejsza obiekcja ze strony Ligi Katolickiej dotyczyła jego protestantyzmu.

Ze swej strony Henryk widział że jeśli uzyska koronę jako protestant, będzie nadal miał przeciw sobie Ligę oraz wszystkie najszczersze umysły katolickie. Odważnie zdecydował zatem że zaryzykuje urażenie mniejszości protestanckiej. Nie jest pewne czy cyniczny komentarz „Paryż jest wart Mszy” oddaje mu sprawiedliwość. Istnieje inna wersja że bardzo wpłynęły na niego argumenty pewnych jezuitów. Wedle tej wersji Henryk, po wielu deliberacjach, zwołał grupę pastorów protestanckich i zapytał ich czy uważają że człowiek może zostać zbawiony w Kościele Rzymskokatolickim. Zgodzili się że może. „Dlaczego zatem” – zapytał Henryk – „porzuciliście go? Katolicy utrzymują że nie ma zbawienia w waszym kościele, lecz wy przyznajecie że możecie zostać zbawieni w ich. Mój zdrowy rozsądek skłania mnie do przyjęcia bezpieczniejszego wyjścia i wyboru religii, w której, wedle świadectwa całego świata, mogę sobie zapewnić szczęście wieczne.”

Filip posłał czterech ambasadorów aby prowadzili negocjacje ze Stanami. Mieli uczynić wszystko co w ich mocy aby infantka została wybrana królową. Jeśli okazałoby się to niemożliwe, mieli poprzeć wybór wicekróla Portugalii – kardynała Alberta bądź Ernesta – brata Rudolfa II. Jeśli i to by się nie udało, należało wesprzeć młodego księcia Gwizjusza a nawet kardynała Lotaryngii. Sukcesem byłby wybór katolika, a przede wszystkim wykluczenie wszystkich protestantów w owczej skórze, takich jak Henryk Nawarry. Hiszpańscy szlachcice przemawiali odważnie, lecz stracili grunt pod nogami, gdy politiques zorganizowali publiczne pokajanie się i pojednanie Henryka z Kościołem. Ceremonia ta została zaplanowana, ku wielkiemu oburzeniu Hiszpanów, na 25 lipca, dzień świętego Jakuba. Henryk, we wspaniałym białym odzieniu, udał się do kościoła St. Denis, zapukał w zamknięte drzwi i, wzywając miłosierdzia Bożego, przysiągł że uznaje wyłącznie jeden Kościół, święty, katolicki, apostolski i rzymski oraz pragnie w nim żyć i umrzeć oraz że będzie go ochraniał i bronił swą krwią i życiem, wyrzekając się wszelkich herezji i innych religii. Arcybiskup Brugii uwolnił go od ekskomuniki, pod warunkiem uzyskania zgody papieża, a Henryk udał się do Spowiedzi i wysłuchał Mszy. (…)

Papież uważał że, czyniąc Henryka królem, wybiera mniejsze zło. Czas pokazał że w argumentach Filipa II było sporo słuszności. Choć Henryk IV obiecał każdemu Francuzowi kurę do garnka i na pewien okres przywrócił pokój w kraju, w ostatecznym rozrachunku sprawił że Francja jęczała pod wysokimi podatkami jakie nałożył by zaspokajać swe kosztowne nałogi oraz wepchnął Europę w konflikt, który swe niszczące apogeum osiągnął podczas wojny trzydziestoletniej. Francja jako całość pozostała katolicka, podczas gdy protestantom zapewniono tolerancję. Jednak wszyscy doradcy Henryka —Sully, Du Plessis, Mornay, D’Aubigne— byli protestantami albo nie wyznawali żadnej religii, poza katolikiem Villeroi, jego sekretarzem stanu od spraw zagranicznych. Henryk nie zaprzestał zdobienia nowych budowli owym znakiem wolnomularzy, różokrzyżowców oraz gnostyków, który stanowił część jego spuścizny po Jeanne d’Albret. „Stał się katolikiem we Francji” – powiada Guizot – „nie przestając być podporą protestantów w Europie.” Nie jest jedynie kwestią przypadku że sprzymierzył się z Turkami przeciw Hiszpanii a w roku 1595 podjął negocjacje z utajonymi żydami z Hiszpanii.

Wraz z edyktem nantejskim po raz pierwszy w dziejach chrześcijańskiej Europy doszła do władzy grupa ludzi, zdolna do swobodnego wdrażania politycznych teorii l’Hôpitala i Les Politiques. Odwołując się do ludzkiego głodu wolności, ich doktryna zawierała w sobie paradoksalnie nasienie tyranii nowoczesnego państwa totalitarnego. Cabrera ze szczególną przenikliwością dojrzał powyższą okoliczność. Jak zauważył, politiques byli skłonni poświęcić Kościół dla kwestii politycznych, „zaś ta niegodziwość les politiques zrodziła się z ich własnego zapatrywania, które uznawało religię za akcydens Państwa, gdyż to drugie ją ustanowiło, oraz że Władca ma wierzyć jedynie w to co prowadzi do zachowania Państwa; co było widoczne w radzie jakiej udzielili Bearne’owi aby poprosił papieża o absolucję, gdyż jego wsparcie będzie cenne, ale gdyby jej odmówił, samo poproszenie o nią będzie warte tyle co jej uzyskanie, zaś we Francji istnieją biskupi, którzy mu jej udzielą (…) Wszystko to prowadziło ku rozdzieleniu z Kościołem Boga, którego gniew, jeśli się nie zmienią, rychło na nich spadnie.” (…)

Owa tolerancja zależała wyłącznie od przychylności Państwa, od którego nie było żadnego odwołania. Tendencja jest oczywista i w długiej perspektywie musiała stopniowo prowadzić od państwa katolickiego, w którym chrześcijaństwo było uważane za nałożony przez Boga obowiązek (choć w praktyce istniała tolerancja wobec żydów i innych, pod warunkiem że nie ingerowali oni w wiarę i praktykę chrześcijan), do nowoczesnego państwa totalitarnego, które, po doprowadzeniu do logicznej konkluzji, musiało okazać się antykatolickie oraz antychrześcijańskie. Zasada tolerancji, w takiej formie jak przywoływali ją wrogowie Kościoła katolickiego, uwalniała w tej samej przestrzeni dwie siły nie do pogodzenia, z których jedna musiała zwyciężyć. „Kto nie jest ze Mną, jest przeciwko Mnie.” Apel o tolerancję idei antykatolickich osłabił Kościół. Ponieważ Kościół stanowił jedyną możliwą instancję odwoławczą od tyranii Państwa, rezultatem było rozpasanie tego ostatniego i skupienie w rękach polityków całej władzy, co do której istniała w średniowieczu delikatna równowaga oparta na podziale między obie instytucje. Państwo (jeśli nie stałoby się katolickie) było skazane na wykorzystanie tej przewagi i w efekcie końcowym – uczynienie się absolutnym, odpychając drabinę tolerancji, dzięki której wzniosło swą głowę ponad Kościół. Tak to wyglądało przynajmniej w zachodniej Europie. W Niemczech, jak zauważył Bernhardi, totalitarny pogląd Treitschkego był następstwem Lutra. Z fermentu szesnastego stulecia, wprawionego w ruch przez ducha sprzeczności, który powtarzał na przestrzeni stuleci kpiny oraz szyderstwa faryzeuszy i saduceuszy, wyszedł, w dwóch pozornie rozbieżnych kierunkach, prowadzących, zależnie od okoliczności, do komunizmu bądź do faszyzmu, jeden impuls wiodący ku jakiemuś ostatecznemu absolutyzmowi państwowemu, który będzie stanowił w każdym aspekcie antytezę chrześcijaństwa. (…)”

[1] refować – zmniejszać powierzchnię żagli np. przy silnym wietrze

fragment książki T. Walsha: Phillip II, tłum. własne

O tzw. nocy świętego Bartłomieja – uzupełnienie

„(…) Coligny razem z Kondeuszem uknuli na jesieni roku 1567 nowy spisek aby pojmać Karola IX i jego matkę. Faktycznie, zarówno papież Pius w Rzymie, jak i Alba w Niderlandach byli przekonani, na podstawie informacji jakie otrzymali, że przywódcy hugenoccy zamierzali ich zabić i wysłali ostrzeżenia w tej kwestii. Coligny napisał do zborów kalwińskich, wzywając je do chwycenia za broń przeciw swemu królowi. Wraz z przyjaciółmi zebrał znaczną siłę z nadzieją pochwycenia Karola, gdy ten wyjechał na łowy w dzień świętego Michała. Jednak, dzięki przestrogom papieża i Alby, Katarzyna Medycejska wezwała 6 tysięcy Szwajcarów aby odstraszyli jazdę Kondeusza oraz Colignyego i król przedostał się bezpiecznie. Hugenoci zajęli Saint Denis, święte miejsce pochówku królów Francji i zamierzali je splądrować. Sytuacja rodziny królewskiej i Kościoła stała się krytyczna, gdy legat papieski ocalił ich, przekazując 200 tysięcy skudów, składając w imieniu papieża obietnicę przesyłania kolejnych 25 tysięcy co miesiąc. Alba posłał przez granicę 1500 jazdy. Francuscy katolicy, z pomocą hiszpańskich tercios, odnieśli w krwawej nocnej bitwie pod Saint Denis wspaniałe zwycięstwo. Waleczny, stary konstabl Montmorency, ongiś wróg Filipa II spod Saint-Quentin zginął, walcząc ramię w ramię z żołnierzami Alby. Brutalna wojna domowa rozgorzała na nowo w całej Francji.

Katarzyna Medycejska z pomocą piechoty, którą Alba wysłał teraz aby wesprzeć jazdę, mogła raz na zawsze rozbić przeciwnika. Jednak potwornie przerażona, pozostająca nadal pod urokiem politycznego katolika l’Hopitala, robiła dokładnie to czego oczekiwał Coligny. Po pierwsze, powiadomiła papieża, że zawrze z buntownikami pokój, jeśli nie prześle jej kolejnych 200 tysięcy skudów. „Święty papież, który oddał by samą swą pobożną krew w obronie Kościoła, dostarczył je.” Jak tylko królowa matka otrzymała pieniądze, zawarła 30-dniowy rozejm, podczas którego l’Hopital spotkał się z Kondeuszem i ustalili warunki korzystnego dla pokonanych hugenotów pokoju.

Na podstawie owej niesławnej umowy Karol IX miał zapłacić niemieckim protestantom, którzy najechali jego kraj aby walczyć po stronie jego wrogów, zaś wydatek ten pokrył z pieniędzy podarowanych mu przez papieża! Cabrera z pewnością nie przesadza, gdy zauważa że św. Pius został „poważnie urażony”, stając się ofiarą takiej medycejskiej nieuczciwości ze strony Katarzyny i jej syna. Pomimo to, wspaniałomyślnie udzielił dalszej pomocy, z wielkim poświęceniem, gdy hugenoci znów chwycili za broń. To ponad kluczami tarczy herbowej tego bohaterskiego papieża, lśniącej na papieskim sztandarze na polu Montcontour, pewni hugenoccy żołnierze widzieli, na tle błękitnego nieba, uzbrojonych jeźdźców z wyciągniętymi krwawymi mieczami, tuż przedtem, zanim nie zostali rozbici i rozproszeni przez katolicką armię. (…)

Katarzyna i Karol poprzez haniebny pokój w Longjumeau (23 marca 1568), pozwolili sobie podstępem wydrzeć całą przewagę wspaniałych zwycięstw wygranych przez francuskich katolików. Coligny i Kondeusz nie czynili tajemnicy z tego, że ów niezasłużony triumf pozwoli im skoncentrować całość sił przeciw Hiszpanii w Niderlandach i w ciągu kilku miesięcy podpisali z Wilhelmem Orańskim tajemny układ zaczepno-obronny. (…)

Papież obawiał się że hugenoci podejmą najazd na Włochy. Całą wiosnę w Rzymie spodziewano się że niemiecka jazda protestancka, opłacona niedawno przez Katarzynę Medycejską z pieniędzy papieża, przekroczy Alpy, przynosząc nowe zniszczenia. (…) Najgorsze jednak były wieści o tym co francuscy kalwiniści robili na Wschodzie. Nie tylko Wilhelm Orański wzywał swego przyjaciela, żydowskiego bankiera aby wypuścił psy wojny przeciw Hiszpanii, ale również oficjalny ambasador Francji w Konstantynopolu, który był hugenotem, omawiał z Pialim Paszą sojusz wszystkich sił protestanckich z Turkami w celu podboju Italii oraz upokorzenia Hiszpanii i innych katolickich państw, obiecując że po zniszczeniu świata chrześcijańskiego „zjednoczą się i będą jednej wiary z Turkami.”(…)

Katarzyna wprawdzie nie chciała by hugenoci rządzili, lecz niemal tak samo obawiała się Gwizjuszy. Pius V zauważył pewnego dnia, że owa rodzina była bardzo oddana religii, lecz czasem myślał że w jej pobożności było tyleż samo interesowności co świętej żarliwości oraz że pożądliwa ambicja kardynała Lotaryngii, jak powiedział, była prawdziwym powodem nieufności do niego Katarzyny. Pragnąc przyjaźni Filipa II (albowiem w jej braku mogła się znaleźć na łasce Coligny’ego), chciała również uniknąć sytuacji, w której Filip lub Gwizjusze mogli narzucać jej swoją wolę. Było dla niej charakterystyczne że, tuż po poddaniu się Colignyego i Kondeusza na wiosnę 1568 roku, planowała zabójstwo ich obojga. Na szczęście ośmieliła się przedstawić tę sprawę papieżowi Piusowi, który od razu potępił ten pomysł, mówiąc że nie może go poprzeć ani doradzać, ani nawet w swoim sumieniu nie jest w stanie sobie wyobrazić takiej rzeczy. Tak donosił ambasador Filipa, dodając że papież z pewnością ma rację, albowiem czyn taki spowodowałby wielką szkodę dla sprawy chrześcijańskiej. (…)

Mniej więcej w tym samym czasie admirał Coligny postanowił wysłać swego brata, ekskomunikowanego kardynała, w specjalną misję do Cecila. Odet de Chatillon poślubił obecnie swą byłą kochankę. Okazał się do niej bardziej przywiązany niż inni przywódcy Reformacji do swoich wybranek. Wilhelm Orański pozostawał w separacji ze swą żoną – Anną saską, która stała się kochanką człowieka znanego w korespondencji rodu z Nassau jako R–. Żona R., aby domknąć ów krąg cudzołóstwa, była kochanką hrabiego Jana de Nassau, młodszego brata Wilhelma. Sam książę Orański miał poślubić zakonnicę apostatkę, a następnie stać się zięciem Colignyego. Jednakże kardynał Chatillon wraz z żoną, jak nazywano ich w Anglii, wydawali się wzorem partnerskiego szczęścia w swoich spotkaniach i rozrywkach z udziałem osób z nowej szlachty protestanckiej, której nazwiska widnieją w kronikach masonerii. Na przykład sir Tomasz Gresham, został wysłany przez Cecila aby spotkać się z „Kardynałem” i jego żoną przy Tower Wharf, oraz zabrać ich na noc do swego domu na ulicy Lombardzkiej. „Udawszy się do Londynu” – powiada Strype – „Kardynał nie tracił czasu i bezpośrednio skontaktował się z Cecilem (…) o którego cnotach tak często słyszał od swego brata admirała Coligny’ego.”

