Chambord

Najtrafniej chyba scharakteryzował ten leżący w centrum rozległego kompleksu parkowo-leśnego w dolinie Loary pałac jeden z francuskich architektów późniejszej epoki: „ani gotycki, ani modernistyczny”. Słowem – ni wydra, ni pies gończy. Jak podaje pozycja Wonders of the World: 100 incredible and inspiring places on earth, Chambord zupełnie niesłusznie umieszczając w tytułowej setce, pałac ten posiada 440 komnat i 365 kominków. Nam nie chciało się liczyć. Chambord stanowi senne widziadło (albo dziwadło jak kto woli) o potężnej skali, która przerażała na tyle królów Francji, że nie chcieli tu zbytnio przebywać. Jednym słowem, jak to określił z admiracją W. Łysiak we „Francuskiej ścieżce” – przestrzeń niewymowna. Królowie Francji przebywali w Chambordzie rzadko – na czas polowań, z 10-tysięcznym dworem i całym ekwipunkiem, w tym meblami. I ten duch dawnych czasów do dziś w pałacu się zachował. Pierwsze bowiem, co uderza przy przemierzaniu jego obszernych komnat i holi to pustka (nie licząc tłumów turystów). Owszem, mamy tu trochę wyposażenia różnych stylów na parterze i trochę portretów zwierząt (wspomniane psy gończe) oraz ludzi, w tym „naszego” Stasia Leszczyńskiego – historycznie, o czym dalej, umocowanego. Nie wystarcza to jednak by obiekt uznać za atrakcyjny, zwłaszcza, że obecnie jego największa fasada i część fikuśnego dachu znajduje się w remoncie, a reszta – w stanie o pilny remont wołającym. To co zwraca uwagę to ładne, choć monotonne detale kamieniarskie z powtarzającym się monogramem fundatora – króla Franciszka I i salamandrą – ognistym jaszczurem będącym symbolem królów odrodzonej z płomieni wojny stuletniej Francji. Ciekawe detale znajdziemy również w umieszczonym w skrzydle wschodnim lapidarium, ale to wszystko. Lepiej więc zaoszczędzić na bilecie, zwłaszcza że kasują w Chambordzie dodatkowo za parking 4 EUR, i udać się gdzie indziej, choćby na spacer po okolicznych, pełnych (podobno) zwierzyny lasach.

Architektonicznie rezydencja stanowi w pewnym sensie włoski renesans widziany w krzywym zwierciadle, to jest możliwie, zwłaszcza w części szczytowej, udziwniony. W renesansie owym rozkochali się królowie Francji, „zwiedzając” Italię podczas wojen włoskich końca XV i początku XVI stulecia. Znudzeni na poły barbarzyńskim gotykiem, nawet tym płomienistym jak salamandra, zapragnęli czegoś nowego i modnego. Chambord miał się stać modnym, znacznie przerośniętym domkiem myśliwskim. Jego budowę rozpoczęto w roku 1519, to jest cztery lata po kampanii włoskiej młodego Franciszka I. Ponoć projekt założenia autorstwa Italczyka Domenico Cortony konsultował sam Leonardo da Vinci, któremu przypisuje się podwójną klatkę schodową dla singli, którzy zejść się nie zamierzają, będącą i dawniej, i dziś chyba główną atrakcją zamku. Ponoć fantazyjny las kominów nad szczytowymi tarasami miał stanowić podniebne, wręcz utopijne „miasto”, z którego niewiasty dworu i zniewieściali dworzanie mieli obserwować popisy łowieckie króla i jego przybocznych. W każdym razie rozmiary przedsięwzięcia przerosły modnego króla i 20 lat po rozpoczęciu prac jedynie część mieszkalna oraz fragment wschodniego skrzydła były gotowe.

Budowa Chambordu okazała się przy tym dziełem porównywalnym z wznoszeniem Sankt Petersburga, albowiem cała okolica okazała się bagienna. Jak zanotowano we współczesnych zapiskach w latach 1526-38 przy budowie pałacu pracowało ponad 1800 robotników, wśród których z powodu nieprzyjaznych okoliczności przyrody mnożyły się choroby, tak że „padali jak muchy”. Do powyższych problemów dochodziły zewnętrzne czynniki „ludzkie”: kolejna wizyta „gospodarska” ambitnego monarchy w Italii, w roku 1525 zakończyła się całkowitą kompromitacją pod Pawią, kończącą jego sny o potędze, do których Chambord należał. Franciszek stał się więźniem cesarza Karola V Habsburga, co oczywiście spowolniło budowę. Nie szła ona zbyt spiesznie, także, wtedy, gdy władcę na słowo honoru, które złożył ze skrzyżowanymi palcami, zwolniono. Do roku 1547 kiedy Franciszek zmarł nie została ona ukończona, zaś król spędził tu zaledwie (w sumie) kilka tygodni swojego życia. Jego następcy również omijali Chambord szerokim łukiem Loary, preferując pobliskie Blois. I tak rezydencja została prawdopodobnie najdłuższym placem budowlanych ówczesnej, nowożytnej Europy. Dopiero w 1 połowie XVII wieku, gdy Ludwik XIII na odczepne podarował swemu bratu, księciu Orleanu nadwątloną czasem konstrukcję, ten przeprowadził niezbędne prace zabezpieczające by się nie zawaliła. Królowi słońce – Ludwikowi XIV z kolei pałac się spodobał na tyle, że w miarę często tu bywał, przeprowadzając w oczekiwaniu na wejście Turków do Wiednia, w latach 80-tych XVII stulecia jego modernizację. Wykonano wtedy m.in. stajnię na 300 koni i wreszcie osuszono bagna. W latach 1725-1733 gospodarzem kompleksu był uchodźca z Rzeczypospolitej – król „Las” Stanisław Leszczyński. Potem rezydencja przechodziła z rąk do rąk (podczas rewolucji ogołocono ją z większości wyposażenia), by wreszcie w XX w. stać się muzeum myśliwskiego kaprysu doby renesansu. Muzeum, jak już wyżej wspomniano, choć ma zachwycać, nie zachwyca i stanowczo lepiej za pieniądze oszczędzone na wstępie (11 EUR/os., 9,5 EUR z „rabatem”)  urządzić sobie np. winno-serowo-kaczą peregrynację.

LINKI

PANORAMA – DZIEDZINIEC

GALERIA

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s