Zabawianie owego dystyngowanego apostaty przeszło następnie w ręce innego rzekomego wielkiego mistrza masonerii – sir Tomasza Sackville (obecnie lorda Buckhurst), i miało miejsce w królewskim pałacu w Skeen, którego część on i jego matka wynajęli od królowej Elżbiety. Obowiązki gospodarza, jak się wydaje, okazały się ciężkie dla autora Gorbuduca. Uznał za konieczne napisać 30 września obszerny list do lordów z Tajnej Rady, broniąc się przed zarzutami królowej, która była niezadowolona że nie zabawia należycie kardynała. Jechał całą noc aby stawić się rankiem do dyspozycji i omówić z urzędnikami Jej Wysokości w jaki sposób lepiej podjąć Chatillonów. Miał tylko „jeden baldachim i łoże”, które nie były zajęte, lecz oddał je kardynałowi, podobnie jak kolejne łoże, na którym spały służące jego żony i „położył je na ziemi”. Co gorsza „swój własny nocnik i dzban użyczyłem kardynałowi i potrzebowałem go sam.” Udał się do miasta aby zdobyć długie stoły, naczynia kuchenne oraz kotary i łóżka. Ponieważ nie było „nakryć stołowych i pościeli”, musiał posłać służbę aby jakieś znaleźli i „mospan z Leceter przesłał dwie pary prześcieradeł dla Kardynała, zaś od mospana szambelana uzyskali jedną doskonałą parę dla biskupa z dwoma innymi zwyczajnymi oraz zamówiłem do tego dziesięć kolejnych par z Londynu.” Takie to trudności przechodził gospodarz hugenockiego kardynała. W kwestii religijnej jego misja okazała się świetnym sukcesem. (…)

Czasy były krytyczne. W Anglii sztandar Pięciu Ran runął, zaś kraj został ponownie skąpany w katolickiej krwi. Na drugim krańcu Europy „ludzie są bezlitośnie i okrutnie zabijani tysiącami we wszystkich miastach i wielu wsiach, zamarzają na śmierć lub giną od przemocy. Zboże, bydło i wszystkie inne rzeczy potrzebne do utrzymania człowieka są palone. Rosja, oderwana przez schizmę od Wikariusza Chrystusa nie jest w stanie odegrać żadnej roli w ocaleniu świata chrześcijańskiego, pod rządami Iwana Groźnego. Litwa i Polska pod wpływami z Niemiec wydawały się stać na krawędzi przejścia ze strony katolickiej na antychrześcijańską. Zygmunt II August- władca obu państw był rozrzutnikiem i libertynem, otoczonym przez żydów i protestantów. Rabin Mendel Frank z Brześcia był tak wpływowy, że nazywano go urzędnikiem królewskim. Nawet chłopi jęczeli pod wyzyskiem żydów, którym zadłużony król przekazał przywilej pobierania podatków. Sytuacja ta stanowiła po części skutek religijnego pokoju w Niemczech. Cesarstwo, ciesząc się iluzorycznym pokojem wewnętrznym, którego pozorność nie została ujawniona aż do wojny trzydziestoletniej, znajdowało się w najpoważniejszym niebezpieczeństwie ze strony tureckich podbojów na Wschodzie.

We Francji zwycięskie boje katolików wydawały się zmarnowane. Coligny, uzyskując władzę nad godnym pogardy umysłem Karola IX, skłonił go do wydania siostry – Małgorzaty za Henryka Nawarry, szukania bliższego sojuszu z Anglią oraz posłania Genlisa na czele 5000 hugenotów przeciwko Hiszpanom w Niderlandach, na początku roku 1572. Pozycja Alby z nieopłaconymi buntującymi się żołnierzami oraz niewielkim dochodem ze znienawidzonego podatku nie była dogodna. Coligny był tak pewny siebie, że nalegał na otwarte wypowiedzenie wojny Hiszpanii. W końcu sprawił że młody król Karol przestał ufać swej matce. Czas Katarzyny Medycejskiej wydawał się policzony. (…)

Śmierć papieża Piusa V w roku 1572 była feralnym zdarzeniem dla Ligi, której był samym sercem. Zaiste, wydawał się mężem wysłanym przez Opatrzność aby stawić czoło wielu potrzebom swoich czasów. Wykonał niemal niemożliwe zadanie wprowadzenia reform Soboru Trydenckiego. Zadał Turkom najsilniejszy od dziesięcioleci cios. Podniósł na duchu i umocnił katolików wobec zagrożenia ze strony protestantów i innych wrogów we wszystkich częściach świata. Usunąć z Rzymu nierządnice. Przegnał żydów, nie z powodu swego okrucieństwa, lecz dlatego, iż stanął przed wyborem owego surowego rozwiązania bądź pozwolenia aby jego lud był wyzyskiwany i niszczony. Jego rządy były jak silne lekarstwo przywracające zdrowie światu chrześcijańskiemu. Jego działanie wobec chorej tkanki było często niemiłe, lecz osiągało swój cel. (…) Jego następca Grzegorz XIII (…) kontynuował dzieło Piusa V w kwestii Soboru Trydenckiego, na wysokie stanowiska mianował jedynie najgodniejszych oraz wlał nowe życie w cały Kościół, tworząc kolegia i seminaria kształcące księży, przeważnie pod kierownictwem jezuitów, którzy pod rządami św. Franciszka Borgiasza byli teraz w pełni gotowi do swego wielkiego zadania unowocześnienia katolickiego szkolnictwa oraz odnowy poprzez wzrost indywidualnego życia chrześcijańskiego. Grzegorz nie był pacyfistą. Zdawał sobie sprawę że siła stanowiła narzędzie, którego należy używać wyłącznie do obrony Kościoła przed zniszczeniem, a nie do głoszenia jego nauk w znaczeniu pozytywnym. Siła prowadziła do negatywnych skutków. Istnienie Kościoła pochodziło ze słowa Bożego oraz życia na podobieństwo Chrystusa. Podczas gdy ludzie pokroju Alby ufali mieczowi, Grzegorz usilnie przygotowywał nowych kapłanów, którzy mieli zająć miejsce męczenników z Anglii, Francji i Rosji.

Jezuici, dobrze wykształceni i nieulękli, byli gotowi do pracy. Jeden z nich przekonał protestanckiego króla Jana III ze Szwecji, że Kościół katolicki był jedynym prawdziwym Kościołem Chrystusowym. Inni głosili Ewangelię nad Gangesem, w Singapurze, Pekinie i Japonii. Nawrócili trzech japońskich władców Bungo, Arimy i Omury, którzy wysłali do Rzymu ambasadorów z podziękowaniami dla Grzegorza, że zaniósł im dobrą nowinę Chrystusową. Szkoły jezuickie w Niderlandach odzyskiwały ludzi dla Kościoła równie szybko jak kalwiniści prowadzili ich na manowce. W Niemczech, Polsce i Anglii inni jezuici, gotowi na przelanie własnej, a nie cudzej krwi, zaangażowali się w tytaniczne starcie o dusze całych narodów. Powyższe stanowiło przypuszczalnie największe osiągnięcie Grzegorza XIII. Nie był on jednakże ślepy na potrzebę kontynuowania walki jaką prowadził Pius V przeciw islamowi. Posłał legatów na całą Europę, pragnąc zjednoczyć władców chrześcijańskich.

W rzeczywistości wszystkie te sprawy (…) stanowiły etapy jednego międzynarodowego konfliktu. Na przykład, kiedy Zygmunt August zmarł bezpotomnie w roku 1572 wielu pobożnych katolików w Europie miało nadzieję że polska szlachta wybierze na jego następcę lepszego katolika. W praktyce wydał on swój kraj w ręce bogatych żydowskich poborców podatkowych i lichwiarzy, jak również arian, socynian i innych antytrynitarnych protestantów, nazywanych przez ludzi pół-żydami. Los kraju zależał od magnaterii, która dominowała w parlamencie, więc trwał pojedynek na śmierć i życie między żydami a jezuitami o dusze tychże ludzi. Jak zauważa żydowski historyk Dubnow: „choć coraz bardziej przesiąkająca klerykalnymi tendencjami, co stanowiło owoc edukacji jezuickiej, magnateria w większości przypadków rozciągała swą opiekę nad żydami, z którymi była związana wspólnotą interesów gospodarczych.” Innymi słowami, była albo zadłużona u żydów albo zatrudniała ich do pobierania ciężarów na ich rzecz od chłopów, oczywiście ze znacznym zyskiem dla poborców, którzy pobierali swe należności z mleczarni, młynów, gorzelni i gospodarstw. Żydzi „byli niezastąpieni dla wygodnego magnata, który chciał aby jego posiadłości były samowystarczalne, podczas gdy on przebywał w stolicy, na dworze, na wesołych zabawach lub burzliwych sesjach sejmów i sejmików, gdzie polityka była traktowana raczej jako rodzaj rozrywki niż poważna sprawa. Owa polska arystokracja ograniczała antysemickie zapędy kleru.” Wśród tejże arystokracji szerzył się kalwinizm. „Dlatego też” – jak wskazuje Graetz – Polska stała się „dla żydów drugim Babilonem.”

Do głównych propagatorów nowej „Reformy” należeli Socyn, Blandreta oraz Paruta, „włoscy” uczniowie Michała Serwetusa, hiszpańskiej ofiary Kalwina. Ci, jak radośnie dodaje Graetz, „podkopywali fundamenty chrześcijaństwa”, w części przyjmując judaizm w takim stopniu iż „odrzucali cześć dla Jezusa jako osoby boskiej. Różni ich przeciwnicy szydzili z nich jako ‚pół-żydów.'” Taki był charakter polskiego protestantyzmu, podobny do XVI-wiecznego protestantyzmu w innych krajach.

Filip II oraz papież Grzegorz byli w pełni świadomi zagrożenia związanego z tą północną linią frontu. Z powodu braku lepszego kandydata, obaj poparli kandydaturę cesarza Maksymiliana II do korony polskiej. Mieli nadzieję że syn Maksymiliana Rudolf będzie bardziej katolicki niż jego ojciec. Zgłoszono szereg innych kandydatur, w tym rosyjskiego Iwana Groźnego. Katarzyna Medycejska wystawiła swego drugiego z żyjących synów – Henryka, księcia d’Anjou. Jej żydowski astrolog Nostradamus obiecał że każdy z jej synów będzie nosił koronę. Obawiając się iż Henryk uzyska swoją dzięki śmierci brata – Karola IX, powzięła, jak się wydaje, wynikający z zabobonu pomysł, że może tego uniknąć poprzez umieszczenie go na tronie Polski. Co do reszty – kardynał Chatillon negocjował w Anglii małżeństwo jej pozostałego syna – Herkulesa, księcia d’Alencon, z królową Elżbietą. Filip wyrażał niezadowolenie z obu tych ambicje swojej teściowej z dwóch powodów. Nie był pewny czy którykolwiek z tych zepsutych książąt Walezjuszy pozostanie katolikiem. Ponadto, obawiał się wzrostu pozycji Francji, zwłaszcza w czasie, gdy mogła ona przejść w ręce protestanckie. Mimo to, pomimo starań Filipa, papieża, jezuitów i przedstawicieli Cesarstwa, Henryk Walezy został wybrany na króla Polski.

Los Polski został przesądzony nie w Paryżu, Rzymie, Madrycie czy nawet Warszawie, lecz w Konstantynopolu. Tam wraz z zanikiem pomyślnej gwiazdy Józefa Nasi, w łaskach znalazł się ponownie wielki wezyr Mehmed Sokolli. Jego zaufanym doradcą był Solomon ben Natan Aszkenazi, niemiecki żyd urodzony w Udine, który w dzieciństwie wyjechał do Polski i został głównym medykiem króla Zygmunta II. Następnie udał się do Wenecji, potem do Turcji, gdzie jako wenecki poddany, znalazł się pod opieką dyplomatów Republiki. Ci uznali go za użytecznego. Był osobą o ujmującej powierzchowności, rabinem i lekarzem oraz glosatorem Talmudu. Jak się wydaje rywalizował z Józefem Nasim o nieoficjalne przywództwo światowego żydostwa i został jego następcą w tej roli. Czy możemy wierzyć wszystkiemu co o jego wpływach mówią wiodących żydowscy historycy? Jak wskazuje Graetz: „podczas gdy Turcy walczyli przeciw Wenecjanom, Salomon Aszkenazi zaczął tkać osnowę przyszłego traktatu pokojowego. Rządy chrześcijańskie nie podejrzewały, że przebieg wydarzeń, który zmusił ich do przystąpienia do jednego stronnictwa albo drugiego, został napędzony żydowską ręką. W szczególności miało to miejsce w sprawie wyboru króla polskiego.” Senat wenecki sprzeciwiał się negocjacjom z Aszkenazim, lecz Sokolli nalegał, podczas gdy konsul Republiki, Barbaro, zapewniał Signorię, że Aszkenazi darzył Wenecję gorącą przyjaźnią. W końcu Aszkenazi przybył do Wenecji, został tam przyjęty i uzgodnił traktat pokojowy, który zadał ostateczny cios Lidze spod Lepanto oraz, przypuszczalnie w ramach części ceny za pośrednictwo, zapobiegł wypędzeniu żydów z Wenecji, gdzie opinia publiczna, z różnych powodów, powstała przeciw nim.

Aszkenazi pozostawał w kontaktach z Colignym za pośrednictwem francuskiego ambasadora Monluka (hugenota). Nastąpiła znacząca seria negocjacji, spisków i intryg. Należało bez wątpienia zabezpieczyć się jaki kurs Henryk Walezy przybierze wobec żydów i protestantów, gdyby tureccy żydzi, cichcem wspierani przez żydów, którzy trzymali w swych rękach tak wielu polskich magnatów, umieściliby go na tronie. Tymczasem Coligny planował potworne uderzenie na Hiszpanie jednocześnie z trzech różnych kierunków. Podczas gdy Genlis i jego hugenoci najechali na Niderlandy, atakując nieopłaconych żołnierzy Alby, Wilhelm Orański miał poprowadzić nowe powstanie protestanckie w tym kraju, zaś Ludwik z Nassau przeprowadzić jego inwazję od wschodu z niemiecką armią protestancką. Elżbieta angielska miała wystąpić otwarcie na rzecz heretyków z Flandrii. Karol IX miał zawrzeć definitywne przymierze przeciw Hiszpanii.

Przygotowując się do tego ciosu, który miał nastąpić zgodnie w ustalonym momencie, Coligny nalegał na przyspieszenie realizacji planów małżeństwa Małgorzaty Walezjuszki, wbrew jej woli i bez dyspensy papieskiej (której odmówili Pius V i Grzegorz XIII), z Henrykiem Nawarry. Cabrera dodaje, że Selim II odegrał pewną rolę w przygotowaniach do owego mariażu, bez wątpienia za pośrednictwem Aszkenaziego i jego agentów. Podczas gdy arystokratyczni przywódcy hugenoccy zebrali się w Paryżu na ów ślub, który, jak żywiono nadzieję, miał zapewnić ich liczącemu 3-4 % ludności stronnictwu całkowitą kontrolę nad biegiem spraw i rozpocząć ostateczne zniszczenie Wiary Katolickiej we Francji, atmosfera gęstniała. Pewnego rodzaju wybuch wydawał się nieunikniony.

Nastąpił on w sposób najbardziej nieoczekiwany i z najmniej oczekiwanej strony. Katarzyna Medycejska, widząc że resztki jej wpływu na Karola IX wymykają się z jej rąk na rzecz Coligny’ego i nie chcąc się pogodzić z pozbawieniem władzy na starość (bo to właśnie a nie obawa o sprawę katolicką nią powodowało – nigdy nie wahała się poświęcić Kościoła), podjęła rozpaczliwe postanowienie. Porozumiała się z Henrykiem Gwizjuszem w sprawie zabicia Colignyego. W opinii młodego księcia trafniejszym określeniem było „wykonanie egzekucji”, albowiem zawsze uważał admirała za mordercę swego ojca.

Coligny został postrzelony z okna przez pana de Montruel. Ponieważ odniósł zaledwie ranę dłoni i ramienia, zabrano go do jego kwatery. Gdyby z arkebuza wymierzono tak celnie, jak wówczas gdy Pultrot wypalił do księcia Franciszka w roku 1562, godne potępienia wydarzenia następnej nocy (Nocy Św. Bartłomieja) przypuszczalnie nie miałyby miejsca. Jednak admirał nie został nawet poważnie ranny.

Zebrani w Paryżu hugenoci głośno grozili pomstą na stronnictwu Gwizjusza i kolejną wojną. Zarówno Karol IX, jak i jego matka, obawiali się jeśli Coligny przeżyje, będzie to stanowiło sygnał do kolejnego okresu rozlewu krwi. Na taką przerażającą perspektywę, znękany i udręczony umysł starzejącej się królowej matki odpowiedział terrorem. W pałacu miały miejsce pospieszne konsultacje, histeryczne przemowy, apele, groźby i płacze. Skamlący Karol udzielił swej zgody. Gdy zapadła noc, grupy zbrojnych spadły na śpiących hugenotów i wybiły tak wielu, jak to było możliwe. Liczba ofiar jest przedmiotem dyskusji. Szacuje się ją na od kilkuset do kilku tysięcy. Rosła wraz z czasem. Coligny został dźgnięty w swej kwaterze i wyrzucony z okna. Jego ciało zawleczono do stajni, gdzie powieszono je za jedną nogę na szubienicy. Mówiono że książę Henryk Gwizjusz podszedł i kopnął w twarz mordercę swego ojca, jak to wcześniej obiecał, nie znając śmierci, którą miał sam ponieść.

W następnych dniach hugenotów zabijano w innych miastach. W licznych miejscowościach katolicy odmówili wykonania królewskich rozkazów i chronili hugenotów. Miało to miejsce w Dijonie, Macon, Rouen oraz arcykatolickim Nantes. Kalwiniści tysiącami uciekali do Anglii, Genewy czy Flandrii. Ich potęga została złamana. Karol uniknął dominacji Colignyego oraz (jeśli możemy wierzyć jego danemu później królewskiemu słowu) spisku na jego życie, zmierzającego do posadzenia na tronie Kondeusza. Katarzyna mogła teraz podjąć na nowo sprawowanie swej zranionej miłości macierzyńskiej. Nawet Motley przyznaje, że powyższe okrucieństwo miało charakter czysto polityczny, a nie religijny, ocenę tę potwierdza późniejszy los Gwizjuszy. Jasno wynika z obszernego współczesnego materiału dowodowego, że Katarzyna i Karol nie mieli zamiaru zabijać hugenotów, gdy, kilka tygodni wcześniej, zapraszali ich na wesele dwóch religii. Ponieważ instrukcje dotyczące przeprowadzenia rzezi docierały do prowincji w różnym momencie, między 24 sierpnia a 5 października, należy rozumieć że żadne uzgodnione działanie nie mogło zostać zaplanowane przed 24 sierpnia. (…)

Z drugiej strony, być może profesor Merriman jest zbyt szlachetny, gdy twierdzi że „dzisiejsza nauka całkowicie wykazała bezpodstawność dawnej koncepcji że zostało to zaplanowane na długo przedtem.” (…) Karol IX omawiał zabójstwo Colignyego z księciem Gwizjuszem „wielce katolickim i lojalnym mężem, pragnącym pomścić śmierć swego ojca pod Orleanem wskutek spisku i na rozkaz Admirała, jak to zaplanowano i uzgodniono podczas wizyt w Bayonne.” Jak ciągnie dalej, król „uzgodnił z księciem Gwizjuszem wykonanie tego, co zostało omówione z Księciem Alby w Bayonne, w roku 1565, wykończenia przywódców hugenockich, a zwłaszcza Admirała, który był nie do zniesienia, by w ten sposób pomścić mord na ojcu [Gwizjusza].” Belloc próbuje wyjaśnić rzeź jako retorsję za dokonaną z zimną krwią masakrę szlachty katolickiej przez hugenotów w Pau trzy lata wcześniej, po tym jak poddali się Henrykowi Nawarry i jego matce w zamian za obietnicę że ich życie zostanie oszczędzone. Zostali zaproszeni na ucztę do pałacu królewskiego i tam wyrżnięty. Jednak, jak przyznaje Belloc, dokładna data owej „pierwszej rzezi Nocy św. Bartłomieja” jest przedmiotem dyskusji.

Nie można jednakże zaprzeczać, że przez szereg przeszłych lat katolicy doświadczyli w obfitości bezlitosnego okrucieństwa swych wrogów oraz obłudy ich twierdzeń, iż walczą jedynie o wolność kultu. To kalwiniści, nie katolicy, wprowadzili do wojny domowej krwawą praktykę nie okazywania litości i nie brania jeńców. Istniała olbrzymia różnica między sądowym skazaniem heretyka przez Inkwizycję oraz dokonywaną z zimną krwią rzezią księży i zakonnic. Można założyć że Gwizjusze i inne opisywane postaci z XVI wieku uśmiechnęliby się na widok pewnych, podejmowanych z dobrymi intencjami praktyk naszych bardziej pokojowych czasów, by przepraszać za czyny, które wydawały się im normalnymi środkami obrony, do których wolny człowiek mógł zostać przywiedziony przez wrogów porządku społecznego. (…)

Filip nad wyraz się ucieszył, gdyż rzeź przywódców hugenockich przyniosła więcej niż zamierzali jej niegodziwi sprawcy. Zmieniła, niemal w ciągu jednej nocy, cały militarny i polityczny układ sił w Europie. Zapobiegła zwycięstwu frakcji kalwińskiej we Francji. Ocaliła w krytycznym momencie interesy hiszpańskie w Niderlandach. Coligny wskazał Wilhelmowi Orańskiemu i jego bratu że główną słabość Hiszpanów w Niderlandach stanowi brak floty. W rezultacie Wilhelm zorganizował flotę kalwińskich piratów, nazwaną Wodnymi Żebrakami, która czyhała na hiszpańskie transporty. Miał czelność wysyłać listy i powołania admiralskie pod szyldem i imieniem króla Filipa II oraz oddał całą tę flotę pod komendę strasznego Wilhelma de la Marcka, jednego z najokrutniejszych łajdaków, którzy plądrowali kościoły i zarzynali kapłanów. Owi żebracy czy też Gueux, zajęli w owym roku Brill, tworząc podwaliny pod to co stało się później Republiką Holandii. Zdobyli Flushing, Walcheren i północną Holandię, zagarniając Leyden i inne miasta katolickie. Alba oblegał Mons. Jeden z jego synów zapobiegł odsieczy Genlisa wraz z 5 tysiącami francuskich hugenotów, rozbijając ich. Jednak Wilhelm Orański pod koniec lipca splądrował miasta na równinie Gueldrii, podczas gdy jego Walonowie pustoszyli domostwa w Ruremonde i wyrżnęli wszystkich zakonników klasztoru kartuzów. Alba zepchnął go do Weert i kontynuował ostrzał Mons, lecz kończyły mu się zapasy.

Ocaliła go rzeź w Paryżu i kazał swojej artylerii oddać salwy na wiwat. W owym roku francuscy kalwiniści nie przyjdą już na pomoc jego wrogom by plądrować kościoły i zabijać żołnierzy. Radość zapanowała również w Rzymie, gdzie papież na wieść w formie raportu, że wykryto spisek czołowych hugenotów by zabić królewską rodzinę, udał się do bazyliki św. Piotra by przyłączyć do uroczystego Te Deum. Następnie kazał wybić medal upamiętniający to wydarzenie – ukazuje on anioła z krzyżem i wyciągniętym mieczem, zabijającego hugenotów. Kalwiniści okazali tak uporczywe okrucieństwo i obojętność na godność ludzką, że najlepsze umysły w Europie patrzyły na nich jak na banitów, którzy nie zasługiwali na nic lepszego niż doraźna sprawiedliwość wymierzana piratom. Aprobowano ich wybicie tak szczerza jak starożytni Żydzi popierali zabicie Holofernesa. Jednakże, Grzegorz zapłakał, gdy dowiedział się prawdy o rzezi w Paryżu.

Katarzyna Medycejska, widząc że wściekłość, którą rozpaliła wymyka się spod kontroli, spędziła kilka strasznych dni i nocy. Jednym, nie jedynym wcale, z jej zmartwień był negatywny wpływ masakry na kandydaturę jej syna Henryka do tronu polskiego. W całej Europie, aż po Bosfor, żyd żydowi przekazywał wieści, że książę d’Anjou był wtajemniczony w cały plan. Niektórzy twierdzili że był głównym podżegaczem, objawiając się teraz w pełni barw jako ten, który może stanąć po stronie katolików przeciw polskim żydom i „pół-żydom”, co było nie do przyjęcia. Nie zgłaszano żadnego sprzeciwu wobec niesłychanych wad tego lubieżnika, który romansował z herezją, lecz możliwość iż pozory jakie okazywał Chrystusowi mogą zmienić się w szczerą pobożność, była niepokojąca. Katarzyna musiała wysłać do Konstantynopola specjalnego ambasadora aby wyjaśnił Salomonowi Aszkenazemu jak sprawy stoją. Zapewnienia okazały się bez wątpienia satysfakcjonujące. Po kilku kolejnych miesiącach pociągania za sznurki Henryk został wybrany królem Polski, na przekór kandydatom popieranym przez Filipa II i papieża Grzegorza. Aszkenazy mógł napisać nowemu władcy Polski „wyświadczyłem Waszej Królewskiej Mości najważniejszą przysługę, zapewniając twój wybór. Sprawiłem wszystko to co się tu wydarzyło.”

Henryk wyjechał do Polski. Angielski ambasador w Paryżu pokazał wysłannikowi Wenecji – Cavalliemu, kopię traktatu podpisanego z Polakami. W jednym z jego artykułów Henryk obiecał spłacić wszystkie długi koronne, w kolejnym zapewnić 400 florenów rocznie na własne wydatki. Jednakże nie chciał zaprzysiąc tych artykułów, albowiem nie zamierzał dotrzymać słowa. Przesyłając te wieści do Wenecji, Cavalli dodał ważne zdanie. Jak przekazał, ambasador angielski „uzyskał tę informację i te instrukcje od heretyckich ambasadorów z Polski, z którymi ma dobre stosunki, co jest typowe dla wszystkich tych heretyków, bez względu na to jak bardzo różnią się w opiniach.”

W tym samym czasie Selim Opój pisał do brata Henryka, iż ma nadzieję że Francja nie przystąpi do Ligi przeciw niemu, lecz wspomni na braterstwo jakie z Portą łączyło jego ojca i dziada. Karol odpowiedział że braterstwa nie zawiedzie. Jak dodaje Cabrera, jak gdyby wyprzedzając relację Graetza: „Selim użył skutecznych środków aby zapewnić ten pokój z Francją”. Tymczasem Solomon Aszkenazy przygotowywał się do swej dyplomatycznej podróży do Wenecji. Kiedy wreszcie wyruszył w maju 1574 roku, prace przygotowawcze zostały tak starannie wykonane, że nie miał większych trudności z przekonaniem tamtejszych kupieckich umysłów do podpisania traktatu z wrogami świata chrześcijańskiego i pozostawienia papieża Grzegorza oraz Filipa II bez pomocy w dalszym prowadzeniu zmagań.

Aby dopełnić ich izolacji kardynał Chatillon, przed swą nagłą śmiercią, rozpoczął w Londynie negocjacje w sprawie małżeństwa między królową Elżbietą a młodym księciem d’Alencon. Książę był znacznie od niej młodszy, niewielki, brązowowłosy niedołęga o głowie zbyt dużej w stosunku do skurczonego ciała i ochrypłym, skrzeczącym głosie. W środku jego dość dziobatej twarzy wyróżniał się groteskowo garbaty i kartoflany nos z pokaźnym wgłębieniem pośrodku, z powodu którego nazywano go Człowiekiem o Dwóch Nosach. Na dworze francuskim nie żywiono wielkiej nadziei że ów elegant będzie odpowiadał wybrednemu gustowi królowej, roznamiętnionej przystojnym Leicesterem. Cavalii napisał do Wenecji że William Cecil, „osobistość o wielkim wpływie na Królową” powiedział w bardzo przychylnych słowach, iż ślub się odbędzie, jednak francuskie Ich Królewskie Mości „powątpiewają czy po tym jak Królowa zobaczy Księcia, nie zechce go odesłać z powrotem…”

Bez względu na motywy – chęć wywołania zazdrości w Hiszpanii, jak opowiadali niektórzy czy odtrącenia księcia, czy też, co bardziej prawdopodobne, utrzymania przychylności Francuzów dopóki Cecil nie zawrze z nimi korzystnego porozumienia, Elżbieta udała się co Cieśniny Kaletańskiej aby spotkać młodzieńca i czekała aż wydobrzeje z jednej ze swych częstych gorączek. Potem, ku ogólnemu zdumieniu, poczuła do niego silne uczucie, nazwała go swą grenouille[1], głaskała publicznie, słuchała jego pochlebczych mów i wydawało się, nawet w oczach dyplomatycznych obserwatorów, że uznaje go za atrakcyjnego. Elżbieta liczyła obecnie lat czterdzieści, wiele chorowała, miała bolesne wrzody na nogach, była kompletnie łysa pod swą okazałą peruką i traciła swe bezbarwne zęby z powodu zapalenia dziąseł. Ze wszystkich jej powabów pozostały jedynie piękne ręce, które ongiś pokazywała Filipowi II. (…)

Tuż przed Nocą św. Bartłomieja, Cecil omawiał z Francuzami przymierze zaczepno-obronne, skierowane głównie przeciw Filipowi II, przedstawiając im atrakcyjną przynętę: jeśli oba państwa podbiłyby razem Niderlandy, większą ich część przekazano by Francji. Projekt ten został powstrzymany przez masakrę. Niedługo potem zręczni intryganci naprawili szkody i wraz z perspektywą małżeństwa Alencona z Elżbietą, Francja i Anglia znalazły się ponownie w stosunkach zbyt przyjaznych jak dla Filipa II. Alba radził swemu panu poróżnienie ich poprzez zawarcie pokoju z Elżbietą. Król miał skrupuły, zwłaszcza po bulli z ekskomuniką. Był w stanie zgodzić się jedynie na traktat handlowy, który Alba podpisał z przedstawicielami Cecila 15 marca 1573 roku. Powyższe odcięło Morskich Żebraków na pewien czas od angielskiej pomocy i dało księciu wolną rękę w ukaraniu buntowników z północnych krain. (…)”

[1] fr. żaba

fragmenty książki: T. Walsha: Phillip II, tłum. wł.

O początku tzw. wojen hugenockich we Francji raz jeszcze

„(…) Królowa Elżbieta, tuż po jej wstąpieniu na tron, wysłała emisariuszy do władców Danii i Szwecji, książąt niemieckich i rządu Szwajcarii „oraz wszystkich państw odłączonych od Kościoła katolickiego”, proponując przymierze „nie tylko w celu obrony ich religii lecz także jej rozszerzania (…) i nie po to jedynie by zabezpieczyć swe własne interesy, ale by spowodować zamęt i szkodę w Koronie francuskiej. Aby przysposobić ludzkie umysły do tego projektu, posłała z Anglii do Niemiec czterech kaznodziejów angielskich, czterech niemieckich i jednego Francuza, aby, udając poruszenie religijnym zapałem i gorliwością, odwiedzili wiele miast i książąt, niekiedy głosząc samemu to co, jak uważali, mogło najbardziej pomóc ich celom, a czasem sprawiając by miejscowi kaznodzieje sami to robili.”

Tymczasem pewien Szkot i Francuz udali ze Szkocji do Anglii, a następnie do Paryża, gdzie na ich prośbę pospieszyło czterdziestu ministrów z Genewy. Zebrali się oni, wraz z innymi propagandzistami na utrzymaniu kalwińskiej wspólnoty w Genewie, w miejscu poza Paryżem, skąd wyruszyli do różnych, przypisanych poszczególnym osobom, regionów Francji, których nazwali się biskupami. Podczas, gdy trwała nasilona kampania obelg przeciw Kościołowi katolickiemu, księciu Franciszkowi Gwizjuszowi, jego bratu, kardynałowi Lotaryngii oraz królowej-matce Katarzynie Medycejskiej, planowano zgromadzenie broni i rekrutację żołnierzy. Następnie, 16 marca 1560 roku, miał zostać przeprowadzony marsz na dwór młodego Franciszka II. Książę Franciszek oraz kardynał jako przywódcy partii katolickiej i główni doradcy króla mieli zostać na miejscu zabici. Kalwin oświadczył że zgodne z prawem było zamordowanie tych, którzy przeszkadzali w głoszeniu ewangelii. Sam król miał zostać stracony, gdyby odmówił przyjęcia przedstawionych mu warunków. Jego matka miała zostać wygnana, jego trzej młodsi bracia i siostra – umieszczeni pod opieką nauczycieli, którzy uczyniliby z nich protestantów. Następnie po dwóch kaznodziejów miało zanieść ewangelię do każdego miasta kraju. Fundusze na powyższą kampanię zamierzano pozyskać, plądrując wyznaczone w tym celu zamożne kościoły, kohorty Reformy miały przeprowadzić tę akcję podczas marszu na królewski dwór.

Kardynał Lotaryngii powiedział Michielowi, weneckiemu ambasadorowi we Francji, że spisek ów zawiązano w Genewie, miesiąc po śmierci Henryka II oraz że w sprawę była zamieszana królowa Elżbieta. Stwierdzenie powyższe znajduje pewne potwierdzenie w liście Throckmortona, ambasadora rządu Cecila na dworze francuskim, z 13 lipca 1559 roku, to jest dzień po śmierci Henryka II, wskazującym, że nadszedł korzystny moment dla wszystkich, którzy pragnęli wywrzeć zemstę na Francji oraz sposobna chwila dla Anglii by pomyśleć o odzyskaniu Calais. (…)

Francja została pozostawiona w słabych, niedoświadczonych rękach młodego Franciszka II i jego żony Marii Stuart. Między nimi a międzynarodową grupą, która pragnęła ich zniszczyć lub kontrolować, stało stronnictwo katolickie Gwizjuszy, prowadzone przez kardynała Lotaryngii, wielkiego i wiernego męża stanu (choć nieco nazbyt ambitnego i zachłannego), który kochał Francję i Kościół, oraz jego brata – księcia Franciszka, który pokonawszy Albę pod Metzem i dokończywszy, poprzez odzyskanie Calais, dzieło świętej Joanny, stał się ulubieńcem ludu, szczególnie paryskiego. Kiedy dwór francuski, po wyjeździe księżniczki Izabeli do Hiszpanii, przeniósł się do Blois, tuż przed Bożym Narodzeniem roku 1559, potajemna intryga rozszerzała się po całej Europie. Jej potężna skala i wrogie zamiary nie ulegają wątpliwości. We Francji jej głównym inspiratorem był Ludwik de Bourbon, książę Conde, który powierzył wykonanie zdradzieckiego czynu szlachcicowi z Perigord, Barremu, panowi  La Renaudie, człowiekowi tak impulsywnemu i nieroztropnemu, jak on sam. Tyle się w ogólnych zarysach przyznaje. (…)

Prawnik – Franciszek Hotman przekazał plan spisku, uzyskany od swego teścia – Prevosta – pana Saint Germaine, Sturmowi i innym protestanckim wygnańcom w Strasburgu. Po wszystkim on i Sturm donieśli na siebie wzajemnie. 5 lutego 1560 roku przywódcy różnych frakcji spiskowych odbyli spotkanie. Trzy tygodnie później Sturm, Hotman i reszta donieśli Kalwinowi, że pod bronią znajduje się 40 tysięcy ludzi, gotowych by wyruszyć. Jest to bez wątpienia liczba przesadzona. Pomimo to, nieświadomej niczego młodej Marii Stuart oraz jej mężowi groziło bardzo realne niebezpieczeństwo.

Jednakże, stało się tak jak się Kalwin obawiał: tu i ówdzie wystąpiły przecieki. Szlachcic Pierre Avenelles przesłał królowi wiadomość o tajemniczych spotkaniach w domu kalwińskiego sąsiada. Jako znanemu wrogowi człowieka, którego zadenuncjował, nie uwierzono mu. Małgorzata Parmeńska, regent Niderlandów, odkryła tam pewne odgałęzienie spisku i poinformowała o tym Granvella, który z kolei przekazał nowinę królowi Franciszkowi. 12 lutego kardynał Lotaryngii jako pierwszy zorientował się co się dzieje. Książę Franciszek Gwizjusz zadziałał błyskawicznie. Ponieważ Blois było zbyt trudne do obrony przy tak małej ilości dostępnego wojska, próbował zwieść nieprzyjaciela, przenosząc króla i królową z lasu do lasu, z zamku do zamku, aż przybyli 22 lutego do dobrze umocnionego zamku Amboise, nad Loarą. Tam też Katarzyna Medycejska wezwała admirała Coligny (kuzyna Kondeusza i znanego hugenota), pod pretekstem że obawia się ataku floty angielskiej.

Dwa dni po tym jak królewska rodzina znalazła się w Amboise, ujawnił się Throckmorton. Przebywał w Metzu i innych miastach wschodniego pogranicza, jak uważali Gwizjusze – by znaleźć dogodne miejsce do napaści na Francję z terenów Niemiec.  Kardynał Lotaryngii niezwłocznie zawiódł ambasadora Cecila do króla i królowej matki. W obecności Coligny’ego, jego brata – kardynała Chatillon, Marii Stuart i innych, Lotaryńczyk oskarżył go o udział w spisku. Throckmorton zaprzeczył. Był niemal tak sprawny jak Cecil w ukrywaniu śladów. Rozpoczęły się aresztowania i wyznania na przesłuchaniach, niektóre uzyskane na torturach. Jak przyznaje Guizot (nie będący przyjacielem książąt lotaryńskich) dowody uzyskane przeciw Kondeuszowi były jednoznaczne. Grupy francuskich szlachciców rozpoczęły wypady z Amboise, by przechwycić nadciągających protestantów. La Renaudie, spiesząc się straszliwie by zmobilizować swe oddziały, najwyraźniej zamierzał dokonać rozpaczliwego ataku na Amboise, kiedy na drodze stanęły mu oddziały Gwizjuszy, pokonały i zabiły podczas walki. Jego ciało zabrano do Amboise i powieszono na szubienicy. Po licznych aresztowaniach nastąpiły przesłuchania i egzekucje. Kalwin wyparł się jakiegokolwiek udziału w spisku, o którym powiedział, że został nierozumnie zaplanowany i fatalnie wykonany.

Po raz kolejny książę Franciszek Gwizjusz został okrzyknięty wybawcą króla, Francji i Kościoła. Wpływy książąt lotaryńskich wydawały się zapewnione. Zdawało się że sprawa hugenocka otrzymała śmiertelny cios. A jednak tumult w Amboise, jak został określony w historii, stanowił jedynie początek długiego, krwawego ciągu wojen hugenockich, z których skutków Francja nigdy się nie podniosła, aż po dziś dzień. Pierwszym uderzeniem w supremację Gwizjuszy okazało się mianowanie kanclerzem Michela de l’Hopitala, który pozyskał zaufanie królowej matki i kardynała Lotaryngii. Deklarował się jako katolik, a jednak jednym z jego pierwszych aktów (kwiecień 1560) było uzyskanie od Katarzyny edyktu z Romorantin, który stanowił klin pozwalający na tolerancję dla nowych doktryn i zapobiegający wprowadzeniu Inkwizycji, co planowali Gwizjusze. Kondeusz został aresztowany podczas zebrania Stanów Generalnych w Orleanie i skazany na śmierć. L’Hopital ocalił mu życie, odmawiając podpisania nakazu egzekucji.

Kolejne i poważniejsze nieszczęście dla Gwizjuszy stanowiła  śmierć króla Franciszka II – 5 grudnia 1560 roku. Wieści o niej dotarły na dwór hiszpański tuż przed Bożym Narodzeniem i spowodowały nie tylko żałobę, lecz również głęboką obawę o to, co wydarzy się we Francji. Maria Stuart w ciągu jednej nocy straciła wszelkie znaczenie. Cała władza, którą posiadali jej wujowie, Gwizjusze, przeszła teraz w ręce królowej matki. Nowy król – Karol IX miał zaledwie dwanaście lat. Któż mógł wiedzieć co uczyni Katarzyna Medycejska? (…)

Katarzyna pragnęła władzy dla siebie. Bez wątpienia obawiała się utraty wszelkiej kontroli nad domem lotaryńskim. Jako katoliczka wzbraniała się oddać pola hugenotom, których przywódcy, co więcej, byli równie apodyktyczni co Gwizjusze, lecz posiadający znacznie mniej skrupułów. Jeśli chodzi o liczebność, nigdy nie stanowili znaczącej mniejszości we Francji. W rzeczywistości, pod koniec roku 1569 obejmowali zaledwie 1/30 całkowitej ludności. Ich siła rodziła się z wsparcia szlachty, zwłaszcza tych starych rodzin z południowych prowincji, gdzie katarzy wyprzedzili wiele doktryn Lutra i Kalwina o prawie 400 lat. Żadna forma protestantyzmu nigdy nie poczyniła wiele postępów we Francji jako religia. Kalwinizm występował raczej jako ruch polityczny. Warto zauważyć, że, podobnie jak protestantyzm angielski, nie miał charakteru ani narodowego, ani demokratycznego, lecz wkradł się potajemnie jako międzynarodowa siła, torując sobie drogę w bogatych rodach, zwykle powiązanych poprzez małżeństwa i interesy.

Można powiedzieć że znalazł wrota do Francji w pozbawionym zasad umyśle owej niemoralnej kobiety – Ludwiki Sabaudzkiej. Jej nonszalancki syn został królem Franciszkiem I, którego polityka i wojny osłabiły autorytet Kościoła, a którego protekcja wobec niektórych z pierwszych heretyckich kaznodziejów dała przyczółek najpierw luteranizmowi, a potem kalwinizmowi (choć sam potrafił też wysyłać luteran na stosy!). Jego córka – Małgorzata z Angouleme, została królową Nawarry – opiekunką głównych siewców herezji we Francji, dzieląc ze swą przyjaciółką Damą z Soubize, jej kuzynką Renatą francuską, księżną Ferrary oraz Gabrielą d’Etampes, kochanką jej brata króla, zaszczyt matkowania „Reformacji” w tymże kraju.

To z zepsutego dworu Małgorzaty wróciła do Anglii Anna Boleyn, przepełniona protestanckimi poglądami i pogańską moralnością. To pod jej opieką Lefevre bronił Reuchlina i pouczał Farela i Rousela. To jej córka Jeanne d’Albret została heretycką żoną nierozumnego króla Antoniego z Nawarry oraz matką Henryka z Bearne (późniejszego Henryka IV), zaś książę Kondeusz – jąkający się, śmiały, kaleki lecz elegancki, był bratem Antoniego. To na jej dworze wreszcie Ludwik de Montmorency wyrósł na tak zagorzałego kalwinistę. Była spokrewniona z konstablem Anne de Montmorency, który romansował z politycznym protestantyzmem, lecz pozostał katolikiem oraz z Montignym i jego bratem Hornesem – przywódcami buntu przeciw Filipowi II w Niderlandach. Jej rzeczywisty wpływ na dzieje Francji rozpoczął się wraz z poślubieniem generała Gasparda Coligny’ego starszego oraz potajemnymi naukami herezji, jakich udzielała swym dzieciom.

Z czwórki jej synów najstarszy Odet we wczesnej młodości został uczyniony kardynałem przez Medyceusza – papieża Klemensa VII, na prośbę Franciszka I. Choć nigdy nie został księdzem, głosował w dwóch papieskich konklawe i stanowił doskonały przykład owego zepsucia w Kościele, które potępiał tak żarliwie, po tym jak został z tegoż wyrzucony. Mieszkający w wielkim przepychu i wystawności, w Paryżu, był mecenasem Rabelaisa i Ronsarda, kochankiem Ysabel de Hauteville, oraz powodem wielkiego szemrania wśród ubogich przeciw Kościołowi, którego najświętsze nauki osobiście wyśmiewał. Od skandalu w roku 1558 było jasne że jest hugenotem. Nie chciał opuścić Kościoła, nawet po tym jak papież Paweł IV mianował go jednym z trzech Inkwizytorów Francji – niektórzy myśleli że po to, by zmusić go do ujawnienia się. Kiedy udzielił Komunii na sposób protestancki w swoim kościele, w Beauvais, w roku 1561, lud był tak rozwścieczony, że powstał i wyrzucił go z biskupstwa. Ekskomunikowany przez papieża Piusa IV w roku 1563, szukał pojednania, lecz ponownie popadł w błędy. W roku 1564 poślubił swą kochankę i otwarcie stał się częścią międzynarodowej lewicy.

Jego brat d’Andelot, dobry żołnierz, nie posiadał zdolności przywódczych. Kolejny brat – Gaspard, znany bardziej jako admirał Coligny był najbardziej wyróżniającym się członkiem rodziny, o królewskiej prezencji, przekonującej osobowości oraz genialnych zdolnościach intryganckich i organizatorskich, ustępując jedynie, przypuszczalnie, Cecilowi. (…) Stał się otwartym protestantem w roku 1559, po jego uwolnieniu, po bitwie pod Saint-Quentin. Katarzyna Medycejska lubiła go, lecz się go obawiała. Stanowił najwyraźniej mózg przewodni częściowo ujawnionego spisku, stosując wobec Francji taktykę wielkich antychrześcijańskich intryg średniowiecza oraz najnowszych ruchów antykatolickich, w tym wolnomularstwa i komunizmu.

Pewne światło na metody Chatillonów oraz powiązania między nimi a innymi „kluczowymi postaciami” międzynarodowego spisku rzuca list skierowany w lutym 1561 roku do Angielskiej Tajnej Rady przez Sir Nicholasa Throckmortona i Francisa Russella, earla Bedford, którzy przebywali wówczas w Ferrarze podczas swoistej misji na dwór heretyckiej księżnej – Renaty Walezjuszki. Zacytowali ją w sposób następujący: „rozmawiając z wami szczerze, głównym promotorem owej sprawy na tym Dworze [tj. francuskim] jest Admirał oraz jego brat, Kardynał Chatillon, albowiem bez nich, nic dobrego by się nie wydarzyło. Jeden działał z Królową Matką, drugi z Królem Nawarry”. Dodała że kardynał „współpracował z Królową Matką” aby usunąć nauczyciela młodego króla, najwyraźniej nazbyt katolickiego jak na jej gust, albowiem opisała go jako „bydlaka, źle nastawionego do religii.” Wysiłki hugenockiego kardynała nie poszły całkiem na darmo. Dwa lata później książę Kondeusz mógł chwalić się wobec ambasadora Cecila, sir Tomasza Smitha, protestanckimi ciągami Karola, mówiąc: „dlaczego wasza Królowa nie poślubi Arcychrześcijańskiego Króla? Jest bardziej przychylny Ewangelii, niż się to powszechnie przyjmuje, zaś unia między dwiema Koronami stanowiłaby miażdżący cios dla Papizmu.”

Mając wybór między tym podstępnym duchem prozelityzmu oraz pańską pewnością siebie Gwizjuszy, Katarzyna Medycejska zwróciła się ku trzeciemu stronnictwu, złożonemu, jak się wydawało, z katolików zajmujących stanowisko neutralne i popierających tolerancję dla wszystkich. Byli to katolicy polityczni, ludzie kompromisu, którzy czuli wstręt do sporów i rozlewu krwi, mężowie posiadający majątek i poważanie. We Francji nazywano ich Les Politiques, w Hiszpanii – los politicos. Cabrera niewątpliwie wyraża przeważającą w Hiszpanii opinię, gdy bez ogródek wskazuje, że byli „gorsi niż heretycy, albowiem podążyliby i za heretykami, i za katolikami, stosownie do tego co mogli uzyskać.” Katarzynie Medycejskiej wydawali się zapewniać jedyną nadzieję na ucieczkę od przemocy z prawej i lewej strony. Prostota ich programu przyciągała. Proponowali oni jako stan docelowy, aby umożliwić kalwinistom i katolikom życie obok siebie, poprzez przyznanie kalwinistom tego, czego żądali, wolności kultu, uznając że to o co proszą jest wszystkim czego naprawdę pragną.

Przywódcą owego stronnictwa liberalnych katolików był Michel de l’Hopital. Jego urząd dawał mu unikalne uprawnienia. Jako kanclerz Francji wykonywał zarówno funkcje prawodawcze, jak i wykonawcze, był też głównym sędzią narodu oraz strażnikiem pieczęci. Michel de l’Hopital należał do tych inteligentnych ludzi o niejasnym pochodzeniu, zawdzięczających wszystko samemu sobie, którzy odegrali tak uderzającą rolę w dziejach XVI stulecia. Jego ojciec był medykiem, bankierem i człowiekiem od wszystkiego u Karola de Bourbona. Młody Michel, podobnie jak Tomasz Cromwell, podróżował wiele po Europie zanim osiedlił się w Paryżu i został polecony na urząd kanclerza przez ówcześnie pełniącego tę funkcję Oliviera, tuż przed jego śmiercią. (…) Rodzina l’Hopitala była wieloreligijna. Choć on sam codziennie chodził na Mszę i przyjmował sakramenty, jego żona Maria Morin była protestantką, podobnie jak jego córka i zięć. Przekonał on królową matkę i być może także samego siebie, że ma na celu wyłącznie prawdziwe dobro Kościoła katolickiego w pełnej pokoju Francji. Jednakże nie można zaprzeczać, że jego wpływy doprowadziły do tej właśnie przemocy, której Katarzyna chciała uniknąć, oddając ją w ręce Coligny’ego i kalwinistów. (…)

Na przykład l’Hopital i Coligny, wymusili na królowej matce zjazd dostojników w Fontainebleau. Podczas zebrania l’Hopital poparł propozycję by zwołać synod narodowy do spraw reformy Kościoła, która prowadziłaby nieuchronnie do utworzenia kościoła galikańskiego, przypuszczalnie tak oddzielonego od Rzymu jak kościół angielski. Gwizjusze i inni katolicy prawego skrzydła dzielnie stawili opór. Jednakże Politiques mieli większość w zgromadzeniu, tworząc coś w rodzaju „frontu ludowego” z hugenotami. Przegłosowali zwołanie Stanów Generalnych do Meaux na grudzień 1560 roku oraz synodu narodowego na 21 stycznia 1561 roku. L’Hopital otworzył Stany Generalne, żywiołowo atakując Kościół i duchowieństwo. (…)

L’Hopital, Coligny i kardynał Chatillon przekonali królową matkę aby zaprosiła z Genewy czołowych kaznodziejów kalwińskich na publiczną dysputę z ważniejszymi katolikami, w nadziei uzyskania jakiegoś zadowalającego kompromisu. Wielki mówca Teodor Beza, „który potrafił równie łatwo przywłaszczyć sobie czyjąś żonę jak czyjąś parafię, i bardziej parał się amorami niż miłością chrześcijańską, jak mówią ci, którzy go dobrze poznali”, pojawił się publicznie we Francji z listem żelaznym i „kolejnym przekazanym mu przez Królową Anglii.” Mnich apostata – Piotr Męczennik za zgodą Katarzyny udał się do Poissy. 8 września 1561 roku Suriano doniósł doży i weneckiemu senatowi o postępach tej sprawy. Nuncjusz papieski, kardynał d’Este z Ferrary oraz kardynał d’Armagnac mieli wziąć udział w dyspucie i gdyby Beza mówił o reformie życia oraz naprawie nadużyć w Kościele, nie tylko słuchać, „lecz przyjmować wszystkie użyteczne propozycje jakie były czynione.” Jednakże, na wypadek przemowy o „dogmatach lub innych rzeczach, stanowiących sedno naszej Wiary” – nie słuchać i nie odpowiadać, chyba że na piśmie, albowiem dla katolika objawienie chrześcijańskie jako takie nie może być przedmiotem dyskusji.

Jak dodał przenikliwy ambasador: „Jeśli okaże się prawdą to co Królowa mi powiedziała, że nie będzie dyskusji na temat dogmatów, wszystko przebiegnie spokojnie. Jednak nie wierzę że Jej Wysokość rozumie co oznacza to słowo: dogmaty. Zaprawdę, obawiam się, że podobnie jak inni tutaj, którzy codziennie nalegają na prowadzenie dysput o religii, myli dogmaty z obrzędami i nadużyciami, jak gdyby były jedną i tą samą rzeczą. Królowa ponadto zapewniła mnie, że, po pierwsze, w religii nie zostaną wprowadzone żadne zmiany, po drugie, że posłuszeństwo wobec Jego Świątobliwości pozostanie niezmienne oraz, po trzecie, że nie zostanie podjęta żadna próba przejęcia mienia Kościoła.”

Debatę w Poissy otworzył o oznaczonym czasie l’Hopital. Beza przedstawił stanowisko kalwińskie. Kardynał Lotaryngii odpowiedział mu. Królowa, jak napisał Suriano, była „bardzo zadowolona” z odpowiedzi, albowiem kardynał jasno wskazał że: (1) król był jedynie członkiem Kościoła, nie jego głową, dlatego nie mógł rozsądzać kwestii religii, (2) heretycy mylili się w kwestii tego „co należy rozumieć pod pojęciem Kościoła” oraz (3) Chrystus jest prawdziwie obecny w Najświętszym Sakramencie, w której to kwestii niemożliwy jest żaden kompromis bez poświęcenia samego chrześcijaństwa. Nawet książę Kondeusz powiedział kardynałowi d’Armagnac, że był „bardzo ukontentowany” wywodem Gwizjusza. Podobnie Jakub Lainez, generał jezuitów, odparł zarzuty Bezy i Piotra Męczennika, co wywołało radość katolików.

Na dworze Filipa II wiadomości o powyższym wydarzeniu nie zostały dobrze przyjęte. Jak rozumował król – nawet jeśli heretycy zostali zawstydzeni, rozgłosili swą sprawę i zwiększyli prestiż, pojawiając się w królewskiej obecności. Dalsze wydarzenia potwierdziły trafność owego pesymistycznego spojrzenia. Wkrótce potem, w całej Francji, kalwińska machina propagandowa rozsiała pogłoskę, że Beza wygrał w Poissy oraz że rząd ugiął się pod żądaniem wolności kultu. Hugenoci, posiadający dobre finansowanie, wzięli w ręce broń i, pod sztandarami Kondeusza i Coligny’ego, rozpoczęli marsz przez kraj do punktów zbiorczych, często prowadzeni przez uzbrojonych po zęby kaznodziejów.

Podczas gdy ci ostatni grzmieli przeciw Nierządnicy Babilońskiej, nawołując do rzezi z zapałem bardziej właściwym mahometanom niż ludziom określającym siebie jako chrześcijanie, Filip II i papież czynili wszystko co w ich mocy aby zebrać Sobór w Trydencie oraz wprowadzić prawdziwą reformę nadużyć, których dotyczyły biadania heretyków. Pierwsi delegaci oczekiwali niecierpliwie na miejscu już od kwietnia. Jednak nadal nie pozwolono biskupom Francji, Anglii czy Szkocji na pojawienie się w Trydencie. Wszystkie siły protestanckich wpływów w Paryżu i Londynie zostały rzucone przeciw Soborowi. Jak napisał Suriano do doży 15 sierpnia: ” podczas gdy Biskupi, prowadzeni przez Ducha Świętego, zajmują się reformą własnych i cudzych uchybień, heretycy, kierowani całkiem odmiennym duchem pobudzają złe namiętności we wszystkich częściach królestwa.” W Gaskonii i Langwedocji, jeszcze przed spotkaniem w Poissy, zaczęli plądrować domy biskupów i kościoły, niszczyć ołtarze oraz wizerunki Chrystusa i świętych oraz pozbawiać katolików broni.

W kolejnych tygodniach po dyspucie nawałnica nienawiści, która zbierała się przez tak długi okres, wybuchła z całą swą furią. Niemal jednocześnie, jak na uzgodniony sygnał, dobrze zorganizowane bandy kalwinistów rzuciły się na katolickie kościoły, konwenty, szkoły i biblioteki. W Montpellier splądrowali wszystkie 60 kościołów i klasztorów, zabijając 150 księży i zakonników. W Nimes zgromadzili przed katedrą wielki stos z figur oraz relikwii i tańczyli wokół niego, podczas gdy płonął, krzycząc że nie będzie już więcej Mszy i idolatrów, a potem rzucili się do niszczenia i grabieży kościołów. W Montauban wywlekli z konwentu ubogie siostry św. Klary, wystawili je pół-nagie na szyderstwa opłaconego tłumu, obrzucali je obelgami i radzili by wyszły za mąż. W grudniu, w  Castres, Reformowany Konsystorz czy też Sanhedryn nakazał by urzędnicy miejscy zaprowadzili każdego kogo znajdą na ulicach, na hugenockie nauki. Księży odrywano od ołtarzy, klaryski wychłostano, chłopów pędzono biczem aby słuchali jak kaznodzieje o osobliwej nosowej intonacji grzmią przeciw Mszy, Spowiedzi i papieżowi. Pola i winnice przy katolickich wioskach, które odmówiły słuchania tych nauk, były palone lub wycinane. W ciągu roku kalwiniści, według jednego z ich własnych szacunków, zamordowali cztery tysiące księży, zakonników i zakonnic, przegnali lub sponiewierali 12 tysiące mniszek, splądrowali 20 tysięcy kościołów i zniszczyli dwa tysiące klasztorów z bezcennymi bibliotekami i dziełami sztuki. Przepadł nieodwracalnie unikalny zbiór manuskryptów pradawnego opactwa w Cluny, podobnie jak wiele innych. Święte naczynia z kościołów przetapiano aby opłacić niemieckich najemników, których wzywano aby nie okazywali litości.

W wielu z tych potworności czynny udział wziął Coligny. Okazywał, zwłaszcza wobec księży i zakonnic, tak chłodne i mściwe okrucieństwo, że katolicy zaczęli nazywać go Holofernesem. W niektórych miejscach ofiarom wypruwano wnętrzności, wypychano sianem i dawano jako pokarm koniom hugenockich żołnierzy. Setki miast i wsi zostało spalonych. Lyon i jego dochodowy handel legły w ruinie. Owa starożytna furia, starannie pielęgnowana, nie oszczędzała nawet umarłych. Nie tylko zniszczono nagrobek Wilhelma Zdobywcy, lecz obdarzone czcią ciała świętych mężów i niewiast, którzy spędzili swe życie w służbie Bogu i ubogim zostały wywleczone z grobów, podeptane, spalone i wrzucone do rzeki. Motłoch zrzucił figurę świętej Joanny z mostu w Orleanie. Inni jeszcze fanatycy rzucili do Loary szczątki świętych Ireneusza i Marcina z Tours. W Poitiers zniszczyli relikwie świętego Hilarego oraz cenne księgi spisane jego ręką. Po otwarciu grobu świętego Franciszka z Paoli w Plessis-les-Tours, odkryto że ciało jest całe i uniknęło zepsucia, mimo iż minęło ponad pół wieku. Zamiast zadziwić się nad tą osobliwością, przywiązano je do sznura i wleczono przez ulice, a następnie spalono. Resztki kości świętego zostały następnie znalezione przez katolików i umieszczone w różnych kościołach zakonu minimitów.

Nie tylko ci, którzy oddali swe życie za Chrystusa, lecz również sam Chrystus, wydawał się szczególnym obiektem nienawiści owych ludzi, którzy nazywali siebie chrześcijanami i nauczali potępienia niemowląt oraz predestynacji wielu dusz do piekła. Podobnie jak podczas wszystkich rewolucji antychrześcijańskich pluto na posągi Zbawiciela, obalano je i niszczono. Często obiektem ataku i urągania stawało się Ciało Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. W Nimes, Paryżu i innych miejscach, włamywano się do tabernakulów, wyrzucano z nich i deptano Hostie – stopami ludzkimi i końskimi kopytami. Choć wszystkich tych okropieństw dokonywała nieliczna mniejszość w przeważająco katolickim kraju, wszystkie siły centralnej i miejscowej administracji wydawały się sparaliżowane i pełne niemocy. Hugenoci uzyskali większość w Stanach Generalnych i zwolenników w parlamencie paryskim. Wydawali się że zajmują wszystkie ważne pozycje aby czuć się bezpiecznie i skierować na boczny tor wszelkie próby ich ukarania.

Za namową l’Hopitala Katarzyna wydała w styczniu 1562 roku edykt przyznający kalwinistom prawo do kultu poza murami miast, pod warunkiem że kościoły zostaną zwrócone, zaś obie strony powstrzymają się od przemocy. Miało to ułagodzić hugenotów, lecz nie odniosło takiego skutku. Uznając powyższe słusznie za kapitulację, hugenoci uradowali się na wieść o pierwszym przełamaniu jedności Kościoła z Państwem we Francji. Tuż potem zniszczyli katedrę w mieście Bezy, wyrzucając całe duchowieństwo.

W pewnym rejonie Gaskonii, w promieniu 40 mil nie można było znaleźć księdza. Coraz więcej zakonnic wywlekano z konwentów, coraz więcej tabernakulów otwierano i profanowano. W lutym, tuż po otwarciu Soboru w Trydencie (na który dzięki determinacji ich przywódcy – kardynała Lotaryngii przybyli także przedstawiciele Francji) siedemdziesięciu kalwińskich kaznodziejów spotkało się na uroczystym synodzie w Nimes, przyjmując plan zniszczenia wszystkich kościołów katolickich w mieście i diecezji. Szybko zaczęli go wdrażać w życie, paląc katedrę i wypędzając wszystkich księży. Rządy terroru nie były wynikiem emocjonalnego, nieprzemyślanego działania bezmyślnego motłochu, lecz starannie opracowanym programem grabieży, destrukcji i zabijania.

Wielu katolików, którzy wspierali stronnictwo Coligny’ego z politycznych powodów, na przykład sporu z Gwizjuszami, wycofało teraz swoje poparcie. Konstabl Anne de Montmorency opuścił Politiques, przenosząc się do frakcji katolickiej. Antoni z Nawarry wrócił do Wiary, przyłączył się do księcia Franciszka i zaproponował powołanie Inkwizycji by zaleczyć rany Francji. Jednak było już za późno na tak pokojowe środki. W marcu widzimy jak Tomasz Gresham, dobrze poinformowany przez swoich agentów, pisze do Cecila z Antwerpii, iż „nadeszły tu wieści, że książę Kondeusz rządzi Królestwem oraz że monseigneur Chatillon jest wielkim panem Francji (…) zaś Mons Dandelot jest głównym kapitanem całej francuskiej jazdy.” Kardynał Lotaryngii oraz inni członkowie parlamentu paryskiego uciekli. W Niderlandach spodziewają się zwycięstwa Kondeusza i Gresham wyraża radosną nadzieję że tak będzie.

Gwizjusz wyruszył teraz pod namową Antoniego z Nawarry do Paryża, biorąc ze sobą, pod zbrojną eskortą swe dzieci oraz swą chorą małżonkę, piękną córkę Renaty francuskiej i księcia Herkulesa d’Este z Ferrary, o których Ronsard śpiewał: Venus la sainte en ses grâces habìte[1]. Pod Vassy kawalkada natknęła się na partię sześciuset, może siedmiuset kalwinistów, w większości uzbrojonych, którzy odbywali zebranie w stodole. Między częścią ludzi Gwizjusza oraz hugenotami wywiązała się sprzeczka. Gdy książę pojawił się by usunąć problem, jeden z kalwinistów zranił go. Grupa jego ludzi, wściekła, runęła na heretyków, zabijając dwunastu na miejscu i raniąc czterdziestu tak bardzo, że wkrótce zmarli.

Beza i inni hałaśliwi propagandziści kalwinizmu wykorzystali owo nieszczęsne wydarzenie, które przypuszczalnie było nieuniknione, zważywszy na prowokację jaką stanowiły kalwińskie rządy terroru, aby okrzyknąć je „Masakrą w Vassy”, aż w końcu zostało ono wyolbrzymione do rozmiarów dokonanej z zimną krwią rzezi setek szlachetnych i bezbronnych hugenotów. Co zwraca jeszcze większą uwagę – tak wielu obecnych historyków datuje wojny hugenockie od tego zdarzenia, zamiast od tumultu w Amboise. Beza ogłosił krucjatę przeciw katolikom. Kondeusz podjął kolejną próbę pojmania młodego króla – nieudaną. Tymczasem Gwizjusz wmaszerował do Paryża, gdzie został przyjęty radosnym entuzjazmem mieszkańców. Kupcy ofiarowali mu dwa miliony liwrów na obronę Wiary i przywrócenie spokoju w mieście. Książę odmówił, oświadczając, że przybył by oddać się do dyspozycji króla. Ze wszystkich głównych postaci pierwszej z ośmiu krwawych wojen hugenockich, ów człowiek widocznie się wyróżnia – spokojem, odwagą, lojalnością, patriotyzmem i oddaniem, heroiczna osobowość, z pewnością jedna z najwspanialszych w dziejach Francji.

Katarzyna Medycejska, obecnie – do głębi przerażona, skierowała rozpaczliwe apele do Filipa II i papieża. (…) Papież Pius IV zgodził się pomóc Katarzynie pod warunkiem dymisji l’Hopitala. Gdy to uczyniła, przesłał jej 25 tysięcy skudów, które pożyczył na dziesięć procent. List l’Hopitala do papieża, z protestem, że jest dobrym katolikiem, jak się wydaje nie zmienił opinii Ojca Świętego o jego polityce. Chatillonowie zawarli już wcześniej dość satysfakcjonujące porozumienie z inną kobietą o królewskiej godności – Elżbietą i człowiekiem odpowiadającym za jej interesy – Cecilem. Kardynał Chatillon przeprowadził wstępne negocjacje, zaś jego brat – admirał Coligny wysłał przedstawicieli by podpisali niesławny traktat z Hampton Court, z 12 września 1562 roku, w którym zdradził swój kraj aby uzyskać korzyści dla sekty hugenockiej. W zamian za zapłatę 100 tysięcy złotych koron, które miały być wypłacone we Frankfurcie lub Strasburgu oraz posiłki wojskowe, zgodził się na zwrot Anglikom Calais. Jako zabezpieczenie powyższego wydał port Havre de Grace, który Anglicy skwapliwie obsadzili.

Francuscy protestanci mieli podobne międzynarodowe nastawienie jak angielscy protestanci, którzy wydali Calais w ręce zwyczajowego wroga swego kraju. W każdym z tych wypadków protestanci byli gotowi do poświęcenia swego kraju na ołtarzu międzynarodowej sekty, czy też mówiąc bardziej ściśle – międzynarodowej nienawiści wobec Kościoła katolickiego i katolików, albowiem powyższe łączyło wszystkie różne frakcje dysydenckie. Dla kogoś przyzwyczajonego do lektury zwyczajowych komunałów o patriotyzmie protestantów i podporządkowaniu katolików politycznym interesom Rzymu oraz nonsensu przypisującego Reformację „nacjonalizmowi”, może niemal wydawać się szokiem odkrycie, że, patrząc ogólnie, to katolicy byli aż nazbyt skłonni przedkładać patriotyzm nad swe obowiązki wobec Kościoła, podczas gdy protestanci, od samego początki, byli zjednoczeni międzynarodowym politycznym sojuszem, który rzadko opierał się wszelkiego rodzaju zdradom interesów narodowych, stając na krawędzi rezygnacji z władzy narodowej nad współrodakami. A jednak to Coligny staje się bohaterem w popularnych dziełach historycznych i biograficznych, zaś o Gwizjuszach zawsze wspomina się z rodzajem niechęci.

W każdym razie, Anglicy zajęli Hawr i brali teraz aktywny udział w wojnie francuskiej. Cztery tysiące przyłączyło się przed końcem 1562 roku do buntowników Kondeusza w Orleanie. Inni obsadzili Rouen oraz Dieppe. Przez nadchodzące lata miasta hugenockie były bardziej lojalne wobec Elżbiety niż własnego kraju. Kondeusz zwrócił się z apelem do niemieckich protestantów, którzy zaczęli mu wysyłać żołnierzy. Książę Franciszek Gwizjusz z trzema tysiącami jazdy, trzema tysiącami wybornej piechoty, dwunastoma tysiącami piechoty francuskiej oraz sześcioma tysiącami Szwajcarów ruszył by podjąć oblężenie Kondeusza i Coligny’ego w Orleanie. 19 grudnia armia katolicka, podobnie jak kiedyś święta Joanna, przekroczyła rzekę. Gwizjusz znajdował się na czele z Hiszpanami i Gaskończykami.  Za nimi podążały francuska piechota i jazda.

Nieprzyjaciel oczekiwał ich, w szyku bojowym, w rejonie Dreux. Ostrzał katolickiej artylerii był nieskuteczny i hugenoci, mimo braku kawalerii, zaatakowali tak zaciekle, że zmusili do odwrotu Szwajcarów i jazdę konstabla Montmorency’ego. Wiktoria wydawała się w zasięgu ręki. Zaczęli nawet śpiewać triumfalne pieśni, gdy hiszpańska piechota przypuściła kontr-uderzenie z tak wielkim skutkiem, że szale zostały odwrócone i zwycięstwo ocalone, choć nie bez ciężkich strat. Wśród poległych znalazł się marszałek de Saint Andre. Wsparcie Filipa II okazało się decydujące.

Na wieść o tym zwycięstwie papież Pius IV odprawił 3 stycznia roku 1563 uroczystą Mszę dziękczynną w kościele San Spirito oraz napisał do francuskich katolików, wzywając ich aby wykorzystali swoje powodzenie. Książę Franciszek postanowił tak uczynić, oblegając Orlean. Niechybnie zająłby tę główną twierdzę hugenocką i zakończył wojnę, gdyby nie zdradziecki postrzał zatrutą kulą z arkebuza kalwinisty na służbie pana de Soubize – niejakiego Pultrota de Mere, który w powyższym celu wstąpił do katolickiej armii.

Pełne żalu lamenty rozległy się w Paryżu i innych miastach katolickich. Przywódcy i kaznodzieje hugenoccy głośno pochwalili zbrodnię. Pultrota pojmano i zaprowadzono do jego ofiary. Książę przebaczył mu i powiedział, że modli się do Boga aby również mu wybaczył. Morderca wyjawił że został zaangażowany przez admirała Coligny’ego, Teodora Bezę i de Soubize’a i otrzymał za zabójstwo sto koron. Przywołał wypowiedź fanatycznego Bezy że królowa, król, jego bracia, wszyscy Gwizjusze i papiescy legaci muszą zginąć. Gwizjusz zmarł niedługo potem (27 lutego 1562 roku) „jak dobry chrześcijanin, wspaniały książę i wielki dowódca” – napisał Barbaro Wenecjanom, przyjąwszy wszystkie sakramenty, „ufny w miłosierdzie Boże i nie lękający się śmierci.”

Owa niegodziwa zbrodnia zniszczyła całe dzieło Gwizjuszy i ich przyjaciół, pozostawiając stronnictwo katolickie bez przywódcy. Brat księcia, kardynał Lotaryngii był uzdolniony, odważny i o nieposzlakowanej opinii, lecz przebywał na Soborze w Trydencie. Montmorency był więźniem. Antoni Nawarski i marszałek de Saint Andre polegli. L’Hopital, człowiek kompromisów, powrócił z wygnania do stronnictwa Katarzyny Medycejskiej. Przestraszona królowa złożyła kolejną upokarzającą kapitulację wobec hugenotów, przyznając im, w traktacie z Amboise (marzec 1563) amnestię i wolność wyznania. (…) Dzięki sztuczkom damy dworu Kondeusz został pozyskany przez stronnictwo Politiques.

Kardynał Chatillon wrócił na dwór ze swym bratem admirałem. Michela l’Hopitala, ponownie w łaskach, widziano na Mszy każdego ranka. Konstabl, który miał w zwyczaju odmawianie Różańca, gdy rozmawiał lub wydawał rozkazy swoim żołnierzom lub koniowi, został zwolniony. Zapanowała cisza w trakcie burzy i wszystko pozornie wydawało się pełne zgody. Jednak katolicy wciąż powtarzali na kształt litanii: „od wykałaczki admirała, paciorków konstabla, Mszy kanclerza, czerwonego kapelusza Chatillona, libera nos, Domine[2]! Albowiem rujnowali nas i będą rujnować.” (…)

przypisy:

[1] fr. Wenus święta żyje w jej wdziękach

[2] łac. wybaw nas, Panie!

fragmenty książki: T. Walsh: Phillip II, tłum. wł.

Rewolucyjny Kulturkampf: procesje minione i obecne

Obraz Julesa Bretona – Błogosławieństwo w Artois

Jak podkreśla historyk Paul d’Hollander (Paul d’Hollander: The Church in the Street in Nineteenth-Century France, http://quod.lib.umich.edu/w/wsfh/0642292.0032.011/–church-in-the-street-in-nineteenth-century-france?rgn=main;view=fulltext ) we Francji następująca „forma uobecnienia Kościoła w przestrzeni miejskiej była znacząca w XIX wieku, nawet aż do lat 60-tych XX wieku: procesja religijna.” Zanim przyjrzymy się bliżej owemu odrodzeniu praktyk procesji po latach rewolucji, zauważmy, iż ocena świeckiego profesora historii współczesnej z uniwersytetu w Limoges, pokrywa się z diagnozą opisaną przez znanego francuskiego duchownego 2 połowy XX wieku – abp Marcela Lefebvre, który w „Liście otwartym do zagubionych katolików” tak pisał o powszechnej na drogach Francji tradycji, która zanikła w latach 60-tych XX wieku:

„Czytelnicy, którzy pamiętają lata przedwojenne, z pewnością przypomną sobie żarliwość procesji Bożego Ciała z ich licznymi ołtarzami, pieśniami, kadzielnicami, lśniącą w słońcu monstrancją niesioną przez kapłana pod złocistym baldachimem. Sztandary, kwiaty, dzwonki. (…) Czy słyszę jak ktoś mówi o koniecznej ewolucji i nowym stylu życia? Jednak problemy z ruchem drogowym nie powstrzymują ulicznych demonstracji, zaś demonstrujący nie powstrzymują się przed wyrażaniem ich politycznych opinii czy żądań, słusznych czy nie. (…) Prawie całkowity zanik procesji we Francji nie jest spowodowany brakiem zainteresowania ze strony wiernych. Jest wpisany w nową teorię duszpasterstwa, która jednakże bezustannie wzywa do ‚aktywnego uczestnictwa ludu Bożego’. W roku 1969 proboszcz w departamencie Oise został usunięty przez swojego biskupa, który zakazał organizacji tradycyjnej procesji Bożego Ciała. Procesja mimo to miała miejsce i przyciągnęła dziesięć razy więcej ludzi niż liczba mieszkańców wioski.”

Jednak, wróćmy do początku XIX wieku, kiedy to konkordat zawarty w lipcu Roku Pańskiego 1801 (26 messidora Roku Rewolucji 9) między Stolicą Apostolską a Republiką otworzył ponownie możliwość publicznego kultu religii katolickiej we Francji. Kodeks karny z roku 1810 nakładał sankcje na osoby, które zakłócały kult czy to w kościele czy w innym miejscu używanym do tego celu, choćby tymczasowo. Przepisy zastrzegały też możliwość wprowadzenia ograniczeń ze strony państwa z uwagi na „porządek publiczny”, zaś w roku 1802 – poza konkordatem – dodano ograniczenie z uwagi na istnienie w danej miejscowości świątyń innej religii. Następujący okres konfliktu między Napoleonem, który najechał w roku 1808 ziemie Państwa Papieskiego oraz Piusem VII, który rok później ekskomunikował „cesarza Francuzów” i został przez niego uwięziony, doprowadził w roku 1811 do jednostronnego zerwania przez Napoleona konkordatu, nie sprzyjając rozwojowi kultu katolickiego. Upadek Napoleona i restauracja lat 1814-1830 przywróciła Kościołowi katolickiemu swobody i status głównej religii w państwie. Stan ten skończyła rewolucja lipcowa. W okresie monarchii lipcowej przestali się pojawiać na procesjach urzędnicy – merowie, prefekci, sędziowie, wiara katolicka utraciła status religii państwowej, pojawiały się również coraz częściej próby blokowania czy ataków na procesje przez radykałów. Idąc z flagami republiki i śpiewając rewolucyjne pieśni, stawali oni na drodze procesji, zatrzymując ją, lub organizowali własne „rewolucyjne” procesje. Powodowało to, zwłaszcza na początku lat 30-tych XIX wieku, ograniczanie procesji, zwłaszcza na terenie miast.

Powyższe zmieniło się ponownie za rządów Napoleona III. Ilość procesji się zwiększyła, jak również ich charakter stał się znów bardziej oficjalny, m.in. poprzez udział wspomnianych funkcjonariuszy publicznych, a także uroczysty udział wojska, jak również okazałe dekorowanie ulic. Jak podaje wspomniany już Paul d’Hollander, w Limoges w roku 1784, w okresie sześciomiesięcznym około 100 procesji przemierzyło miasto, podczas, gdy prawie 100 lat później liczba ta wynosiła zaledwie 22 w takim samym okresie czasu, co miało związek m.in. ze zmniejszeniem ilości parafii. Trasy procesji religijnych stały się jednak dłuższe, a uroczystości przyciągały coraz więcej uczestników, między innymi z uwagi na powstające i rozwijające się katolickie szkoły, grupy świeckich, kongregacje czy konfraternie. Jak podaje Paul d’Hollander w roku 1869 procesja w Limoges, na której tradycyjnie niesiono relikwie świętych przyciągnęła 80 tysięcy uczestników.

Opisane wyżej odrodzenie publicznych ceremonii religijnych we Francji spotkało się z krytyką rewolucjonistów, którzy szydzili ze splendoru „chorej religii” (E. Zola) oraz z… kolegów liberałów, którzy w jej uroczystościach uczestniczyli. Pojawiły się oczywiście i dziś liczne głosy protestujące przeciw narzucaniu ateistom czy też masonom konieczności oglądania katolickich procesji przemieszczających się przez ulice miast. Prasa republikańska pisała: „obecnie, skoro wolnomyślicielstwo jest rozpowszechnione w społeczeństwie, istnieje jeden podstawowy obowiązek, który się narzuca: obowiązek szanowania wolności sumienia. Jest słusznym by każda religia była praktykowana za zamkniętymi drzwiami, zaś manifestacje zewnętrzne zostały zakazane aby się nie narzucać sumieniom innych.”

Krytyka przeciwników procesji wybuchła otwarcie po upadku Napoleona III. Wtedy też bardziej aktywni, sprzyjający rewolucji merowie rozpoczęli wprowadzanie zakazów procesji, pod pozorem zapewniania porządku publicznego. Wykorzystywano do tego pojawiające się prowokacje. D’Hollander pisze o procesji Bożego Ciała w czerwcu 1882 roku, w Perigeux, którą mer zakazał po prowokacji na terenie jednej z parafii. Gdy procesja zatrzymała się przy jednym z ołtarzy, błogosławieństwo przerwali rewolucyjni „muzycy”, grając na operetkową nutę. Wywiązało się zamieszanie i kłótnia między uczestnikami procesji a ich przeciwnikami, którzy wznosili okrzyki „precz z klerykałami, niech żyje Republika!”. Prowokacje rewolucyjne działały jednak determinująco na drugą stronę – procesje stały się okazją do wyrażenia poparcia dla uwięzionego w Watykanie przez rewolucjonistów włoskich, którzy wkroczyli do Rzymu po upadku Napoleona III, papieża Piusa IX. Odzywała się w nich stara tradycja kraju Franków jako „najstarszej córy Kościoła”, która, począwszy od Karola Wielkiego, spieszyła na pomoc, znajdującym się w opresji następcom Piotrowym, a z nią sentyment za monarchią, który objawiał się królewskimi liliami na procesyjnych chorągwiach. Zakazywano też procesji coraz częściej – jak wskazuje d’Hollander – miało to miejsce również w Limoges, gdzie zakazano wzmiankowanej wyżej, tradycyjnej procesji z relikwiami. W roku 1897 ówczesny mer Limoges, będący socjalistą, odpowiedział na petycję w sprawie zniesienia zakazu, iż uczyni to, gdy władze centralne pozwolą socjalistom na marsze pod ich sztandarami. Na zarzuty naruszania porządku publicznego przez procesję, katolicy argumentowali, że konkordat zapewnia im prawo do kultu publicznego i nie oni naruszają porządek publiczny, lecz ci którzy procesjom przeszkadzają, zaś władze powinny przed powyższym chronić. W odpowiedzi władze Trzeciej Republiki zmieniły interpretację postanowień konkordatu. W roku 1879 minister do spraw wewnętrznych i religii Karol Filip Lepère, wspierając merów, którzy zaczęli wprowadzać zakazy procesji, wskazał że zakazy te nie naruszają prawa do publicznego kultu, który katolicy mogą sprawować w swoich świątyniach.

Jak pisze d’Hollander, zintensyfikowanie zakazów procesji miało miejsce w dwóch falach: na początku lat 80-tych XIX wieku, a następnie – w okresie intensywnej, zorganizowanej akcji laicyzacji i likwidacji samodzielności finansowej Kościoła, jaka miała miejsce na początku XX wieku. Podczas tej drugiej fali, nie kłopotano się już uzasadnianiem zakazów procesji porządkiem publicznym, lecz używano wprost retoryki antyklerykalnej. Przykładowo, jak podaje d’Hollander rada miejska w Saint-Denis-les-Murs, w roku 1901 ogłosiła że procesje są „obrazą dla zdrowego rozsądku i rozumu”. Również w innych częściach Francji środowiska wolnomularskie i antyklerykalne organizowały akcje zmierzające do uzyskania od władz lokalnych zakazów katolickich procesji. Jeśli mer odmawiał, „wolnomyśliciele” ogłaszali, że mają takie same prawo do ulicy jak katolicy, zapowiadając prowokacyjne demonstracje na tej samej trasie, którą miała iść procesja, oczywiście w tym samym czasie. Był to oczywiście środek nacisku by mer skłonił się do ich żądań i procesji zakazał, jeśli nie w imię walki z „ciemnotą”, to wspomnianego wyżej „porządku publicznego”. Jeśli nie ustępował, dochodziło do prowokacyjnych pochodów organizowanych przez „wolnomyślicieli” wzdłuż trasy procesji, które kończyły się nierzadko wymianą rękoczynów między obiema stronami. Czasami sprawę rozwiązywano poprzez zezwolenie na antykatolicką manifestację, która mogła iść w określonej odległości za procesją.

Ze strony katolików, z kolei próbowano walczyć z zakazami procesji, nie naruszając ich, na przykład organizując procesję wewnątrz kościoła, lecz błogosławieństwo, przed kościołem, na jego stopniach, przed zgromadzonym tłumem, albo też, przeprowadzając procesję, na gruntach prywatnych, po ich granicy, to jest na publicznym widoku. Organizowano też w formie protestu pochody bez symboli i pieśni religijnych, za to podążające tradycyjną drogą procesji. Występowały również sytuacji otwartego występowania przeciw rewolucyjnym zakazom, co kończyło się zwykle starciami z policją i gorliwie ją wspierającymi antyklerykałami.  W Boże Ciało roku 1903 dochodziło do regularnych zaczepek procesji katolickich przez socjalistów śpiewających Międzynarodówkę.

W roku 1905 doszło do sławetnego „rozdziału Kościoła od państwa” czyli ostatecznego zerwania konkordatu z roku 1801. Działania rządu Francji potępił papież Pius X w encyklice Vehementer nos z roku 1906, tak opisując to, co się wydarzyło:

„(…) Rozmiar krzywdy wyrządzonej Stolicy Apostolskiej przez jednostronne zerwanie konkordatu stał się tym gorszy ze względu na sposób, w jaki państwo dokonało tego aktu. Jest zasadą niebudzącą wątpliwości i powszechnie przestrzeganą przez wszystkie narody, że zerwanie traktatu powinno być wcześniej dokładnie zapowiedziane, w sposób jasny i wyraźny, drugiej stronie przez tą, która zamierza położyć kres ugodzie. Lecz w tym przypadku nie tylko że nie przedstawiono Stolicy Apostolskiej żadnego zawiadomienia tego rodzaju, to ponadto nie dano najmniejszego znaku, który mógłby zapowiadać taki czyn. (…) Prawo rozdziału (…) wyznacza administrację i nadzór nad publicznym kultem nie hierarchicznemu ciału w boski sposób ustanowionemu przez naszego Zbawiciela, lecz stowarzyszeniu ustanowionemu przez świeckich. Stowarzyszeniu temu przyznane zostały specjalne formy i osobowość prawna. Uznaje się je wyłącznie za mające prawa i ponoszące odpowiedzialność w oczach prawa we wszystkich kwestiach odnoszących się do kultu religijnego. To stowarzyszenie zarządza kościołami i nieruchomościami, ma w posiadaniu kościelną własność, rzeczywiście i osobowo, ma do swej dyspozycji (choć tylko tymczasowo) rezydencje biskupów i księży, a także seminaria; jest administratorem kościelnego mienia, kontroluje finanse, odbiera daniny i donacje uczynione na rzecz kultu religijnego. (…) Te stowarzyszenia ds. kultu [religijnego] są zatem tak zależne od władz świeckich, że, rzecz oczywista, władze duchowne nie będą miały nad nimi żadnej mocy. (…) Prawo to przypisało władzy państwa najwyższą jurysdykcję nad tymi stowarzyszeniami i poddało je całej serii postanowień nie zawartych w prawie ogólnym, utrudniając tym samym ich tworzenie i czyniąc jeszcze trudniejszym ich istnienie; tak też po ogłoszeniu wolności kultu publicznego przystąpiono do ograniczania ich działalności poprzez niezliczoną liczbę utrudnień; tak też ograbiło Kościół z wewnętrznych regulacji kościelnych, by funkcje te przyznać państwu (…) Na przekór wszelkiej sprawiedliwości, prawo to odebrało Kościołowi wielką część ofiarowanych mu donacji, które należały doń na mocy zarazem licznych, jak i świętych praw; prawo to zakazało i anulowało wszystkie świątobliwe fundacje poświęcone, z doskonałą legalnością, boskiemu kultowi i wstawiennictwu za zmarłych. Dobra doczesne podarowane przez szczodrobliwych katolików dla utrzymania katolickich szkół i dorobek przeróżnych dzieł miłosierdzia związanych z działalnością religijną został przekazany świeckim stowarzyszeniom, w których byłoby rzeczą próżną szukać najmniejszych śladów religii. W kwestii tej naruszono nie tylko prawa Kościoła, lecz także oficjalną i wyraźną wolę donatorów i testatorów. To także jest dla Nas przedmiotem głębokiego żalu, że prawo, w pogardzie dla wszystkich praw, ogłasza jako własność państwa, departamentów i gmin, kościelne budowle pochodzące jeszcze sprzed czasów konkordatu. To prawda, prawo o rozdziale państwa od Kościoła przyznaje łaskawie, na czas nieokreślony, użytkowanie tych budowli przez stowarzyszenia ds. kultu religijnego, lecz obwarowało to ustępstwo tak licznymi i poważnymi obostrzeniami, że w rzeczywistości to władze publiczne dysponują nimi w zupełności. (…)”

Inicjatorem zerwania konkordatu i projektu powyższego prawa był Emile Combes, antykatolicki premier Republiki i mason. Jego następca Maurice Rouvier, również mason, który objął funkcję premiera w styczniu roku 1905 doprowadził proces do końca. Artykuł 27 ustawy, który regulował między innymi procesje i bicie w dzwony dozwalał, na kontynuacje tradycji procesji na zasadach ustalonych w roku 1884, to jest, z utrzymaniem możliwości wprowadzenia ich zakazu przez lokalnych merów. Po przetoczeniu się antyklerykalnej fali tradycja procesji Bożego Ciała wciąż trwała, wspierana zwłaszcza w okresie intensywnej działalności Akcji Katolickiej, choć nie ustały też próby jej powstrzymania.

Jak wskazuje Michelle C. Wing w: Notre-Dame on the Move: Catholic Processions and Politics in Post-Liberation France ( http://quod.lib.umich.edu/w/wsfh/0642292.0037.020/–notre-dame-on-the-move-catholic-processions-and-politics?rgn=main;view=fulltext ) także w okresie po II wojnie światowej dochodziło do sytuacji zakazu publicznych wydarzeń religijnych w poszczególnych miejscowościach. 11 marca 1946 trzy tysiące wiernych przy kościele Notre-Dame de Nazareth w Vitry-sur-Seine, na przedmieściach Paryża, uczestniczyło w przejęciu figury Notre-Dame de Boulogne z rąk sił policyjnych, które pojawiły się tam aby uniemożliwić publiczną, tradycyjną procesję. Uformowaną na nowo procesję prowadził były więzień niemieckiego obozu narodowo-socjalistycznego w Dachau, w swoim obozowym uniformie. Policja próbowała zatrzymać ową procesję blokadami, jednak wiernym udało się je ominąć.  Dziesięć osób po stronie katolickiej zostało zatrzymanych, kilku policjantów w starciach odniosło rany. Zaczynała się kolejna już na drodze rewolucji, czwarta republika, a uwidoczniający się wyraźnie w kwestii publicznych procesji niemożliwy do usunięcia konflikt o istnienie wiary w sferze publicznej, wciąż nie ustawał. Jego elementem była wielka peregrynacja figur Notre-Dame de Boulogne – podobna peregrynacji obrazu Matki Boskiej Jasnogórskiej, z którą tak walczono w Polsce. Peregrynacja owa trwała w latach 1943-1948 i była związana z orędziem fatimskim, którego kolejna przepowiednia – wielka wojna zapowiedziana przez czerwień na niebie zdała się spełnić. Francję przemierzały w publicznych procesjach cztery kopie figury, niosąc wezwanie do nawrócenia się, pokuty i powrotu do Boga oraz Kościoła. Uczestniczyli w owych procesjach także urzędnicy przyznający się do religii katolickiej, czasem nawet uroczyście, składając przed figurą Madonny, klucze do miasteczka. Przyłączały się do nich setki i tysiące wiernych, idąc, często boso, i śpiewając tradycyjne pieśni, czy recytując tradycyjne modlitwy, takie jak Różaniec. Jednym słowem, w oczach „wolnomyślicieli” wypełzły w przestrzeń publiczną mroczne upiory zacofania i przeszłości, fundamentalizm i fanatyzm. Rewolucja i jej zdobycze wymagały obrony.

Rozpoczęta na nowo wojna kulturowa zarzucała członkom hierarchii kościelnej sympatyzowanie z reżimem w Vichy czy wręcz faszyzm, na co katolicy odpowiadali, powołując się na swój udział w ruchu oporu oraz na sytuacje, w których Niemcy rozpędzali procesje podczas okupacji. Peregrynacja figur Notre-Dame napotykała, organizowane przez socjalistów, komunistów i wolnomularzy protesty i prowokacje, które przybierały nierzadko pełny przemocy charakter. Jak pisze Michelle C. Wing „w roku 1947, w Lot-et-Garonne na ulicach rozsypano szkło i gwoździe w tych miejscach, przez które mieli przechodzić bosi pielgrzymi. W Chambéry, w dwóch kaplicach – jednej, która tuż przedtem przyjęła Grand Retour oraz kolejnej, która miała przyjąć następnego dnia – wybuchły bomby”. W manifestacjach antykatolickich brali udział socjalistyczni, komunistyczni i „wolnomyślący” urzędnicy, a pochodzący z takich środowisk merowie zakazywali procesji, pod pozorem zachowania „porządku publicznego” i w obronie świeckości republiki. Obawiano się również, że publiczne procesje mogą przekonać wahających się Francuzów i mieć wpływ na wyniki kolejnych wyborów. Media rewolucyjne grzmiały przeciw „maskaradom, które hańbią swoją epokę”, a Marii Pannie przeciwstawiano alegorię republiki – Mariannę we frygijskiej czapce rewolucji. W październiku 1245 prefektura policji w Paryżu zabroniła procesji Grand Retour na terenie miasta. Figura Notre Dame była ładowana do policyjnej furgonetki i przewożona do kolejnego kościoła. Na początku 1946 katolicy podjęli otwarty protest, którego częścią były opisane wyżej wydarzenia 11 marca w Vitry-sur-Seine. Zaledwie trzy dni wcześniej setka policjantów zablokowała grupę kilku tysięcy katolików próbujących sformować procesję w Ivry-sur-Seine. Media katolickie doniosły że wydarzeniom towarzyszyła manifestacja kilkudziesięciu komunistów śpiewających Międzynarodówkę, którą wierni zagłuszyli gromkim, lurdzkim Ave Maria. 9 marca zebrały się już dwie setki komunistów intonujących Międzynarodówkę i podążających za katolikami, próbując ich sprowokować. Komunistyczny mer Ivry twierdził że śpiewano jedynie „niegroźną”  Marsyliankę. 11 marca doszło do starć w Vitry i sąsiednim Thiais. Na lokalnym zgromadzeniu samorządowym w Paryżu socjaliści i komuniści krytykowali Wielką Pielgrzymkę, powołując się nawet na rzekomą przychylność władz niemieckich dla niej podczas okupacji, co miało być dowodem kolaboracji jej organizatorów oraz zarzucając katolikom próbę rozbicia jedności francuskiego ludu.

„Wiosna” lat 60-tych i „duch” Soboru Watykańskiego II stłumiły zapał katolików w staraniach o procesje i inne ceremonie religijne w miejscach publicznych. Obecnie, gdzieniegdzie Francuzi podejmują próby odświeżenia dawnej, żywej tradycji, o którą latami walczono z komunistami, socjalistami i masonami. Próby te napotykają atmosferę nieco tylko różniącą się od tej, opisanej wyżej. Nieco, bo do czynnika wojującego antykatolicyzmu doszedł do głosu i rośnie w siłę czynnik islamski. Oto opis z roku 2008, z jednego z blogów internetowych na temat procesji Bożego Ciała zorganizowanej w Paryżu:

Staje się coraz trudniejsze podtrzymywanie tych procesji w Paryżu, gdyż niektórzy ludzie ośmielają się pluć z balkonów na procesję i wylewać wodę oraz inne nieznane płyny… Do tego dużo obelg i wieże stereo pogłośnione do maksimum. Ale procesja przeszła, jest takie arabskie powiedzenie: psy szczekają, lecz karawana idzie dalej czy także: deszcz nie zatrzymuje pielgrzyma.” (http://www.newliturgicalmovement.org/2008/05/corpus-christi-in-saint-eugne-paris.html )

Boże Narodzenie we Francji 2016: Paray-le-Monial

Paray-le-Monial – stare miasteczko kluniackie, potem miejsce pielgrzymkowe związane z objawieniami Małgorzaty Marii Alacoque. Dziś miejsce Kulturkampfu toczonego przez miejscowe NGO zwanego szumnie Francuską Ligą Obrony Praw Człowieka i Obywatela, która wystąpiła w obronie ludu i obywateli Francji oraz ich praw w związku z przemianą miejscowego merostwa w „miejsce kultu” poprzez umieszczenie tamże betlejemskiego żłóbka. Żłóbek został na podstawie orzeczenia sądu wydanego z inicjatywy powyższej instytucji usunięty:
Tu stał żłóbek – źródło http://lesalonbeige.blogs.com/

Sąd w Dijonie, uznając żłóbek za sprzeczny z „zasadą neutralności” światopoglądowej, nakazał również gminie zapłatę kwoty 1000 EUR na rzecz wspomnianej wyżej organizacji stojącej na straży człowieczeństwa i obywatelstwa ludu francuskiego. Merowi Paray-le-Monial, Jeanowi-Markowi Nesme nie pomogło nawet powołanie się na neutralną światopoglądowo umowę o kulturalnej wymianie zawartą z miasteczkiem Betlejem w ziemi judzkiej w roku 2003. Mer zadeklarował że kwotę 1000 EUR wyłoży z własnych pieniędzy. I jeszcze komentarz ze strony christianophobie.fr :

Jest absurdalne że umieszczenie bożonarodzeniowego żłóbka w danym miejscu zamienia je ipso facto w ‚miejsce kultu’! Czy zatem powinniśmy usunąć wszystkie przedstawiające Narodzenie malowidła z naszych publicznych muzeów z tej przyczyny, że obecność owych dzieł może powodować przemianę owych muzeów w miejsca kultu (…) Identyczne żłóbki są sprzedawane z przeznaczeniem zysku na rzecz stowarzyszenia [pomocy] w miejskim muzeum i nikt nie widzi w tym nic zdrożnego”

http://www.christianophobie.fr/breves/scandale-a-paray-monial-creche-quitter-mairie

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Umieszczenie relikwii, relikwiarzy, naczyń liturgicznych, sztuki sakralnej w muzeach zamierzchłej przeszłości jako dzieł sztuki minionej nikomu nie przeszkadza, tak jak, dajmy na to, budowniczym Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, nie przeszkadzali zamknięci w rezerwatach Indianie. Czym innym jest jednak zaistnienie symboli w przestrzeni publicznej związanej z teraźniejszością. Bo jak, już zauważył Konfucjusz, to nie prawa, lecz znaki i symbole rządzą ową przestrzenią. Podchwycili tę jego zasadę rewolucjoniści, czuwając by żadne znaki i symbole minionej cywilizacji nie zakłócały postępów nowoczesności. Choćby tak incydentalne i obecne jedynie przez oznaczony, krótki czas jak betlejemski żłóbek.

A dzisiejszym Francuzom brak choćby werwy tych, którzy w 2 połowie XIX wieku, po okresie triumfów rewolucji, potrafili wprowadzić w przestrzeń publiczną bazylikę Sacre Coeur, lyońską Notre-Dame de Fourvière czy 16-metrową figurę Maryi na wzgórzach Le Puy-en-Velay.

 

Wolność, równość, braterstwo albo śmierć

„Nie ma już Wandei, obywatele republikanie. Umarła pod naszą wolną szablą, wraz ze swoimi kobietami i dziećmi. W myśl rozkazów, jakie mi przekazaliście, zmiażdżyłem te dzieci pod końskim kopytami, wybiłem kobiety, które – przynajmniej te – nie będą już rodzić bandytów. Nie mam sobie do zarzucenia ani jednego wziętego więźnia. Zgładziłem wszystkich” (rewolucyjny generał Westermann do Komitetu Ocalenia Publicznego)

„Niszcz tych bandytów aż do ostatniego, oto twój obowiązek” (Komitet Ocalenia Publicznego do generała Turreau)
„Z przyjemnością odebrałem waszą aprobatę dla środków jakie podjąłem” (generał Turreau w odpowiedzi do Komitetu)
„Zabijaj tych bandytów zamiast palić gospodarstwa, nakaż karać uciekinierów i tchórzy, i zniszcz całkowicie tę straszną Wandeę (…) Uzgodnij z generałem Turreau środki najbardziej pewne, aby zgładzić wszystko w tej bandyckiej rasie” (Komitet Ocalenia Publicznego do reprezentanta ludu p. Dembarere)
„Jeśli moje zamiary będą dobrze wykonane, za dwa tygodnie nie będzie już w Wandei ani domów, ani żywności, ani broni, ani mieszkańców” (generał Turreau do Komitetu Ocalenia Publicznego)
„Trzeba całkowicie oczyścić ziemię wolności od tej przeklętej rasy” (rewolucyjny generał Beaufort)
„Jako łup wojenny zachowywali dla siebie najbardziej dystyngowane kobiety i zakonnice. Obdzierali trupy z ubrań i układali je na wznak (…) Nazywali to ‚ułożeniem do rąbania'”
„Widziałem trupy na poboczu drogi, około setki, zupełnie nagie i poukładane jedne na drugich, porąbane szablami, niemal jak baranie mięso przed nasoleniem”
„Doszlk do tego, że w ciała ofiar wkładali kartusze (ładunki prochowe) i podkładali ogień.”
„Gdy pewien stary i ociemniały ksiądz nie mógł już dalej iść, żołnierz przebił go bagnetem i powiedział do swego kolegi: weź go na szpic. I tak nieśli go aż wydał ostatnie tchnienie.”
„Kazałem zapolować na wszystko wokół mej kwatery i nakazałem, żeby podczas naszego marszu codziennie moi myśliwi dostarczali mi dar z dwudziestu głów bandytów tylko dla mojej przyjemności. Aż dotąd regularnie otrzymywałem ten podarunek, ale ostatnio zaczyna brakować zwierzyny, której pogłowie szybko maleje (…) Ostatnia dwudziestka, jaką mi przedstawiono, została zaskoczona w środku lasu podczas odprawiania ceremonii ku czci tyranów” (rewolucyjny generał Bard)
„Mój przyjacielu, z przyjemnością donoszę ci, że ci bandyci są już likwidowani. Od ośmiu dni przyprowadzają ich tutaj w ilościach nie do policzenia (…) Ponieważ ich rozstrzeliwanie zabiera dużo czasu i zużywa się przy tym proch i kule, przyjęto pomysł, aby powsadzać pewną ich liczbę do starych statków, wypłynąć z nimi na środek rzeki, pół mili od miasta i tam zatopić te statki. Takiej operacji dokonuje się codziennie.”
„Początkowo ofiary topiono w ubraniach, ale później komitet, powodowany tyleż chciwością, ile wyrafinowanym okrucieństwem, zdzierał ubrania z tych, których chciał wydać na pastwę rozmaitych żądz, jakim ulegali jego członkowie. Trzeba wam także opowiedzieć o ‚małżeństwie republikańskim’, które polegało na tym, że przywiązywano do siebie rozebranych do naga młodego mężczyznę i młodą kobietę, wiązano ich pod pachami, i razem topiono.”
„Amey każe rozpalić w piecach i gdy są już dobrze rozpalone, wrzuca tam kobiety i dzieci. Posłaliśmy do niego delegację, odpowiedział nam, że w ten sposób republika chce piec swój chleb”
„Widziano republikańskich żołnierzy, którzy gwałcili kobiety buntowników na stercie przydrożnych kamieni, potem strzelali do ofiar albo mordowali je sztyletami, ledwo wysunęły się z ich ramion; widziano innych żołnierzy niosących na bagnetach albo pikach dzieci przebite przy matczynej piersi razem z matką”
„Widziałem palone żywcem kobiety i mężczyzn. Widziałem 150 żołnierzy gwałcących kobiety, czternasto- i piętnastoletnie dziewczęta, które potem mordowali i przerzucali z bagnetu na bagnet, pozostawiając je obok martwych matek na bruku”
„Dziewczęta, wcześniej zgwałcone, wieszano nagie na gałęziach drzew z rękami związanymi do tyłu. (…) Z jakiegoś wyrafinowanego barbarzyństwa, chyba bezprzykładnego, brzemienne kobiety rozciągano i miażdżono pod prasą do tłoczenia wina. Pewną nieszczęsną kobietę w ciąży rozpruto żywcem (…) Człowieka nazwiskiem Jean Laine (…) spalono żywcem w łóżku, bo będąc ciężko chory, nie mógł uciec. Kobieta nazwiskiem Sanson (…) podzieliła jego los, ale najpierw porąbano ją niemal całą. Krwawiące członki i małe dzieci niesiono triumfalnie na ostrzach bagnetów. Oprawcy schwytali dziewczynę z La Chapelle, którą najpierw zgwałcili, a potem powiesili na dębie głową w dół. Nogi przywiązali do osobnych gałęzi i tak szeroko rozpiętą rozpłatali szablami aż po głowę.”
„Dzieci wyjmowane z kołysek przebijano bagnetami i jeszcze drgające zwłoki niesiono na bagnetach”
„Pewna kobieta, naglona bólami porodowymi, schroniła się w zburzonym domu blisko wioski; żołnierze znaleźli ją, obcięli jej najpierw język, rozpruli brzuch i końcem bagnetu wyciągnęli dziecko. Na ćwierć mili słychać było jęki tej nieszczęsnej kobiety, która jeszcze oddychała, gdy pospieszono jej z pomocą.”
„pionowa deportacja w narodowej wannie”, „wielka szklanica klechy”, „patriotyczny chrzest” (przedstawiciel Republiki w Nantes Jean-Baptiste Carrier o topieniu księży i Wandejczyków w „rewolucyjnej rzece” Loarze)
„Niech więc nie mówią nam o humanizmie wobec tych okrutnych Wandejczyków, wszyscy zostaną wytępieni” (Carrier)
(cytaty z relacji i dokumentów współczesnych za: R. Secher: Ludobójstwo fracusko-francuskie. Wandea – Departament Zemsty, wyd. polskie 2015)